Witam kochane kobietki,
przypadkiem trafiłam na to forum, troszkę poczytałam i stwierdziłam, że ten temat również mnie dotyczy. 2 tygodnie temu rozstałam się z (tak mi się przynajmniej wydaje) miłością mojego życia. Byłam z M. 3 lata, mieszkaliśmy 2,5. Od 2 miesięcy czułam, że coś jest nie tak, mimo rozmów i jego zapewnień, że jest super. Z dnia na dzień stwierdził, że mu się znudziło, że go nie inspiruje, nie motywuje do życia. Mieliśmy wszystko czego pragnęliśmy. Super mieszkanko, wspólnych znajomych, uwielbialiśmy swoje rodziny, rozumieliśmy się bez słów, planowaliśmy przyszłość. Prowadziliśmy aktywne życie do czasu kiedy rok temu miałam poważną kontuzję kolana, która mnie "wyhamowała". Operacja kolana, półroczna rehabilitacja, moje cierpienie - to go przytłoczyło, coś się w nim wypaliło. Odbudowaliśmy to, przez następne pół roku było cudownie, on zawsze stawał na wysokości zadania. Mimo pięknych chwil, wspólnej codzienności, przez moją kontuzję nie byłam już tak aktywna jak dawniej - to go znudziło. Miałam do niego pretensje, że zarzucał mi że powinnam być twardsza i lepiej znosić mój stan z nogą, że ma dosyć tematu "kolano". Mimo to wszystko jakoś szło pomału do przodu. Wyjechaliśmy na wakacje, było cudownie, powtarzał mi że nigdy między nami nie było lepiej. Od 2 miesięcy oszukiwał mnie w stosunku do swoich uczuć, zaklinał rzeczywistość, bo chciał być ze mną, a jednocześnie "nie czuł tego". Twierdził, że ja jestem taka jego pewna, mówię często co do niego czuje, o czym z nim marzę, a on - pewny mnie nie jest. Sama nie wiem, czy mam do siebie żal, że mówiłam mu o marzeniach naszej wspólnej przyszłości, czy raczej takie rzeczy są normalne. Mam żal, że mogłam częściej wychodzić wieczorami tak żeby on miał zupełnie czas dla siebie w domu (to mi też zarzucał), może jego uczucia by się nie wypaliły. Ale z drugiej strony myślałam sobie, dlaczego mam robić jakieś rzeczy pod niego skoro jesteśmy siebie pewni i lubimy ze sobą spędzać czas? Przez własny biznes, który prowadzę w domu, w ciągu dnia miałam czas na wypady do przyjaciółki, czy gdziekolwiek, a że on akurat jak wracał z pracy wieczorem i ja byłam w domu, to nie zawsze mogłam na to coś poradzić... Eh, nie wiem sama czy bardziej ja zawiniłam czy jego niedojrzałość. Nie wiem czy kochałam za bardzo, czy po prostu kochałam tak jak trzeba faceta, z którym chciałam spędzić życie. Zawsze opiekuńcza, troskliwa, z pomocą. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Teraz, te 2 tygodnie po rozstaniu nie mogę dojść do siebie. Jestem jak cień, ciągle o nim myślę i mój umysł nie może dopuścić myśli, że nie będziemy już razem. Staram się sobie to tłumaczyć, że tak musiało być, po czym przychodzi fala wspomnień i wszystko wraca
Naprawdę czuję się w niezłym dołku...