Norwood Robin
"Kobiety, które kochają za bardzo"
Bo kochać za bardzo nie znaczy bynajmniej kochać za wielu, zaczęsto bądź za głęboko. Kochać za bardzo to popaść w obsesję i nazwać ją ?miłością", a następnie pozwolić, by owładnęła naszymi uczuciami izachowaniem do tego stopnia, że'nie potrafimy odejść od mężczyzny doskonale wiedząc, że ma to rujnujące skutki dla naszego zdrowia i równowagi psychicznej. Kochać za bardzo to mierzyć miłość rozmiarami naszych męczarni.(....)
Wszyscy reagujemy silnymi emocjami na takie słowa, jak alkoholizm, kazirodztwo, gwałt czy nałogi często nie umiemy spojrzeć realistycznie na własne życie, ponieważ boimy się zastosować je do nas samych lub do tych, których kochamy. Niestety, bez nazwania rzeczy po imieniu nie sposób ruszyć z miejsca. Z drugiej jednak strony te przerażające terminy mogą istotnie nie odnosić się do twojego życia. Mogłaś mieć w dzieciństwie problemy subtelniejszego kalibru. Na przykład z ojcem, który utrzymywał dom na należytym poziomie, ale z zasady nie lubił kobiet i nie ufał kobietom, dlatego ty nie polubiłaś samej siebie. Albo z
matką, która w czterech ścianach przybierała zawsze postawę zawistną i rywalizacyjną, a jednocześnie popisywała się i pyszniła tobą przed obcymi, wskutek czego musiałaś wszędzie zbierać ?same piątki", żeby ją zadowolić, a zarazem stale drżałaś na myśl o wrogości, jaką wzbudzą w niej twe sukcesy.(...)
Ale wszystkie rodziny niezdrowe mają pewną cechę wspólną: jest to nieumiejętność poruszania spraw
kluczowych, podstawowych, najbardziej istotnych. Mówi się w nich na różne tematy, czasami aż do obrzydzenia, ale nigdy o tym, co sprawia, że rodzina nie funkcjonuje prawidłowo. Stopień patologii i emocjonalnego kalectwa jej członków zależy raczej od stopnia utajnienia problemu niż od jego obiektywnych wymiarów.
W rodzinie, która nie funkcjonuje prawidłowo, wszyscy odgrywają sztywno swe role, a komunikowanie się zostaje ograniczone do wypowiedzi zgodnych z rolami. Nikt nie opowiada swobodnie o tym, co czuje, czego chce, co mu się właśnie przytrafiło, czego mu brak; każdy recytuje wyłącznie te kwestie, które pasują do kwestii wygłaszanych przez innych. Oczywiście, jakieś role są we wszystkich rodzinach, niemniej warunki wciąż się zmieniają, a wraz z nimi ulega modyfikacjom nastawienie poszczególnych osób. W przeciwnym razie biada rodzinie! By posłużyć się najprostrzym przykładem: ten rodzaj ?matkowania", jakim raczymy dziecko roczne, byłby czymś zupełnie niewłaściwym wobec nastolatka. Rola matczyna musi dostosowywać się do rzeczywistości. W rodzinach dysfunkcyjnych rzeczywistość (a zwłaszcza główne jej rysy) jest stale negowana, zaś przyjęte role są kompletnie nieelastyczne.
Jeżeli nikt nawet nie zająknie się o tym, co doskwiera każdemu z osobna i wszystkim naraz; jeśli poruszanie takich spraw jest zakazane explicite (?u nas się o tym nie mówi") bądź implicite (przez natychmiastowe zmiany tematu) ? uczymy się nie dowierzać swym postrzeżeniom i uczuciom. Ponieważ rodzina nasza zaprzecza podstawowym realiom, my zaczynamy robić to samo. W efekcie nie wyksztacają się w nas pewne elementarne narzędzia radzenia sobie z życiem, z ludźmi i z sytuacjami. Tego właśnie brak kobietom, które kochają za bardzo. Nie potrafią zauważyć, że ktoś lub coś nie wychodzi im na zdrowie.
Nie potrafią odrzucić człowieka czy układu, którego inni w naturalny sposób unikaliby jako zbyt zagrażającego, niewygodnego bądź szkodliwego dla siebie. Nie potrafią ocenić sytuacji realistycznie, czyli uwzględniając także własne interesy i dobro. Kobiety takie nie ufają temu, co podpowiadają im uczucia. Albo też posługują się uczuciami, by same siebie oszukać.
Pozbawione odruchów samozachowawczych, wplątują się w niebezpieczeństwa, intrygi, dramaty i powikłania, od których z daleka ucieknie każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, a ponieważ to, co je pociąga, jest na ogół repliką tego, w czym wzrastały, dostają kolejny raz po uszach. Wciąż zbierają ciosy.
Kochanie za bardzo nie jest skłonnością przypadkową. To wypadkowa wychowania kobiety w konkretnym społeczeństwie i konkretnej rodzinie. A oto typowe cechy charakteryzujące taką kobietę:
Wychowałaś się w domu dysfunkcyjnym, który nie zaspokajał twych potrzeb emocjonalnych.
Pozbawiona prawdziwej troski i wsparcia, usiłujesz odrobić tę zaległość w sposób namiastkowy stając się czyjąś piastunką; najczęściej mężczyzny, który sprawia wrażenie potrzebującego.
Nie zdołałaś przemienić rodziców (lub jednego z nich) w ciepłych i czułych opiekunów. Wobec tego reagujesz silnie na swojską postać kogoś, kto jest uczuciowo nieprzystępny. Chcesz znów dokonać cudu.
Czarodziejskim środkiem ma być twa miłość.
Boisz się panicznie opuszczenia; zrobisz więc wszystko, aby tylko związek trwał.
Nic nie jest zbyt ciężkie, czasochłonne czy za drogie, jeżeli może ?pomóc" twojemu mężczyźnie.
Przywykłaś do braku wzajemności.
Będziesz czekać, żywić nadzieję i wciąż próbować na nowo.
Zawsze bierzesz na siebie ponad pięćdziesiąt procent odpowiedzialności i winy.
Oceniasz samą siebie niezwykle nisko. W głębi ducha nie wierzysz, byś zasługiwała na szczęście. Sądzisz raczej, że musisz zapracować na przywilej cieszenia się życiem.
Ponieważ nie zaznałaś w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa, przejawiasz ogromną potrzebę panowania nad partnerem i waszym związkiem. Władcze zapędy maskujesz chęcią ?bycia pomocną".
W każdym układzie damsko-męskim kierujesz się nie tyle wglądem w sytuację rzeczywistą, ile swymi marzeniami o tym, jak mogłaby się ona przedstawiać.
Nie umiesz obejść się bez mężczyzn i cierpień.
Możesz mieć emocjonalne, a nawet biochemiczne predyspozycje do nałogowego picia, zażywania narkotyków lub lekarstw bądź objadania się, szczególnie słodyczami.
Ciągnie cię do ludzi ?trudnych". Bezustannie zaplątujesz się w skomplikowane, chaotyczne i przykre afery miłosne. Unikasz w ten sposób skoncentrowania się na własnych problemach i własnym życiu.
Przypuszczalnie często popadasz w depresję. Starasz się jej zapobiec fundując sobie porcję podniecenia związanego z układem niepewnym i zawiłym.
Nie podobają ci się mężczyźni zarównoważeni, spolegliwi, sympatyczni i wyraźnie tobą zainteresowani. Uważasz ich za ?nudziarzy".