Witajcie, czytam od zeszłego roku ten wątek, teraz jestem na stronie 394. Czytam, bo jest mi bardzo bliskie to co piszecie. Mam 39 lat, od ponad 6 lat jestem po rozwodzie, mam dwoje dzieci.
Chciałam jedynie czytać, by dowiedzieć się więcej, bo wiele problemów, stanów, emocji tu poruszanych ja też czuję, więc potem czytam rady, słowa otuchy, które i mnie pomagają.
Dziś osiągnęłam kolejne swoje dno. Agresja.Czuję bezsilność, niemoc, ogromny strach, niepewność, martwię się. Dziś moje dzieci poszły do szkoły smutne. Zdaje sobie sprawę, że to już nie przelewki, że to nie tylko stres, że to może być depresja, której tak się boję, a może to jednak chwilowe przygnębienie?
Nakreślę od początku. Dom rodzinny to nie radząca sobie matka piątki dzieci, ja jestem trzecia, kochająca najbardziej zawsze najmłodsze dziecko. Całym jej światem był mąż, mój ojciec, tyran, despota, nieosiągalny emocjonalnie, nieobecny. Matka manipulantka. Rodzina to emocjonalna pustka, wstyd było pokazać radość, łzy i strach. Wstydliwe były wszelkie emocje potrzebne człowiekowi do normalnego funkcjonowania. Ja w tym wszystkim od zawsze bojąca się ojca, potem pogardzająca nim i w tej chwili nie wiedząca jak go traktować. Wiecznie samotna, bez przerwy odrzucana od matki, ojca nie uwzględniam bo był ,,nieobecny''. Wyrosłam na zakomleksione dziewczę, strasznie samotna, bojąca się życia czyli wyzwań i ,,czegoś lepszego'', z bardzo, bardzo niskim poczuciem wartości. Potrafiłam ,,zakochać się'' na długo tylko dlatego, że jakiś chłopak dłużej na mnie popatrzył. Gdy usłyszałam, że komuś się podobam..o matko ja? Natychmiast snułam wizje i ,,zakochałam się''. Wiem jak to brzmi, jednak ja na prawdę ,,kochałam'' i cierpiałam. Moja pierwsza miłość rozpadła się przez mój strach, agresję, kochanie za bardzo. Zatracałam się, nie istniało nic i nikt, żyłam tylko nim i spotkaniami z nim, nie potrafiłam o niczym innym myśleć, a dzieliła nas odległość 450 km. Po rozstaniu cierpiałam strasznie, nie będę tu tego opisywać. Potem wyszłam za mąż za człowieka, który okazał mi ,,ciepło'' i zrozumienie, za kogoś kogo byłam warta wg siebie. Teraz wiem, że wybrałam możliwie najgorzej jak mogłam. Były jest i był alkoholikiem i jest agresywny co dotarło do mnie dopiero PO rozwodzie, jest patologią potrafi spać na ławce brudny. Nie chcę dalej go opisywać. Nasze małżeństwo to oczywiście z mojej strony same negatywy, zatraciłam się zupełnie, nie miałam koleżanek, szybko pieluchy i całymi dniami sama z dzieckiem, potem dwójką czekająca na niego często w oknie i bojąca się że może nie wróci. Moja złość na niego, manipulacja i wszelkie typowe zachowania dla kkzb
Po rozwodzie przez dwa- trzy lata zupełnie o sobie zapomniałam. Szukałam miłości. dzień w dzień jej szukałam najczęściej przez łóżko, bo wtedy myślałam, że po czymś takim..Dla rodziców stałam sie dziwką, wtedy przez trzy mies u nich mieszkałam z dziećmi. Czekałam cały dzień by wyjść i móc szukać i nie cierpieć a wieczorem wychodziłam i nie docierało do mnie, ze moje dzieci moga cierpieć, przecież były pod opieka , przeciez i tak szły już spać. Wynajęłam małe mieszkanie i do tej pory w nim mieszkamy. po licznych perypetiach znalazłam się dziś w tym miejscu. Przez dwa lata na terapii. która pomogła mi zrozumieć moje konwulsywne wchodzenie w związki, szukanie miłości, roli dzieciństwa itd. Od dwóch ponad z nikim się nie spotykam, z determinacja szukam w tej chwili pracy wcześniej się bałam i nie mam przyjaciół, odcięłam się od znajomych, bo ci których poznałam po rozwodzie okazali się nie być dobrym towarzystwem, poza tym mam jakąś fobie społeczną.
Dziś rano nakrzyczałam na dzieci, szarpnęłam lekko córka i synem. Gdy wyszli pierwszy raz zaczęłam ,,walić'' jaśkiem w łóżko, potem długo wyłam, bo przecież wiem, że dzieje się coś niedobrego. Wiem, że ,,przenoszę'', boję się, martwię, brakuje mi wsparcia, brakuje mi bliskiej osoby, do facetów pałam złością choć chciałabym mieć przyjaciela nie kochanka. doszło do tego, że rozmawiając w sprawie pracy z niedoszłym szefem miałam ochotę na niego naskoczyć. Facet próbujący ze mną flirtować, naraża się na moja agresję słowną, bo wiem że to z ,,tych''.
Dziś jest mityng dla osób ddd a ja boje się pójść, bo będzie tam więcej osób i niż dwie, więcej to dla mnie za dużo by się odezwać czy pokazać.
Niedługo wróci ze szkoły córka będę ja przepraszać i lekko wytłumaczę, syna nie będę przepraszać , niedawno to zrobiłam i co? Jest tez drugie dno, ja zawsze chcę przepraszać i tłumaczyć, stawiam się w pozycji wiecznie winnej z wiecznym poczuciem winy.
Co może mnie uratować? praca - czekam na tel, roznoszę cv, pytam, mieszkanie - na socjalne z urzędu czekam ponad 6 lat, z jedna przyjaciółka - ktoś mi bliski, wyjście z domu, no i wsparcie.
Pisałam, pisze afirmacje. Prosiłam kogoś kompetentnego o afir, dla siebie, a otrzymałam odpowiedź, że tego wszystkiego mi brakuje, czyli podstaw, bo w głębi duszy uważam że nie zasługuję, racja. Analogicznie wróciłam do punktu wyjścia- uczucia, zachowanie, sytuacja materialna i bytowa z okresu dzieciństwa, dorastania.
Uff. Dziękuję za przeczytanie .