hm... napisał/a:luluville napisał/a:Cześć dziewczyny.
Mam straszny mętlik w głowie. Próbuje z tego haosu wyłuszczyć jakieś konkrety.
Nie mam chęci na spotkania ze znajomymi. Odczuwam coś na kształt złości. W kontaktach "koleżeńsko-przyjacielskich" też potrzebuję zmian.
Zgubiłam gdzieś swoje własne życie. A żebym je kiedykolwiek miała....!?
Wiecie co? Mam strasznego doła. Po prostu jak stąd do Kambodży.
I chyba pierwszy raz od dawna jest on spowodowany moją wlasną osobą, a nie kimś.Od paru dni zadaje sobie pytanie kim jestem. Tak naprawdę kim.
Zaczęłam analizować wszystko i wiem, że np. moje problemy z nadwagą to zajadanie tego stresu, tej wieloletniej potrzeby miłości, chowanie prawdziwych lęków i rzeczywistości pod tą całą "oponą".
Próbuję wsłuchać się w swoje własne ciało. Na nowo. Posłuchać na co ma ochotę a na co nie. Jezu, może jak się uporam z emocjami, to i z ciałem sobie poradzę.
Nie jest to głupia teoria?W czwartem mam pierwszą wizytę u psychologa. Nie wiem jak będzie wyglądała. Boję sie, ale chcę. Chcę w końcu zamknąć tamten etap życia, odbudować siebie od nowa.
Nie wiem, może moi przyjaciele mają pretensje, że się odcięłam, że zmieniam podejście, że mówię jasno pierwszy raz w życiu: "nie mam ochoty sie z tobą spotkać, chcę pobyć sama".
Jeszcze mnie dusi tęsknota za nim. Miewam ataki "paniki" i dopada mnie tragiczna chęć by usłyszeć jego głos. Ale staram sie to dusić w zarodku.Pierwszy raz nie wiem co będzie za chwilę. Zawsze byłam taka niespokojna, nie znosiłam "niewiedzy" i "braku kontroli". Lubiłam mieć wszystko zaplanowane i wiedzieć. Żeby nie było niespodzianek, żeby nic mnie nie zbiło z tropu.
Teraz patrzę w przyszłość jak noworodek. Jezu, to przerażające.Teoria jest bardzo dobra.
Nawet gdzieś czytałam, że trzeba najpierw pokochać siebie a potem zmieniać. Bo jak siebie nie zaakceptujemy takimi jakimi jesteśmy to wszystko będzie takie niedopracowane i jak zabraknie samoakceptacji to wygląd anioła i tak nie pomoże. Ale to wydaje się być logiczne, tak sobie myślę.... kochamy siebie takimi, mamy wypadek, tracimy kończynę i co? Do kosza? Więc najpierw głowa i wnętrze, a potem cała reszta. Może się to wydawać głupie, ale jest prawdziwe.
No i bez popadania w skrajności. Oglądałam kiedyś dokument o takiej babce, która ważyła coś pod 200kg. Na wózku jeździła, bo się ruszać nie mogła no i twierdziła, że kocha siebie, że jest jej tak dobrze, że akceptuje siebie itd. No kurcze nie chciała nic zmieniać. Może jej faktycznie dobrze było, chociaż moje odczucia były zupełnie przeciwne, bo wszystko przez sw?j stan miała ograniczone. Ale nie mnie oceniać.Także teoria dobra, chociaż wydawać by się mogło, że jak wskoczymy w inne ciało takiej np....to będzie cacy. Nie będzie na dłuższ? metę wedle wszelakich psychologicznych założeń podobno.
Czego się boisz?
To chyba nie tak.......wydaje mi się, że jednak Twoja teoria jest zła. Jak mogę pokochać siebie, taką byle jaką, rozlazłą, bezradną. Najpierw muszę zmienić siebie, postawić do pionu a dopiero potem pokochać. Czy się zmieniłam ? Oczywiście !!!!
, chwilami sama się nie poznaję
. Jeszcze kilka lat temu godziłam się na wszystko, ustępowałam, płakałam nad losem innych nie dostrzegając własnej tragedii prowadzącej do upadku. Dzisiaj wiem, że za mnie nikt niczego nie zrobi, nie naprawi. DZisiaj walczę o swoje, zabiegam. Dzisiaj jestem stanowcza i staję się na nowo przebojowa. Żegnam się z byle jaką ja. Nowa ja zasługuje na szacunek i dopiero tę mogę pokochać. CZy kocham ? Jeszcze nie, ale już szanuję i bardzo lubię
Owszem miewam chwile gorsze....ale kto ich nie ma.
Mówisz, że jak siebie nie zaakceptujemy jakimi jesteśmy, to i wygląd anioła nie pomoże. Ciało chyba jest najmniej ważne, chyba najbardziej liczy się dusza
Ja siebie dawnej nie akceptowałam. Swego samopoczucia nie akceptowałam a nie wyglądu. Z wyglądu zmieniłam się na minus. Ważę 56 kg jak ważyłam, mierzę 160 jak mierzyłam, przybyło mi natomiast lat, siwych włosów i zmarszczek. Czy inaczej na siebie patrzę ? Tak ! i to nie za sprawą wyglądu ! Pewności siebie nie daje mi wygląd a moje myślenie i postrzegania życia. To moje postrzeganie siebie jako człowieka, człowieka inaczej odbierającego świat, daje mi pewność siebie. Ja mogę być gruba, stara, byle jak ubrana (chociaż lubię ciuszki) i do tego umorusana a zaczynam odczuwać dumę z siebie. Ja inaczej już odbieram co się dzieje w związkach damsko-męskich i wiem, że do bycia szczęśliwej nie jest potrzebny ktoś a inne myślenie.
Wygląd anoła....to mogą być tylko pozory i najczęściej są.
A ja oglądałam film "Nietykalni" i to była opowieść o człowieku bogatym, sparaliżowanym i nieszczęśliwym. Pokochał "luzik", kobietę, życie i siebie. Miło mi się na sercu robiło kiedy na twarzy tego człowieka widziałam uśmiech. Można ? Można !!!!
Wnętrze, wnętrze, fakt zapomniałam o nowym, lepszym myśleniu. Najpierw środek, a reszta inaczej postrzegana będzie.