bags napisał/a:Zofio...
Jest coś takiego jak piramida Maslowa - zapewne Tobie i Wam dobrze znana. W sakramencie małżeństwa występuje podobna piramida - wartości, gdzie na pierwszym miejscu jest wiadomo kto.
I teraz - nie wnikając w Wasz "rodzaj" związków małżeńskich, czy to wszystko - te Wasze problemy nie wzięły się z tego, że na szczycie tej piramidy - na jej piedestale - stoi ON... ale nie ten właściwy od strony duchowej lecz związkowej. I wsio co do tej pory robiłyście nie było "podporządkowane" stwierdzeniu "bo to On, bo to dla Niego, bo co On powie???" - parafrazując powiedzenie na wsi "bo co ludzie powiedzą"?
Nie znam piramidy Masłowa a po tym co przerzuciłam w internecie na jej temat, nie rozumiem co ona ma do rzeczy. Obce mi są też sakramenty. Oczywiście, że ten przeze mnie zaobrączkowany, nie jest tym właściwym. TERAZ to wiem i dlatego załatwiłam sobie wolność
( obrączkę zdjęłam kupę lat temu po jego pierwszym romansie, on swoją zdjął przy romansie kolejnym) i zwolniłam go mentalnie z posiadania tej obrączki.
Nie interesowało mnie co powiedzą inni. Żyłam swoim życiem, dla siebie i wiodło mi się całkiem dobrze.
Dla mnie zawsze ważni byli ludzie, dom i pieniądze. Nie potrzebowałam "przywódcy", ale też nim nie byłam. Miałam plany, marzenia i je realizowałam. Miałam duże grono znajomych i kilka wspaniałych przyjaciółek. Byłam odważna,towarzyska, wesoła. Byłam też osobą mocno stąpającą po ziemi i samodzielną od 18 roku życia. Wiedziałam czego chcę. Byłam realistką, wyczuloną na oszustów. Byłam ! , bo to wszystko niezauważalnie straciłam (oprócz przyjaciółek).
bags napisał/a:A prawda jest taka, że powinno się tam stać we dwoje, na równych prawach, bo:
małżeństwo dwojga ludzi to partnerstwo, czyli równe prawa, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Powinno ! Wszyscy o tym wiedzą i mnóstwo ludzi tego nie przestrzega. Poczytaj to forum i zobacz na własne oczy ile kobiet, ale i mężczyzn narzeka na jawną i mniej jawną przemoc i dyktaturę w związku. Ilu jest skopanych, zdradzonych, "okaleczonych" i nie wynika to z partnerskiego związku przecież.
bags napisał/a:Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej.
Pozwoliłam mężowi być sobą, właśnie pozwoliłam mu! i nie było to takie piękne. Powiem więcej, było to dla mnie nawet bolesne, a i dzieci też odczuły na własnej skórze jego bycie sobą. Dobre strony powiadasz.....nie wiem czy prawdziwy on, miał jakieś dobre strony. Ukryty potencjał ??? Tego potencjału trzeba się bać !
Kochałam charyzmę męża. Uważałam, że jest dobrym człowiekiem i za to również go kochałam. Stworzyłam sobie w głowie obraz człowieka uczciwego, zaradnego, życzliwego, ciepłego,oddanego. On mi w tym bardzo pomógł, to fakt. Dłuuugo ukrywał swoją prawdziwą twarz.
Okazało sie , że ja realistka nie widziałam co się wokół mnie dzieje ! Jego własne dzieci trafnie go postrzegały, ja nie. Jeśli nawet zaliczał wpadki to go usprawiedliwiałam. Ja nie dająca się oszustom, wpuściłam pod swój dach i życie dzieliłam z oszustem, wyrafinowanym oszustem ! I gdzie to piękno bags ! Gdzie to piękno, kiedy prawdziwa twarz psychopaty rozjaśnia się na widok twojego bólu ! Gdzie to piękno, kiedy widzisz, że przyjemność mu sprawia twój upadek. Gdzie to piękno jak zastanawiasz się dlaczego jego wzrok jest zimny, pozbawiony jakichkolwiek emocji i takim spojrzeniem cię mierzy na słowa protestu jego bezczelnych słów i zachowań, i twoich emocji..... Gdzie to piękno kiedy patrzysz w oczy małżonkowi i słyszysz, że trzeba było się skutecznie o śmierć postarać....on gdyby już, to postarał by się właśnie skutecznie....gdzie to piękno bags.... gdzie to piękno, kiedy twój najbliższy ci człowiek domaga się twojej śmierci, żałuje, że przeżyłeś....gdzie to piękno ???....
Pozwalałam mu na wiele....tak jak mówisz, na realizację i rozwój. Konsekwencje tego dla mojej rodziny są druzgocące....
bags napisał/a:Nie ma co sie oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku. Szkoda niszczyć w taki sposób małżeństwo.
Potwierdzam, nie ma co sie oszukiwać - dyktatura nie ma nic z miłością wspólnego. Dyktatura kojarzy mi się bardziej z przemocą.
Ci co małżństwo niszczą nie żałują tego (bo by nie niszczyli) i robią to z premedytacją.
bags napisał/a:Odwoływanie się tutaj do winy jaką jest KKZB w Waszym przypadku jest - chyba - nie na miejscu, bo kto najlepiej jak nie Wy potrafi uczyć i pielęgnować to COŚ zwane miłością?
Uczyłam i pielęgnowałam. Durna byłam jak but i nigdy więcej !
Mam dużo cech kkzb. Cechy te nie ułatwiają życia. Od kiedy zdrowieję, poprawiły się moje relacje z dziećmi (jesteśmy jedną drużyną, przyjaciółmi), odważniej spoglądam na ludzi i życie. Jestem spokojniejsza, weselsza. Przestałam tez wierzyć w cuda.
Gdyby nie cechy kkzb, nie pozwoliłabym sobie na takie życie i traktowanie.
bags napisał/a:A w tym co piszesz tutaj...
"Kkzb nie mają swojego życia. Ich życiem jest mężczyzna. CZy da się to zmienić? Nie wiem. Wiem, że ja już nie potrzebuję do szczęścia faceta. Umiem znaleźć radość w byciu samej, w wyjściach z koleżankami, wyjazdach. Umiem śmiać się , żartować, już umiem. Już pozbyłam się "nie wypada". Wypada mi wiele big_smile. Wypada mi zostawić wszystko na 2 tygodnie i wyjechać i dobrze się bawić. Wypada mi mówić, nie mam pieniędzy, nie stać mnie na to (tego zabraniał mi mąż). Wypada mi myśleć nie tylko o dzieciach, ale i o sobie. Wypada mi iść do łóżka z facetem, bo mam ochotę na seks, seks bez zobowiązań. Wypada mi nie ugotować kilka dni pod rząd obiadu ( i wszyscy żyją i z głodu nie umarli). Wypada mi mieć w domu bałagan i jest to MÓJ bałagan, którego się nie wstydzę. Wypada mi sprzatać kiedy chcę i angażuję w to dzieci (i wypada mi je angażować big_smile). Wypada mi powiedzieć do koleżanki, nie mam dziś ochoty iść na kawę, czy gdzieś tam.
Kiedyś to wszystko było nie do pomyślenia (mojego pomyślenia). To jest ta praca nad sobą i jej efekty smile
Wiesz Magnolio, może i oni nam prali mózgi, ale to MY im na to pranie pozwalałyśmy. Uczestniczyłyśmy w tym praniu, swoim przyzwoleniem. Koniec więc z przyzwoleniami !!!!!!!!!"
do tego odnosi się Sekret... Do zmiany myślenia i pracy nad wszystkimi aspektami życia... nie zapominając o najważniejszym elemencie tej całej układanki - o sobie.
Aby pamiętać o sobie nie potrzebny jest Sekret. Potrzebna jest wiedza, że można siebie zgubić i nie powinno się do tego dopuścić. Nie czytałam, nie oglądałam sekretu. Posiadłam wiedzę na tym Forum od mądrych kobiet, które zgubiły siebie i po traumie podnosiły się......uczyłam się i od tych, które podnieść się nie chciały lub takiej potrzeby nawet nie widziały. Nie wierzę w czary mary i wszystko będzie dobrze. Rozumiemy problem lub nie. Chcemy sie zx nim uporać lub nie, ot cała filozofia.
bags napisał/a:Wszystko co najlepsze możemy zrobić dla innych, to być sobą! (patrz "regułka" partnerstwa
)
Hmmm . Mam być sobą dla innych ? Dlaczego cokolwiek mamy robić dla innych ? Dlaczego każesz zapomnieć o sobie ?
Tak właśnie robiłam. Robiłam dla innych. Mąż, dzieci, znajomi , rodzina, a ja ? Mnie nie było.
Z drugiej strony to gdyby mój mąż był sobą, bez ukrywania prawdziwej twarzy to faktycznie zrobił by innym dobrze 