Piszecie tyle i tak często, że nie sposób tego przeczytać, a co dopiero ustosunkować się
No ale to dobrze, w końcu po to jest to forum.
Maxine napisał/a:raki napisał/a:Tak. Ja byłam spokojna, zadowolona i szczęśliwa sama ze sobą, podjęłam terapię, wyleczyłam się z tego co najgorsze i... spotkałam kogoś, jak myślałam, kto się okazał byle kim.
I już nie wiem w czym pokładać nadzieje, nowa pułapka i kolejny nałóg. I ostatnio na pytanie psycholog (bo wróciłam na terapię), dlaczego uważam, że nie ułożę sobie życia i nie założę rodziny, odpowiedziałam szczerze, że faceci, na których zwracam uwagę to jedynie właśnie tacy...różni licy, zazwyczaj z przedrostkiem seks.
Przestaję wierzyć, w to - jak dostałam kolejny raz obuchem w łeb, że moja wolność i miłość do siebie cokolwiek zmieni w moim guście do mężczyzn.
A może tylko wydawało Ci się, że jesteś szczęśliwa sama ze sobą? Najważniejszy jest szacunek do samej siebie!!!! Jak facet wysyła pierwsze sygnały, że może nie być fair, to ucina się znajomość. Szybko i na zawsze. W ten sposób nie dopuszczamy do tego żeby ktoś nas zranił w momencie kiedy nam już tak bardzo zależy. Na tym polega szacunek do samej siebie, wiesz ile jesteś warta i nie pozwolisz traktować się źle. NIKOMU. Wiem, że łatwo pisze się takie słowa. Też mam z tym problemy, jak wiele kobiet. Myślę też, że trzeba angażować się stopniowo (wiem, że to choler*** trudne) i nie dawać więcej niż otrzymujesz. Codziennie odpowiadać sobie na pytanie kim tak naprawdę osoba, którą obdarzyliśmy uczuciem jest, jakim jest człowiekiem i co reprezentuje sobą i swoim zachowaniem.
Trudno wyjść ze schematu będziesz sama ze sobą szczęśliwa - to na pewno ułożysz sobie życie. A przecież życie się składa z o wielu więcej czynników, niż tylko panowanie nad nim - nie da się. Życie to też to cholerne cierpienie i porażki, które bywa, że są wynikiem naszych działań, kogoś innego lub nieprzewidzianych zdarzeń. I ani my, ani inni nie są idealni.
Nie, nie wydawało mi się, że jestem szczęśliwa sama ze sobą, byłam, myślę, że nadal jestem (przecież szczęście to nie permanentna euforia), chociaż bardzo cierpię. Dodatkowo nie wlazłam na hurrra... angażowałam się stopniowo, w chwili poznania powiedziałam, że nie jestem gotowa na związek, że potrzebuje czasu, dałam sobie go parę miesięcy, a potem wchodziłam powoli - pomagała mi duża odległość, która okazała się jednocześnie zgubna.
Niestety tak, masz rację, nie umiałam odejść w odpowiednim momencie, a potem kolejnym i kolejnym, wciąż nie wiem, czy na pewno odeszłam. I tu się zgodzę. Czy to dlatego, że siebie nie szanuję - nie wiem, raczej szanuję. Pierwsze sygnały zignorowałam, bo wydawało mi się, że z powodu złych doświadczeń przypisuje nowemu facetowi to, co zafundował mi poprzedni. Ale i tak uważam, że błąd popełniłam kilka razy. W życiu błędy popełniamy. Twoim sposobem można nigdy nie wejść w żaden związek "sygnały, że nie może nie być fair" (to 50 na 50 czy są prawdziwe).
Ktoś gdzieś mi pisał, dlaczego na mężczyźnie opieram moje szczęście. Nie, nie opieram, ale chciałabym być w satysfakcjonującym związku i mieć dzieci (miałam to szczęście, że w żadnym z wcześniejszych nie miałam, choć nie wiem czy to aż takie szczęście....), przy czym do tego potrzebuję też się realizować w pracy i moich pasjach. Wiem, sprawdziłam. Wiem że gdy jest równowaga tu i tu najbardzie,j nazwijmy to: rozkwitam. Zaburzenie w jednym lub drugim, nie wychodzi mi na dobre, bo tak jak związek, może mnie zjadać i praca.
Nie zgodzę się z tym wchodzeniem w sto związków i próbowaniem nie wiadomo ile lat. Po pierwsze za 10 mogę mieć szansę na dzieci, ale za 20 już nie. Ale ja też mam ciało, serce, umysł - są wyjątkowe i nie dla wielu. Związek to bliskość i intymność, to dawanie siebie i branie. W każdym coś zostaje z drugiego. I nie chcę się rozdawać, nie bawi mnie myśl, że ja wypróbuje kilku, kilkunastu facetów, a oni równocześnie wypróbują mnie. Co więcej - to są też ludzie, którzy mają uczucia, tak jak każda z nas.
W sumie właśnie filozofie próbowania i sprawdzania, próbowania tez dwóch na raz, nie wchodzenia w relacje itp. ma mój obecny BYŁY partner. Może masz rację - on jest szczęśliwy - tylko... to on Ci już powie. Zresztą nie czuje nic.
Niezależnie od moich filozofii przemądrzalstwa powyżej, wdepnęłam kolejny raz w d..., g... lub coś w tym rodzaju. Mam w tej chwili przypływ energii i wściekłości, ale prawda jest taka, że za chwilę będę zdychać gdzieś w rogu łóżka, emocje same wyjdą podczas snu objawiając się nie - spaniem lub obudzę się w dziwnym zapachu łez i jakiejś surrealnej rzeczywistości, której nie znam jeszcze.
Jest mi lepiej. O dziwo, gdy jest mi lepiej staję się bardziej skłonna do wpuszczenia go z powrotem do życia. Czyli do mojego bycia z nim i jego niebycia ze mną - bo on nadal chce ze mną nie być i nie rozumie jak mogę go zmuszać do tego, by nie czuł do mnie przyjaźni (on dla mnie będzie zawsze), bo przecież przyjaźń ponoć nas łączy. Łóżko go łączy nie tylko ze mną, więc ma nikłe znaczenie, jest jak sklep spożywczy - jeden ma na rogu koło domu, na większe zakupy jedzie do hipermarketu, a na tańsze do lidla, czasem też coś kupi na stacji benzynowej. No ale nie jest ze mną przecież, a tylko spędza ze mną czas, jeździmy, on przychodzi, dzwoni, łączy nas intymność itp. itd. - nie wiem, co się tam robi w związku jeszcze, bo się zgubiłam. Miało być ŁĄCZYŁA, bo przecież odeszłam.
Wracając do miłości własnej, nie wiem, czy wytrwam - detoks jest przerażający, a warunki niesprzyjające w ogóle. Czasem się tylko chwytam myśli, że jak wytrzymam choć dwa tygodnie, miesiąc, to do niego coś dotrze (nie wierzy, że "odeszłam") - czyli liczę się z głupią nadzieją na zmianę. Ale jeśli to ma mi pomóc w odseparowaniu, nie jest źle, za miesiąc po prostu już może być łatwiej. Byleby wytrzymać każdy kolejny dzień.
To o czym myślę i dlaczego to zrobiłam, to choć spróbować zrealizować marzenia, które w wyniku szarpania z nim nagle stanęły pod gigantycznym znakiem zapytania.
Tak widzę, jak bardzo jestem uzależniona.