Juz o tym nie raz wspominalam a teraz Maja na blogu Moje Dwie Glowy potwierdzila 
EPISTOLOGRAFIA ZANIECHANA
No dobra. A teraz ręka do góry, która nie spłodziła w trakcie związku z psychofagiem 10 tomów korespondencji do niego skierowanej? Taaaa. Las rąk. Epistolografią zajmowałą się każda. I, żeby nie było, ja biegłam w ścisłym peletonie. Właśnie dlatego z jednej strony rozumiem, ale z drugiej przeżywam za każdym razem, jak któraś z Was zaczyna pod byle pretekstem z psychodebilem korespondować, bo to tak, jakby do dilera po dłuższym odwyku poszła zapytać o pogodę. Z własnego doświadczenia wiem, że każda jedna litera takiego listu to krok w tył w procesie zdrowienia.
Osobiście nie znam ani jednej, która złamana niepowodzeniem wszelkich innych form komunikacji z tyleż głuchym, co bezczelnym klockiem drewna, nie próbuje wreszcie pisania. U mnie tak to właśnie wyglądało. Każda próba rozmowy na ważkie tematy kończyła się darciem się na mnie, machaniem mi łapami przed twarzą albo (co było znacznie gorsze) cichym, przerażającym syczeniem przez zęby pogardliwych kwestii w stylu ?Albo zzzzamkniesz pysk, albo zzzzzrobię coś tobie, albo sssssobie.? Akceptowalna byłam tylko uśmiechnięta, niewymagająca, bezproblemowa. Próby uzgodnienia, ustalenia, wyjaśnienia w każdej chwili mogły doprowadzić najpierw do irytacji, a potem do nagłego wybuchu wściekłości? i jeb piąchą w ścianę. Więc pewnie mówię jakoś nie tak, myślałam sobie. Może mój głos, albo mowa ciała doprowadzają go do takiego stanu. No ale przecież w związku nie sposób nie rozwiązywać pojawiających się problemów, wypracowywać konsensusów. Jakoś komunikować się trzeba. Więc jeśli nie słowem mówionym to może przynajmniej pisanym. Uniknie się nerwów, da mu się czas niezbędny na refleksję i spokojne odniesienie się do tematu. Taki oto jest chory tok rozumowania partnerek emocjonalnych agresorów, wyzwolony przez ich perwersyjną komunikację. Na tym m.in. polega przemoc w związku - na odmowie komunikacji wprost. Trzeba kluczyć, przemycać, delikatnie, na paluszkach, żeby nie rozwścieczyć zwierza. Ja, postępując zgodnie tym schematem, zaczynałam próby porozumienia się od jednozdaniowych maili, a skończyłam na dramatycznych epistołach. No i to dopiero była kupa śmiechu z naciskiem na kupa.
Każdej OCZYWIŚCIE wydaje się, że jej listy są najwyjątkowsze ze wszystkich innych listów napisanych przez wszystkie inne kobiety na świecie do wszystkich innych psychofagów. Szukacie najbardziej poruszających psychofażą wyobraźnię metafor, odgrzebujecie w ich pamięci plany wspólnie czynione, odwołujecie się do literatury pięknej, norm społecznych, ludzkich, boskich, powołujecie się na uczucia dzieci, psów, chomików, wspólnie spędzone lata, prorokujecie im zgubę, która dosięgnie ich bez Was, sugerujecie, że tylko Wy dotarłyście do sedna ich problemów, zaburzeń i tylko Wy nadajecie się na pielęgniarkę ich popapranych mózgów. Co druga jako narzędzia ostatecznego używa wyeksploatowanego przez pokolenia kobiet fragmentu Listu do Koryntian (znanego jako Hymn o miłości), który nadaje się być może na landrynkowe motto i początek zdrowego związku ale nie na koniec związku toksycznego. Jednym słowem będziecie ich przekonywać, nawracać, prostować, bo z pewnością on do tej pory TEGO WSZYSTKIEGO NIE WIEDZIAŁ, ale teraz się dowie i go olśni, przebudzi się z katatonii, zrozumie i cud Waszej miłości go uzdrowi, a on przestanie pić, drzeć się, obijać, kurwić, kłamać, obrażać, ignorować i będzie tak pięknie, jak kiedyś.
Oczywiście trochę jak zwykle sobie ironizuję, ale naprawdę wiem, jak strrrrasznie Wam zależy, żeby do nich trafić z przekazem, z informacją, że Was boli. Ale niestety wiem też, jak strrrrasznie głęboko oni mają to w dupie. Tak głęboko, że kolonoskop by nie sięgnął. Niedawno nawet jedna z koleżanek z bloga powiedziała mi coś, z czego długo się śmiałyśmy. Otóż i ona padła ofiarą swojej własnej chęci przetłumaczenia swojemu kawałkowi drewna z polskiego na drewniany. Flaki sobie wypruwała, żeby sformułować swoje uczucia i oczekiwania najtrafniej i najsubtelniej. Kiedyś jednak, mając wgląd w skrzynkę psychofaga, stwierdziła, że on tych jej maili nawet nie otwierał, choć? o nich z nią rozmawiał. Myślicie, że Wasze poruszające maile spotyka lepszy los? Maksimum, na co możecie liczyć, to potraktowanie ich metodą szybkiego czytania ? oko adresata omiata blok tekstowy w środkowym polu i wyłapuje najogólniejszy sens i atmosferę ?utworu?, żeby się przekonać, czy nadal jesteście do przelecenia, czy chwilowo jednak nie, albo czy będziecie rozrabiać na rozwodzie i przy podziale majątku, czy jednak skruszałyście pod wpływem tęsknoty i samotności. O, i tyle tej głębi przekazu (i głębi odbioru) było.
Klękam oto na kolanach przy swoim biurku i błagam Was na wszystkie świętości: nie wysyłajcie do tych popaprańców żadnych listów więcej! Takie listy to postać manipulacji nimi i gwałtu na samej sobie. Takie listy (przepraszam co delikatniejsze uszy i oczy za dosadność) jedynie robią im loda, a nie skutkują żadną naprawą, zmianą, zrozumieniem. Tych listów kiedyś będziecie się wstydzić i żałować czasu poświęconego na ich upłodzenie, i tych emocji, i intelektualnego wysiłku, a już najbardziej ich podtekstu: ?weź mnie, weź mnie, zadarmooddamsię? (bez względu, czy piszecie na romantycznie, czy na buńczucznie, wydźwięk jest właśnie ten).
I tu nie można sobie szukać usprawiedliwienia w postaci: ?bo on do mnie napisał pierwszy i ja mu tylko odpisuję, no bo przecież kultura nakazuje.? Kultura-srura. Zrozpaczona i rozchwiana emocjonalnie ale pełna jeszcze nadziei kobieta tylko czeka na okazję, żeby mu tak móc ?odpisać?. Miarą zwycięstwa nad tym toksycznym szajsem jest umiejętność odmówienia sobie wchodzenia w jakąkolwiek relację z psychofagiem. Dopóki same siebie będziecie przekonywać, że z jakichś względów MUSICIE czytać, co oni bredzą i MUSICIE ripostować, dopóty oni będą to wykorzystywać do pociągania Waszych emocjonalnych sznurków i jarania się Waszymi listami. KAŻDĄ sprawę (formalności, finanse, dzieci, rozwody, rachunki) można załatwić przez osobę przez Was do tego upoważnioną, pełnomocnikiem zwaną. Wiem, bo sama tak zrobiłam. I mimo tego też ładnych parę razy zdołałam upłodzić (ja tylko odpisuję, ja tylko odpisuję). To działa jak sztachnięcie się starą iluzją. Sztachać to się można, kiedy się nad tym panuje, a jak już się panuje, to się nagle okazuje, że już nam się wcale tego sztachania nie chce. W początkowym jednak etapie nie panuje żadna. Taki mailowy ping-pong kończy się wielogodzinnym zastanawianiem się nad każdą bździną, którą oni do Was napiszą i kolejną falą udręki, jeśli za bardzo się wczujecie w poszukiwanie w tych bździnach sensu.
Dlatego proszę: piszcie sobie, co tam chcecie (i wierszem i prozą; sms-sem, mailem czy na pachnącej papeterii, traktaty naukowe, filozoficzne rozprawki, elegie po wielkiej miłości, dowcipne ramotki czy bajki z morałem), ale znajdźcie w sobie siłę, żeby tego do nich nie wysyłać. Najlepszy list, to list niewysłany. Ten to ma dopiero przekaz. Taki niewysłany list głosi: ?Adresat nieznany.? Za taki list podziękujecie sobie same za jakiś czas. Słowo.