l_ukrecja napisał/a:Droga Zosiu,wyprzedziłaś mnie,bo właśnie z podobnymi refleksjami,po wczorajszej terapii zasiadłam do kompa...
Oczy mi się otworzyły,zdarłam maskę i choć boli i z rozdziawioną gęba patrze na moje prawdziwe oblicze-TAKA JEST PRAWDA i dwa wyjścia,przyjąć i próbować to zmienić poprzez pracę nad sobą lub uciec.
Wymuszam zmiany na partnerze,wcale go nie zdążę poznać,bo jeśli on chce być ze mną musi się zmienić,a po jakimś czasie nie jest autentyczny,bo autentycznego nie akceptuję. Mam jakieś chore wyobrażenie na temat związku i dążę do tego po trupach,manipulując i odbierając autonomię sobie i jemu. Kontroluję,a więc nie mam czasu na dzieci,pasję,na siebie...ja znikam,przeistaczam się w jędzę,kapo z wiecznym żalem,lękiem,depresją...A jego poniekąd popycham w to o co z nim walczę.Spalam się. Jestem toksyczna i destrukcyjna. Ale nie widzę tego...moje myślenie jest wtedy:no jak to?? tyle poświęciłam dla niego! tak się starałam! gnojek tego nie docenił!? I uruchamiam jeszcze bardziej chore mechanizmy,żeby go udupić,osaczyć,owinąć swoim bluszczem...żeby był posłuszny.
Dlaczego? Bo ja mężczyznę traktuję jak siebie-patrząc na niego czuję siebie,on jest moją własnością,przedmiotem manipulacji...
Dlaczego? Bo jestem pusta w środku,bez poczucia własnej tożsamości,wartości,odrębności i chcę, żądam żeby on mi ją wypełnił...tą cholerną czarną dziurę...
Boję się być sama,bo boję się spokoju. Chcę być z eksem,bo podświadomie wiem,że on dostarczy mi adrenaliny.
Na logikę wiem,że powinnam być teraz sama,zająć się sobą,dziećmi...ale wtedy zapanuje spokój...
Czego się boję w tym spokoju? Nie znam go. Moje życie to walka,destrukcyjna walka,a jednak wolę to niż spokój? Choć traumy które przeżywam za chwilę mogą mnie zabić?
Wiemy z eksem,że jest możliwe życie razem-dużo o tym rozmawialiśmy. Oboje chcemy żyć ze sobą,pomimo 8 miesiącach rozłąki i mojego incydentu z M,wciąż się kochamy. Jesteśmy bardzo zaburzeni,zdajemy sobie z tego sprawę.Wiemy,że nie możemy być razem teraz już ,ani w najbliższej przyszłości,bo wszystko wróci,a na to już się nie godzimy. Oboje mamy pracę nad sobą,a potem dopiero pracę nad nami. Czy będziemy żyć normalnie? A co to znaczy normalnie? Znam kilka par z bagażem doświadczeń,którzy poprzez pracę nad sobą i uczciwość,są dziś szczęśliwi (nawet szczęście to pojęcie względne). Znam kilka par,które na zewnątrz miód malina,a w środku związku wielki robal,który ich toczy ale nie robią z tym nic oprócz stwarzania pozorów.
Droga l_ukrecjo Twoje przemyślenia są cenne, słowa ważne.
To takie złote myśli kkzb. Aby nie były one niezauważone podkreślę co najważniejsze :
- zdarłam maskę.
Kkzb właśnie nosi maskę. Z maską, to niezależna i silna kobieta, która wie czego chce i musi być jak ona chce. Pod nią to kobieta słaba, z kompleksami i nie mająca pasji, bez potrzeb, którą dowartościowuje jedynie - partner przy jej boku - jakikolwiek partner. Może pić, bić, ale ważne, że jest.
-wymuszanie zmian na partnerze.
Kkzb nie kocha takiego jakim on jest. Z takim jest nieszczęśliwa, więc zaczyna go zmieniać. Próbuje go ulepszać. Znajdzie w nim zawsze coś do poprawki i zatraca się w tym. Zatraca samą siebie. Partnera traktuje jako własność.
- chore wyobrażenia o związku.
Miłość musi być namiętna i pełna poświęceń. Kkzb poświęca się z ochotą. Liczy się tylko on. Zrobi dla niego wszystko. Zatraca się w tym. Potem zatraca w kontrolowaniu partnera. Staje się nudna, męcząca, złośliwa. Jej moralność to wybaczać, poświęcić się w imię miłości i żądać za to wdzięczności.
- ślepa miłość
Kkzb wytłumaczy sobie wszystko, wszystko usprawiedliwi. Jest wybaczalska. Intuicja jej mówi, ten związek nie ma przyszłości ale kkzb ignoruje intuicje. Wierzy, że jak ona taka usłużna, dobra, to on zrozumie i kochać ją będzie do grobowej deski. Teraz jej nie szanuje, ale już za chwilę szanować będzie. Oszukuje samą siebie. Czuje się lekceważona ale wypatrywać będzie najmniejszego gestu z jego strony, któremu nada rangę MIŁOŚCI. Jej życie to oczekiwanie na bycie z nim, tęsknota za nim i na te drobne gesty. Ślepo kochając traci przyjaciół, znajomych - jej przecież wystarczy jego towarzystwo.. Nadzieja, kkzb ciągle karmi się nadzieją, że będzie lepiej, że będzie dobrze, że stanie się cud i on zmieni się (rzuci picie, zaprzestanie bić, wierny będzie) i szczęśliwi już będą do końca swych dni. Kkzb nie umie kochać. Ona myli miłość z uzależnieniem. Jest zaborcza i zachłanna wobec swego partnera. Moc w niej też empatii.
-strach przed samotnością.
kkzb boi się życia w pojedynkę. Będąc nieszczęśliwą w związku nie dąży do rozstania. Boi się, że ta pustka w niej, brak tożsamości, odrębności, wartości przerośnie ją. Bez niego czuje się nikim. On wypełnia jej tą czarną dziurę..... Bycie samej daje jej spokój a życie kkzb to destrukcyjna walka. Boi się więc ona tego spokoju.
CZy to wszystko jest prawdą ?
*********
L_krecjo czy o czymś jeszcze zapomniałyśmy ?
Może któraś z Was ma coś do dopisania.....jakieś wnioski, refleksje.
Wielokropek dodała myśl o wiecznym niezadowoleniu kkzb. Wydaje mi się czytając wiele Waszych wypowiedzi, że to prawdą być może ( może a nie musi). Anstawia już się przyznała. Która jeszcze się pod tym podpisze ?
Wypadałoby abym napisała coś o sobie. W małżeństwie byłam nieszczęśliwa. Nie zdawałam jednak sobie z tego sprawy. Wydawało mi się, że wszyscy tak mają
. Stawałam sie zgorzkniała, smutna. Kiedy doszła przemoc psychiczna i 3-y letni romans zrozumiałam, że tak nie może wyglądać normalny związek. Ojjjj długo walczyłam o męża znęcającego się nade mną psychicznie. Po tych trzech koszmarnych latach podziękowałam mężowi. "Wiatr w żagle" złapałam po rozwodzie. Z dnia na dzień byłam szczęśliwsza. Cieszy mnie do dzisiaj każdy dzień. Zawsze znajdę powód do uśmiechu. Czuję się wolna i szczęśliwa......a może to też złudzenie ?