zabka-k napisał/a: Luluville
Daj znać, jak po psychologu 
No właśnie - jak... Jak coś zrobić?
Jak sie zmienić, albo odkryć na nowo?
Też nie wiedziałam
Bo jak same mówicie - nic na siłę. Jedno czego chciałam, to się uspokoić. Poukładać sobie najpierw rzeczy wokół siebie. To układałam, choć oczywiście mozolnie szło. Potem stwierdziłam, że mi naprawdę brak ludzi. No to najpierw okrutnie zmuszałam siebie do wychodzenia do przyjaciółki. Przecież przez ostatnie 2 - 3 lata, to ona do mnie biegała.... Więc raz się zmusiłam, drugi raz - a potem to już mi w krew weszło
A potem sobie przypomniałam, że ja przeraźliwie uwielbiam tańczyć. No to psiapsióła dała się wyciągnąć i nawet znajomą też zabrałyśmy - było świetnie, nie dość, że się wybawiłyśmy, to jeszcze ugadałyśmy straszliwie 
Dużo czytałam - bo mnie zżerała ciekawość o co chodzi. Więc przez to czytanie dużo wyszukiwałam. Czasem czegoś mi się zachce i niby mówię, że to zrobię, a potem mówię sobie - ale czemu mam się zmuszać, skoro mogę to zrobić wtedy kiedy będę tego bardziej chciała, niż musiała.
Luluville - ja tak już staram się o siebie samą 5 miesięcy
Przez pierwsze 3 czułam się tragicznie, musiałam każdą rzecz sobie wmówić, wytłumaczyć itp... Jak zaczęłam coś robić, cokolwiek, to wszystko jakby zaczęło zmieniać się samo.... Nie zmuszam siebie na gwałt do wszystkiego - oj, no chyba czasem do ogarnięcia mieszkania, jak mi się bardzo nie chce 
Po pierwsze - bardzo się cieszę, że na tego psychologa się zdecydowałam. Oczywiście przepłakałam prawie całą godzinę, ale pan doktor stwierdził że to bardzo dobrze.
Powiedział mi dużo rzeczy, ale to co było najważniejsze, żebym przestała sie obwiniać, żebym przestała przejmować emocje innych, tylko generowała swoje własne.
I przede wszystkim uczyła się egoizmu. Takiego pozytywnego. Że teraz, najbliższy czas ważna jestem tylko ja i nikt inny. Żadne koleżanki, rodzina, ktokolwiek kto do tej pory, tylko ja. Żebym skupiła się na sobie, a nie na wszystkich innych wokół. Za dwa tygodnie kolejna wizyta.
I powiem wam, że dużo sobie przemyślałam. Bo tu już nie chodzi jakby o Niego, tylko o całe moje życie, prawda? Że zrozumiałam, że pozwoliłam przyjaciołom kierować moim życiem, że nie umiałam podejmować własnych decyzji w oparciu o swoje własne myśli, odczucia, że ciągle ktoś mnie wykorzystywał, a potem tak ładnie nazywał "ona jest taka dobra dziewczyna".
Bo moja przyjaciółka dotąd nie zadzwoniła do mnie, żeby nie zaczać rozmowy słowami: "Cześć, mam do ciebie prośbę..."
I zaczęłam analizować i wezbrała we mnie złość.
I to ja zawsze do niej jeździłam. Ale moim pierwszym krokiem, było właśnie to, że uczę się mówić "nie" w kontaktach z ludźmi, uczę sie asertywności, tego że w końcu naprawdę odmawiam, gdy na coś nie mam ochoty.
On, ma jakiś niewidzialny radar, bo "wyczuwa" zagrożenie. Zadzwonił,rozmawialiśmy i powiedział: "Jakaś odmieniona jesteś, inna. Wszystko zmienia sie u ciebie jak w kalejdoskopie. Czyżby jakiś psycholog wchodził w grę?"
Ugięły się pode mną nogi... (ten to ma wyczucie), ale nie dałam sie zbić z tropu:
"Nie, nikt taki. Po prostu zaczęłam "trzeźwo" oceniać rzeczywistość. Mówiłam ci, że się zmieniam"
On teraz troszkę się wystraszył. Na razie tylko troszeczkę. Widzi, że jestem inna, ale chyba nie do końca wierzy, że może naprawdę mnie stracić.
Wczoraj napisał mi smsa, że moja przyjaciółka jechała taka smutna... chciał sprawdzić moją reakcję. Odpisałam, że czasem ludzie potrzebują od siebie odpocząć i że teraz ja potrzebuję odpocząć od niej. Był zdziwiony.
Coś zaczęło się zmieniać, powolutku.
Byłam wczoraj u przyjaciół, z którymi nie widziałam sie kilka miesięcy. Moja koleżanka powiedziała: ale odżyłaś, masz więcej energii, tak widać, że coś sie dobrego dzieje.
To była najlepsza recenzja tego wszystkiego.