Mikkami napisał/a:Umm... nie wiem czy to właśnie tutaj powinnam napisać, ale....
Myślę że też nadaję się do tej grupy... co prawda DDA mnie nie dotyczy, ale... jako dziecko byłam molestowana przez wujka, trochę ponad 10 lat starszego ode mnie... choć molestowana to może za duże słowo, bo w sumie sama bardzo go kochałam i pozwalałam na wszystko, nie miałam nic przeciwko gdy mnie dotykał, a nawet sama chciałam, wiedziałam przy tym że nie mogę powiedzieć rodzicom. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba trwało to kilka lat. W okolicach trzeciej klasy podstawówki zaczęło do mnie docierać że to jest złe i że nie może tak być. W tym czasie dostałam też pierwszy okres i wystraszyłam się ciąży, chociaż on mnie zapewniał że nic sie nie stanie... Wujek mieszkał wtedy jeszcze z babcią więc po prostu nagle nie chciałam do niej przyjeżdżać, choć dawniej bardzo często zostawałam na noc...
Jak teraz o tym pomyślę to byłam wtedy o wiele silniejszą dziewczynką niż teraz ^^
W domu rodzinnym też nie było za dobrze... ojciec miał skłonności do bicia mnie, po czym zawsze za to przepraszał. Wkurzał się o wszystko... miałam malutką siostrę więc zdarzało się że wszystkie zabawki lądowały na ziemi... zazwyczaj dawał mi na posprzątanie pół godziny. Jeśli w tym czasie wszystkiego nie posprzątałam dostawałam manto i wszystko lądowało spowrotem na ziemi zdeptane przez ojca, wiele straciłam w ten sposób zabawek, dużo takich które zrobił mi dziadek i których nie dało się naprawić... jako dziecko bardzo to przeżywałam. Mama też dobrze nie miała... nie daj boże ojciec nie dostał wystarczającej porcji jedzenia a talerze lądowały na ścianie... gdy podrosłam zaczęłam się wtrącać do kłótni, dzięki temu ojciec nie kłócił się z mamą, tylko mnie się obrywało. Młodsza siostra miała silne tiki nerwowe, nawet teraz gdy ma 18lat szybo się stresuje...
i ja chyba mam to samo...
W tej chwili mieszkam z chłopakiem od dobrych kilku lat. Kochamy się, a przynajmniej tak mi się wydaje.... Ja go kocham ponad życie... czasem trochę za bardzo, łatwo robię się zazdrosna, zwłaszcza na początku związku zdarzało się że przepytywałam go z tego gdzie był czy co robił... (nie bez powodu... był to czas gdy jego była dziewczyna wciąż go kokietowała, wspominała o nowo nabytej bieliźnie i często składała mu niezapowiedziane wizyty, ufałam mu i wiem że nigdy mnie nie zdradził ale mimo to bardzo się niepokoiłam i nie mogłam powstrzymać przed pytaniami - teraz już od dłuuuugiego czasu tego nie robię) ....wiedziałam że jest to nie w porządku... z czasem zaczęłam to poprawiać, ale w między czasie nasz związek bardzo się zmienił. Czasem mnie bije... nie tak często ale.... kiedy do tego dochodzi zazwyczaj przydusza mnie, uderza moją głową o ziemie, czasem mnie kopie.
to głupie bo zdaję sobie sprawę że to on jest nie zachowuje się tak jak trzeba, ale zawsze jakoś to tak wychodzi że to ja przepraszam, bo powinnam mu bezgranicznie ufać a nie pytać np. gdzie pojechał po pracy. To znaczy.. ufam mu i wiem że mnie nie zdradza, nie przepytuję go już, to takie naturalne pytanie w rodzaju "jak minął ci dzień", ale on czasami zupełnie inaczej to traktuje... Ponieważ mam naturalnie zakrzywione kąciki ust w dół to czasem gdy łagodnie się uśmiecham nawet tego nie widać i często ludzie myślą że mówię coś poważnie kiedy tak na prawdę żartuje..... czasem wydaje mi się że to może dlatego tak to odbiera.
Nie jestem pewna co powinnam zrobić... zawsze daję ludziom dobre i rozsądne rady ale gdy chodzi o mnie samą nie potrafię niczego zrobić.... Nie chcę od niego odejść bo strasznie go kocham... nie potrafię od niego odejść.
Myślę że problem leży w tym że zawsze za bardzo go kochałam, na początku byłam za bardzo zazdrosna, a teraz zaczęłam mu za dużo wybaczać. Ba. Nawet wielokrotnie wydaje mi się że to właśnie ja zawiniłam, chociaż gdy staram się na to obiektywnie patrzeć to dochodzę do innych wniosków.
W każdym razie... próbowałam od niego odejść ale wiem że nie potrafię.... dlatego... jeśli macie jakieś pomysły jak mogłabym przestać go tak bardzo kochać to chętnie ich wysłucham. Tak pewnie byłoby mi prościej.....
Poza tym ostatnio coraz bardziej martwię się o swój stan zdrowia.... często się stresuję i tłumię to w sobie, udając że wszystko jest ok. Choć nie jest,.... zwłaszcza fizycznie... po ostatnim pobiciu mam kolejne guzy z tyłu głowy, gdy mnie dusi zawsze mocno naciska na szczękę dociskając ją do ziemi... czasem mam wrażenie że coś mi się tam przestawi (zawsze potem mam problemy z szerszym otwieraniem ust przy jedzeniu), mam nawet siniaki na piersiach, które też bardzo mnie martwią - dlatego też regularnie kontroluję ich stan....
W każdym razie... myślę że jeśli nauczę się go kochać mniej to jakoś sobie z tym poradzę... obecnie gdy nie ma go w domu strasznie to przeżywam... nawet jeśli wiem że nie ma powodu do zdenerwowania (nie, nie martwię się że mnie zdradza, to taki dziwny lęk że nie umiem go opisać) to serce niejednokrotnie wali mi jak oszalałe....
Wiem co powinna zrobić, ale nie potrafię się z nim rozstać i tak na prawdę nie chcę.... chyba mam nadzieję że to się jeszcze naprawi i wróci do tego jak było na początku.... naprawdę nie wiem co powinnam zrobić.
Naprawdę jestem w tym związku bardzo szczęśliwa, zazwyczaj. Ale gdy dochodzi do takich sytuacji najzwyczajniej nie wiem co z sobą począć...
Mikkami...Jest mi bardzo bliskie,to co napisałaś.Boże jakbym siebie czytała...
Jesteś DDD-Dorosłe dziecko z rodziny dysfunkcyjnej.(ja też)
Twój pierwszy związek seksualny nastąpił w dzieciństwie i to związek kazirodczy.(u mnie był dziadek)
Nie jesteś odpowiedzialna za tą traumę,bo jest to trauma na całe życie,która rzutuje na nasze wybory,życie,pogodę ducha,związki,zdrowie no wszystko.
To,że odczuwałaś przyjemność z tych chorych kontaktów nie usprawiedliwia gada,ani nie obciąża Ciebie. TO NIE TWOJA WINA,NIE JESTEŚ ZA TO ODPOWIEDZIALNA!
Ja przed terapią też tłumaczyłam pedofila i nazywałam dziadkiem,bo on dobry dla mnie był...Terapeuta posunął mi epitety do nazywania jego i...został skur....em,gnojem,oprawcą,a obecnie nazywam go po prostu-pedofilem. (pamiętam,że na początku czułam się nieswojo tak go nazywając,to syndrom ofiary)
"Mój oprawca to mój znajomy:
Największa tragedia jaka może spotkać molestowaną osobę, to mieć potem regularny kontakt z własnym utrapieniem. Jeszcze większą tragedią jest fakt, gdy czynność ta się powtarza nawet nieregularnie. Po prostu kiedyś, w jakiś okolicznościach wraca. Niby znajomy, który normalnie mówi ,,Cześć'', czasem pogada, poprosi o pomoc, niby zawsze można na niego liczyć, a w niewyjaśnionych okolicznościach narusza nietykalność. Osoba przy której powinno czuć się bezpiecznie. Wyobrażacie sobie jakim jest nieszczęściem zostać tak skrzywdzonym, a potem tolerować obecność własnego oprawcy? Osoby, które tolerują taką obecność zazwyczaj cierpią na syndrom ofiary. Starają się zrozumieć postępowanie napastnika, ZAWSZE znajdą dla niego wytłumaczenie. Znają tą osobę prywatnie, wiedzą o niej bardzo dużo, wiedzą jakim jest człowiekiem w innych dziedzinach życia i po prostu nie są w stanie zrozumieć dlaczego on im to zrobił i nie są w stanie uwierzyć, że mógł tak postąpić w złej wierze, zdając sobie sprawę z tego co robi, tak z premedytacją. Nie umieją sobie tego logicznie wytłumaczyć, dlatego bardzo często nie robią nic z tym dalej. Są mocno emocjonalnie związane z oprawcą i po prostu nie umieją zerwać tej więzi i ,,zniszczyć'' napastnikowi jego dotychczasowego życia swoimi, w ich mniemaniu- wyolbrzymionym problemem"
Co do bicia...tez to przeszłam...Wielokropek wyczerpująco udzielił Ci porady.
Wiem jak cholernie jest Ci ciężko.
Teraz musisz zawalczyć o siebie.
TERAPIA.
Wyprowadz się,żeby nabrać dystansu.
Wiem,że to wszystko wydaje Ci się niemożliwe,ale tak nie jest. Wszystko możesz,pod jednym warunkiem-musisz tego chcieć.
Inaczej Twoje życie nadal będzie koszmarem...Twój post to wołanie o pomoc...to pierwszy krok-GRATULUJĘ.
Pisz.