Witajcie Kochające za bardzo!
Nazywam się Izabela i jestem jedną z Was- kochającą za bardzo. Zrozumiałam to wczoraj i postanowiłam poszukać pomocy u osób z podobnymi problemami. Bo kto inny może mnie zrozumieć (oprócz dobrego psychologa)?
Właściwie nie wiem, od czego mam ją zacząć, chyba najlepiej od końca, cofając się do początku. Trzy miesiące temu, po dziewięciu latach małżeństwa, wyprowadziłam się od męża do rodziców (po raz kolejny), a po dwóch tygodniach wyjechałam do Irlandii, do brata, żeby zacząć nowe życie. Najpierw musiałam oczywiście znaleźć pracę, co udało się dość szybko, ale moja przeszłość niedaje mi spokoju, więc zaczęłam szukać przyczyn niepowodzenia mojego związku. Wczoraj trafiłam na informacje o kobietach kochających za bardzo i, chociaż ciężko mi to było przyznać, zrozumiałam, że właśnie taka jestem. Historia mojego małżeństwa jest książkowym przypadkiem: spotkanie, wielka miłość, ślub zdumiewający wszystkich dookoła ( 'Przecież wy do siebie zupełnie nie pasujecie!') i szybkie zakończenie bajki, a początek drogi przez mękę: kłótnie, oskarżenia, depresja, nerwica, rozstania, powroty... Krótko o nas w momencie poznania: ja- studentka kierunku, który mnie nie interesuje, ale ma umożliwić znalezienie pracy i odciążenie budżetu rodzinnego, interesująca się psychologią, krótko po rozpadzie związku, w który byłam mocno zaangażowana, zdołowana tym faktem i właśnie zawalająca studia i on, starszy o 9 lat rolnik z własnym, nowoczesnym gospodarstwem, z mojej miejscowości, syn ojca-tyrana kochającego tylko pieniądze i porządkujący stosunki rodzinne przemocą. Każde z nas szukało osoby, która potrafi dać mu szczęście. Jako najstarsza z trójki rodzeństwa, córka wiecznie nieobecnego ojca (praca) i poświęcającej się dla dzieci, pozbawionej własnego życia matki, która zawsze da sobie radę z własnymi problemami, chciałam być dla kogoś najważniejsza. Tym bardziej, że nie zamierzałam i nie zamierzam mieć dzieci- patrz: poświęcająca się matka. Mój mąż, niekochany w dzieciństwie, gnany do pracy przez ojca-psychopatę, widzącego tylko kasę, obwiniającego o całe zło świata żonę, bitą regularnie i regularnie rodzącą kolejne dzieci, chciał stworzyć szczęśliwą rodzinę, ale w imię miłości do mnie pogodził się z faktem, że nie chcę dzieci. Co nas połączyło? Chyba nasze chore osobowości, bo nic więcej innego nie widzę. Mieliśmy krańcowo różne spojrzenie na świat, zero wspólnych zainteresowań, żadnych wspólnych celów. Szybko zaczęły się kłótnie i pretensje, bo nie spełnialiśmy wzajemnie swoich oczekiwań, mąż realizował swoje życiowe cele bez oglądania się na moje potrzeby i uczucia, ale wciąż powtarzał jak mnie kocha; ja poświęciłam się dla niego całkowicie, zerwałam kontakty z przyjaciółkami, które nie mogły znieść atmosfery naszego domu i zamknęłam się w sobie. Do tego mieszkanie z teściami ( teść mnie nienawidzi i nie ma problemu z wyrażaniem tego na każdym kroku), problemy rodzinne brata mojego męża (psychola jak tatuś, którego żonę czułam się w obowiązku wspierać, bo każdy ma gorzej jak jak), który mnie nie cierpiał, ale byłam darmową opiekunką jego dzieci, na każde skinienie, więc musiał mnie tolerować. Znerwicowana, z zerowym poczuciem własnej wartości, uciekałam z piekła, które sama sobie stworzyłam (TERAZ to wiem), wiele razy. Było juz nawet tak, że pół roku nie mieszkaliśmy z mężem razem, znalazłam pracę i jakoś sobie radziłam. Ale zawsze w kńcu wracałam, bo go kochałam, bo obiecywał że się zmieni, bo przecież to nie jego wina że jest taki, bo mnie kocha... I tak zmarnowaliśmy wspólnie 9 lat. Teraz nie zamierzam juz wracać, bo zrozumiałam, że to droga donikąd. Jak to zrozumiałam? Poszliśmy do psychologa, oczywiście z mojej inicjatywy, żeby ratować małżeństwo i usłyszałam, że wiem, co i jak powinnam zmienić, tylko muszę znaleźć na to sposób i wprowadzić w życie tak, żeby mąż to przyjął i zaakceptował. Czy to nie namawianie do manipulacji??? 'Zrób tak, żebyś byłą zadowolona, a on nie podejrzewał, że ty wszystkim sterujesz.' I chyba jakoś wtedy zrozumiałam, że ja nie chcę zmieniać męża dla siebie, zmuszać go, żeby stał się inny, walczyć nadal o wszystko i sama też nie chcę się zmienić dla niego. Bo ja jestem w porządku i mam prawo do własnych oczekiwań, które powinny być szanowane, a jemu powinno zależeć na moim szczęściu z miłości, a nie 'zrobię to dla ciebie żebyś nie odeszła'. Musimy chcieć się zmienic dla siebie, dla naszego własnego dobra, a nie dla kogoś, inaczej nic z tego nie wyniknie (jak przez te 9 wspólnych lat). Mocno związana ze swoją rodziną z trudem przyznaję, że to ona mnie taką ukształtowała: bardzo kocham rodziców i rodzeństwo, ale nigdy im tego nie mówię wprost, bo nigdy tego nie usłyszałam od nich. Nigdy mnie za nic nie chwalono, zawsze za mało się starałam, byłam 'zdolna ale leniwa' i 'popatrz na nią, tak powinnaś być'. Tak stałam się kochającą za bardzo z syndromem ratownika, który musi wszystkim pomagać, bo przeciez sam ma wystarczająco fajne życie, żeby nie nrzekać...
To właśnie ja i moje dotychczasowe życie, przepraszam, że tak tego dużo (chociaż mi się wydaje, że opowiedziałam tylko to co najważniejsze, o wielu mniej istotnych sprawach nie wspominając). Mam nadzieję, że Wasza grupa zaakceptuje mnie jako i nauczę się dzięki Waszej pomocy żyć normalnie. Bardzo mocno pozdrawiam wszystkie świadome swojej wartości kobiety, które mają odwagę walczyć o własne szczęście na przekór trudnościom i stereotypom.