zabka-k napisał/a:zofia282 napisał/a:To chyba nie tak.......wydaje mi się, że jednak Twoja teoria jest zła. Jak mogę pokochać siebie, taką byle jaką, rozlazłą, bezradną. Najpierw muszę zmienić siebie, postawić do pionu a dopiero potem pokochać. Czy się zmieniłam ? Oczywiście !!!!
, chwilami sama się nie poznaję
. Jeszcze kilka lat temu godziłam się na wszystko, ustępowałam, płakałam nad losem innych nie dostrzegając własnej tragedii prowadzącej do upadku. Dzisiaj wiem, że za mnie nikt niczego nie zrobi, nie naprawi. DZisiaj walczę o swoje, zabiegam. Dzisiaj jestem stanowcza i staję się na nowo przebojowa. Żegnam się z byle jaką ja. Nowa ja zasługuje na szacunek i dopiero tę mogę pokochać. CZy kocham ? Jeszcze nie, ale już szanuję i bardzo lubię
Owszem miewam chwile gorsze....ale kto ich nie ma.
Mówisz, że jak siebie nie zaakceptujemy jakimi jesteśmy, to i wygląd anioła nie pomoże. Ciało chyba jest najmniej ważne, chyba najbardziej liczy się dusza 
Ja siebie dawnej nie akceptowałam. Swego samopoczucia nie akceptowałam a nie wyglądu. Z wyglądu zmieniłam się na minus. Ważę 56 kg jak ważyłam, mierzę 160 jak mierzyłam, przybyło mi natomiast lat, siwych włosów i zmarszczek. Czy inaczej na siebie patrzę ? Tak ! i to nie za sprawą wyglądu ! Pewności siebie nie daje mi wygląd a moje myślenie i postrzegania życia. To moje postrzeganie siebie jako człowieka, człowieka inaczej odbierającego świat, daje mi pewność siebie. Ja mogę być gruba, stara, byle jak ubrana (chociaż lubię ciuszki
) i do tego umorusana a zaczynam odczuwać dumę z siebie. Ja inaczej już odbieram co się dzieje w związkach damsko-męskich i wiem, że do bycia szczęśliwej nie jest potrzebny ktoś a inne myślenie.
Wygląd anoła....to mogą być tylko pozory i najczęściej są.
A ja oglądałam film "Nietykalni" i to była opowieść o człowieku bogatym, sparaliżowanym i nieszczęśliwym. Pokochał "luzik", kobietę, życie i siebie. Miło mi się na sercu robiło kiedy na twarzy tego człowieka widziałam uśmiech. Można ? Można !!!!
Zofia - fajne, to co napisałaś
Bo mocno mnie zainspirowało
A ja lubię, kiedy coś mnie inspiruje - nawet jeśli ma to byc mycie okien czy prozaicznych garów 
Przyznaję - mam trochę inaczej z tym poznawaniem siebie i pozorną bezradnością. I pewnie to przegadamy nieźle, ale wydaje mi się, że obecna Twoja przebojowość to wynik akurat sytuacji i faktu że świadomie chcesz mierzyć się z problemami. I je rozwiązywać. I tak być powinno, to powinien być standard, że to trudności podchodzimy w dorosły sposób, nie odkładamy spraw do załatwienia, nie udajemy, że nas nie ma, nie zapominamy. To jest dorosłość i dojrzałość po prostu. Ale pomyśl - kiedyś przyjdzie moment, gdzie tych kłód pod nogi życie rzucało już nie będzie. I co?
Jak posprzątasz to co obecnie z kątów wyłazi, czy nie zechcesz poczuć się odrobinę bezradna czasem i bezsilna? Czy Ty musisz być jedyna silna i samowystarczalna? Nie
Moim zdaniem będziesz musiała sie kiedyś nauczyć, że chcesz poprosić o pomoc i przyznać wszem i wobec, że coś jest ponad Twoje siły. To też będzie dojrzałość i dorosłość 
Właśnie sprzątam co z kątów wyłazi. Ja jako ja teraz żyje spokojnie. Nie rozrabiam więc niczego po sobie sprzątać nie muszę. Żyłam z facetem, który nie umiał załatwić spraw w prosty, bezpieczny i rozsądny sposób. Dawał jednak pozorne poczucie bezpieczeństwa. ZAwodził i natychmiast dawał to złudne uczucie. Słabłam. Psychicznie zaczęłam się sypać. Tylko on potrafił kolejną opowieścią zaleczyć (na chwilę) moje skołatane nerwy.
Z kątów wyłażą sprawy trudne. Wcześniej nie miałam sił im sprostać. Jestem na tym etapie, że dźwigać mogę i dźwigam. Pisałam, że łatwo nie jest, ale godzę się z konsekwencjami. Będą one duże albo i ogromne, ale jestem gotowa je ponieść.
Kochana udawałam przed całym światem, że problemu nie ma. Próbowałam i przed sobą udawać, ale nie zawsze mi się to udawało. Tak jak pisze Tarantella i ja miałam dwie głowy. Mądra od czasu do czasu odzywała się i krzyczała, tak nie można ! a głupia głowa myślała, małżonek tak mówi więc tak będzie i czekała na cud, który się nie zdarzył. Owszem od czasu do czasu coś mu się udawało (chyba przez pomyłkę
), ale ......nieważne, to już nie jest ważne.
Ty Zabko jesteś samodzielna, ja dłuuuugie lata nie byłam. Bezradność mnie powala. Nie znoszę tego uczucia. Bezradna nie działam, jestem bez życia.W chwili gdy pokazuje się choćby iskierka nadziei "budzę się do życia " i żyję i działam. Muszę być silna, szczególnie teraz. Samowystarczalna niestety nie jestem i dziękuję wszystkim, którzy mi pomagają i wspierają i muszę Ci powiedzieć, że dosyć długa jest lista osób mi przychylnych i wspomagających. Sama nie dałabym rady. Prosić o pomoc ? Zabko bywa , że i błagam o nią i nie wstydzę się tego robić. Nie wstydzę się (mimo wszystko) "przygody" swego życia a pożegnanie jej związane jest z podaniem mi ręki przez innych. Nie, nie wstydzę się prosić o pomoc i z niej korzystam i jestem bardzo wielu osobom wdzięczna i zobowiązana.
zabka-k napisał/a:Tak, zgadzam się, ze jak sami siebie nie akceptujemy to nic nie pomoże.... Mnie w akcpetacji samej siebie pomaga nastawienie, pogoda ducha, uśmiech na twarzy. I niestety przyznaję się do tego - obecność drugiego człowieka, takiego, który mnie akceptuje taką jaka jestem. Ja od długiego czasu mówię, że jeszcze siebie nie widzę w lustrze. I to jest prawda. Bo widzą mnie inni i mówią mi inni - że dziś mam dobry humor, że dziś fajnie wyglądam, że fajnie mi się włosy ułożyły itp. Ale ja dalej siebie nie widzę i nie ma takiego jakiegoś motywu, który by sprawił, że zawsze czuję się w nim dobrze... Choć z drugiej strony... Jak często sobie mówię że ja najzwyklejszą babą jestem, taką od dresów i łopaty, od restauracji i żabich udek, od pubu i operetki (opery jednak nie trawię), od artykułów profesjonalnych do Zmierzchu - to szybciej siebie akceptuję
Bo ja taka normalnie zwykła jestem
Jak trzeba to zawalczę, Jak trzeba posprzątam, Jak trzeba to się pobawię do rana. Jak trzeba spocę.
Jedno co wiem, co już dobrze wiem, to fakt, ze lubię coś czuć
Emocje
Może nie te złe, wolę te dobre - ale wolę czuć, niż udawać przed samą sobą, że nic nie czuję....
Udawanie, że się nic nie czuje
Byłam lepsza, udawałam, że kocham męża. Nie kochałam, byłam współuzależniona/uzależniona, ale nie kochałam go przez ostatnie lata. Chwilami go nie lubiłam, ale wmawiałam sobie, że fajny, dobry i o rodzinę dba. Poważnie tak było i tak myślałam. Myślałam też, że skoro postanowiłam z nim tworzyć rodzinę i być na dobre i złe to moim zasra***m obowiązkiem jest dotrzymać danego słowa i kochać do grobowej deski. Zdrada ? Nawet o niej nie pomyślałam, żadnej zdrady bym się nie dopuściła mimo że ja byłam w przeróżny sposób zdradzana. Udawałam, że nie czuję obrzydzenia kiedy wiedziałam, że romans trwa, ba ! nawet bardziej zabiegałam o uczucia.....taka walka samej ze sobą, obrzydzenie / proszenie o czułość i zainteresowanie. Udawałam wiele.....
Na sto którejś stronie tego wątku, mowa była o roli kkzb w związku. Zgadzam sie z opinią piszących tu kiedyś kobiet, że facet poznaje księżniczkę a po ślubie księżniczka zmienia się w służkę. Tak i ze mną było. Wiele umiałam zrobić i robiłam. Tapetowałam (sama!), wymieniałam fugi, malowałam ściany, ogród pielęgnowałam (praca z łopatą)+ obowiązki domowe. Mąż zapraszał rodzinę na święta a ja kopciuch całe święta sama przygotowywałam. Dwie dorosłe kobiety przyjeżdżały z rodzinami i one jak księżniczki i jeszcze odpocząć w święta musiały
a ja ? mnie nie było !!! Ja się nie liczyłam. Pozwoliłam siebie nie szanować.
Chwalił się tym co ja zrobiłam pomijając fakt, że ja to zrobiłam. Również nie raz oblana byłam potem po ciężkiej pracy. DZiś nie pozwoliłabym sobie na to, dziś uczę się na nowo być damą 