Wiecie co.....
Tak sobie siedzę i myślę 
Takie mam dziwne jakieś spostrzeżenia. Jm już chyba uświadomił sobie, że jego obojętność wobec mnie dawno przestała mnie irytować, smucić, gnębić, dołować. Że ja do tego kompletnie już nic nie mam. Kompletnie i że to nie chwilowe. I to chyba wzbudza w nim jakąś formę agresji? Żeby czymś mi dopiec, czymś mnie poruszyć, wyprowadzić z równowagi? No nie wiem, ale takie mam wrażenie. Od dwóch dni już nawet nie tylko trzaska mi garami nad głową poza faktem jego standardowego totalnego olewatorstwa, zasiedzenia przed TV i cmokania, jak mu się papierek nie spodoba w zakresie kąta jego ułożenia (
), tylko po prostu jakby szukał jakiegoś powodu do awantury z mojej strony... Jakiś cholernie zaczepny jest... Nawet drze paszcze na dzieci w taki jakiś dziwny sposób - jakby go wszystko irytowało tak jakoś histerycznie? Wczoraj zwróciłam mu uwagę, żeby może trochę spokojniej do dzieci, bo się jedna mała aż zachłysnęła z płaczu i stała przed nim i przez łzy mówiła "ja cie tak nie lubie, ja cie tak nie lubie..." Odpowiedział, że mogłabym trzymać jego stronę, bo on trzyma moją! (?????) No to odpowiedziałam, że nie uważam obojętności za okazywanie, że jest się za trzymanie czyjejś strony. No i chyba nie zdzierżył
Nie czuję się winna, że dał się wyprowadzić z równowagi, bo nie wydarłam się, nie krzyczałam, powiedziałam to w cztery oczy i spokojnie. Ja nie zrobiłam tego złośliwie, ale nie uważam, żeby zachlapanie łazienki podczas mycia rąk przez 3,5 latkę było powodem do takiego darcia się! Aż się maluch trząsł z rozżalenia...
Nie wiem - to standard jest? Że już nie może ktoś "lodem" zranić, to "kamieniami" obrzuca?
Jakoś mi się udaje nie dać się pociągnąć w tym samym kierunku, staram się tylko spokojnie ew. zwrócić uwagę, że nie będę tolerować chamskich odzywek czy innych tego typu zachowań i się oddalam ku bardziej ważnym i bardziej satysfakcjonującym sprawom. Ale tak się czasem, jak dziś, z boku przyglądam i się zastanawiam - da komuś cokolwiek taka agresja wobec drugiej osoby, kiedy sam pozamiatał sobie wszystko i zrobił to co uważał za stosowne? Bo co - bo nie sądził, że mam prawo dać sobie radę i przestać wyć? Że będę żyła po swojemu i będę się uśmiechać? Że nie będzie mi absolutnie i w ogóle potrzebny do czegokolwiek, a jeśli coś mi będzie trzeba z nim uzgodnić, to po prostu spokojnie zapytam lub poinformuję, poczekam na odpowiedź i na tym koniec? Po co to????? Nie rozumiem....
Chyba zacznę przyznawać rację koleżance i przyjaciółce, że facet nawet nie sądził do czego to doprowadzi i dopiero teraz rozumie konsekwencje swojej decyzji, a raczej uzmysławia sobie jeszcze bardziej swoje wcześniejsze wobec mnie postępowanie.... I za wszelką cenę - to już mój wniosek - chce sobie zrobić we mnie wroga. Żeby poprawić sobie humor i mniemanie o sobie. Bo poza wszelkimi moimi zmianami we mnie, uśmiechu i pogodzie ducha, to jeszcze do tego staram się nie budzić w sobie agresora, bo widzę, do czego to mogło by doprowadzić. Pewnie pamiętacie, jaka byłam na siebie rozżalona, że mu się ostatnio udało...
To znaczy nie "jemu udało", tylko "mnie nie udało się" zapanować 
Coraz bardziej mnie nuży to wspólne mieszkanie i coraz bardziej tęsknym okiem wyglądam kupca... Chciałabym spokoju... Nie musieć się mijać i nie musieć cały czas uważać na sytuacje takie jak wczoraj... A jeśli będzie dzieciom fundował takie akcje, to i one, niestety zaczną go coraz bardziej unikać...