Cześć!
No to spotkanie się nie udało. Choć zawsze jest jakieś doświadczenie. Niestety trzymałam się chyba tylko po to by przez nie przejść. Przygnębienie, napięcie i cala reszta właśnie mnie dociska do ziemi.
Nie wiem co robić. Wracać do kraju, zrezygnować z marzeń, rozwoju, poznania kultury, ludzi itp.... Nie mam siły przebicia tej, co zawsze, optymizmu itp. Po prostu moja kondycja jest fatalna i szybko się nie poprawi. Przecież to trwa - detoks.
Potrzebuję tu "być do przodu" by się uczyć, przebić, poukładać to. A nie jestem i przecież wiemy ze w trzy dni się nie pizbieram. Marnuje szansę za szansą, , które normalnie bym wykorzystała.
Staram się bardzo by z powodu zimnego drania się nie poddać, próbować, ale potem jak po wczoraj jest fatalnie. Ciało po prostu odmawia posłuszeństwa i naciera z silniejszymi objawami "w nagrodę" za ten czas równowagi.
Na ludzi jestem zamknięta - tez z powodu szoku kulturowego, który mi się na to nakłada. Nie umiem się nawet skupić by ich zrozumieć, język znam dobrze, ale nie tak by w tym stanie reagować i podtrzymać rozmowę. Powinnam się go uczyć a po to trzeba kontaktu z ludźmi.
Zresztą póki co przyciągne jedynie psycholi obu płci.
Nie wiem co robić. Albo raczej, co jestem w stanie robić. Od pn . równie dobrze mogłabym byc u nas, skoro tu niczego nie znalazłam (nie oszukujmy się że dużo szukałam - nie).
Przychodzi pomysł by powrócić tak jak on chce do status quo chociaż na jakiś czas - potrzeba mi z 3 miesięcy bezpieczeństwa, by sobie poukładać tu inne spraw. Ale to status quo mi nie odpowiada. Będę musiała się jeszcze zmierzyć z tym, ze do niego dotrze, co się stało, że to nie moje uniesienie się (a przez 1, 5roku byly trzy), a koniec. On w to nie wierzy. Zrobi bardzo dużo by mnie odzyskać i posiąść na swoich zasadach. Przynajmniej na początku, co potem (jeśli wytrwam w tym postanowieniu i obcym miejscu) nie wiem.
Niedobrze mi, a do tego wszystko boli. Muszę wstać do "pracy". Jeszcze dwa dni, a potem praca w domu.