netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

26 309 odpowiedzi1 691 991 wyświetleńzałożony przez bez serca, 21.10.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Strony Poprzednia 1 … 197 198 199 200 201 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 12 871 do 12 935 z 26 310 ]

12 871

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zofia282 napisał/a:

Dziewczyno! przeczytaj swój post 10 razy ze zrozumieniem

hmmm... ze zrozumieniem to ona przeczyta ale po kilku miesiacach obecnosci na tym forum

tak dla przekory napisze tak... Marto39, gdybys go kochala szczerze to po pierwszym razie gdy Cie uderzyl, zaniedbal finansowo rodzine, porzucil na jakis czas etc.. zrobilabys wszystko, by nie pozwolic mu zostac draniem wobec Ciebie, ocalilabys jego i Wasze relacje.

Nie wolno ze strachu przed samotnoscia, leku przed zyciem, niedosytem milosci... czyli wlasnych egoistycznych pobudek trzymac kogos za wszelka cene przy sobie i wspoluczestniczyc w jego degradacji, moralnym upadku itp. To oznacza, ze go nie kochasz. Uczucie, ktore do niego czujesz to
- strach przed samotnoscia
- strach przed byciem niekochana
- ... i moze inne "strachy"

Jesli kogos szczerze kocham to szanuje jego wybory. Jesli jego wybory sa szkodliwe dla niego... nie czekam, glosno protestuje... jesli on nadal robi sobie krzywde to aktywnie odmawiam wspoldzialania w procederze.

Twoj maz robil sobie straszna krzywde, stal sie oprawca (bil Cie), stal sie gnojkiem niedbajacym o potrzeby rodziny...

Juz dawno powinnas od niego odejsc by uchronic go przed tym
Czasem takie odejscie otwiera im oczy.. ida na terapie, przestaja pic, przestaja bic, przestaja psychicznie sie znecac...
ale trzeba z calym szacunkiem dla jego "pomyslu na zycie" odejsc i nie katowac go "naszym pomyslem na zycie"
Jesli on chce spedzac czas z mamusia i tatusiem w wymiarze przekraczajacym normy. Ma do tego prawo.
Jesli on zaniedbuje finansowo rodzine (na marginesie-jest to forma przemocy) to powinnas pomoc mu odzyskac reszte godnosci i wystapic do sadu o alimenty. Sa organa dbajace o to by "naprawic tatusia"
Jesli uderzyl Cie raz i wybaczylas to gdy zrobil to drugi raz powinnas zrobic wszystko by zapobiec kolejnym razom-powinnas odejsc, powiadomic policje
Nie naprawiaj go, nie ulepszaj, nie przymuszaj bez konca.
Nie pozwol by nienawidzil sam siebie za to co robi Tobie.

Jesli nasz partner systematycznie uzywa przemocy wobec nas to jest tu nasze aktywne wspoluczestnictwo... Nie odpowiadamy za to, ze on nas np bije ale odpowiadamy za to, ze na to pozwalamy swoja biernoscia.

Moim zdaniem akceptujac jego pomysl na zycie, wyrzadzasz ogromna krzywde swoim dzieciom
Uczysz je, ze brak szacunku i przemoc to norma w rodzinie, Oni powiela Twoj model rodziny, beda oprawcami lub ofiarami
Zaniedbujesz dzieci finansowo, Powinnas juz dawno wystapic o alimenty.

Jesli jestes wierzaca osoba, powinnas wiedziec, ze Kosciol nie przymusza do bycia w zwiazku z oprawca

12 872

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Zazdrosc napisał/a:
zofia282 napisał/a:

Dziewczyno! przeczytaj swój post 10 razy ze zrozumieniem

hmmm... ze zrozumieniem to ona przeczyta ale po kilku miesiacach obecnosci na tym forum

tak dla przekory napisze tak... Marto39, gdybys go kochala szczerze to po pierwszym razie gdy Cie uderzyl, zaniedbal finansowo rodzine, porzucil na jakis czas etc.. zrobilabys wszystko, by nie pozwolic mu zostac draniem wobec Ciebie, ocalilabys jego i Wasze relacje.

Nie wolno ze strachu przed samotnoscia, leku przed zyciem, niedosytem milosci... czyli wlasnych egoistycznych pobudek trzymac kogos za wszelka cene przy sobie i wspoluczestniczyc w jego degradacji, moralnym upadku itp. To oznacza, ze go nie kochasz. Uczucie, ktore do niego czujesz to
- strach przed samotnoscia
- strach przed byciem niekochana
- ... i moze inne "strachy"

Jesli kogos szczerze kocham to szanuje jego wybory. Jesli jego wybory sa szkodliwe dla niego... nie czekam, glosno protestuje... jesli on nadal robi sobie krzywde to aktywnie odmawiam wspoldzialania w procederze.

Twoj maz robil sobie straszna krzywde, stal sie oprawca (bil Cie), stal sie gnojkiem niedbajacym o potrzeby rodziny...

Juz dawno powinnas od niego odejsc by uchronic go przed tym
Czasem takie odejscie otwiera im oczy.. ida na terapie, przestaja pic, przestaja bic, przestaja psychicznie sie znecac...
ale trzeba z calym szacunkiem dla jego "pomyslu na zycie" odejsc i nie katowac go "naszym pomyslem na zycie"
Jesli on chce spedzac czas z mamusia i tatusiem w wymiarze przekraczajacym normy. Ma do tego prawo.
Jesli on zaniedbuje finansowo rodzine (na marginesie-jest to forma przemocy) to powinnas pomoc mu odzyskac reszte godnosci i wystapic do sadu o alimenty. Sa organa dbajace o to by "naprawic tatusia"
Jesli uderzyl Cie raz i wybaczylas to gdy zrobil to drugi raz powinnas zrobic wszystko by zapobiec kolejnym razom-powinnas odejsc, powiadomic policje
Nie naprawiaj go, nie ulepszaj, nie przymuszaj bez konca.
Nie pozwol by nienawidzil sam siebie za to co robi Tobie.

Jesli nasz partner systematycznie uzywa przemocy wobec nas to jest tu nasze aktywne wspoluczestnictwo... Nie odpowiadamy za to, ze on nas np bije ale odpowiadamy za to, ze na to pozwalamy swoja biernoscia.

Moim zdaniem akceptujac jego pomysl na zycie, wyrzadzasz ogromna krzywde swoim dzieciom
Uczysz je, ze brak szacunku i przemoc to norma w rodzinie, Oni powiela Twoj model rodziny, beda oprawcami lub ofiarami
Zaniedbujesz dzieci finansowo, Powinnas juz dawno wystapic o alimenty.

Jesli jestes wierzaca osoba, powinnas wiedziec, ze Kosciol nie przymusza do bycia w zwiazku z oprawca

No jak Cie nie kochać moja kochana ZAZDROŚĆ.
Popłakałam się przy czytaniu tego postu.
Kocham Twój styl pisania.
Twoje słowa poruszają moją wyobraźnię, moralność i rozum.

Dzięki, że jesteś.

12 873

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Zofio i Zazdrość !!
Dokładnie tak to widzę i czytając Wasze wypowiedzi do innych wiedziałam,że będziecie obiektywne.
Właśnie ten Wasz realizm zdarzeń ...  . Tak- o to mi chodziło, dziękuje Wam za wypowiedzi.

12 874 Ostatnio edytowany przez cachmir (2012-08-21 14:55:57)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Zofio !

Piszę pytanie też tu, bo nie wiem czy na mój wątek będziesz jeszcze wchodziła
Czy Twoja koleżanka mogłaby zająć się tą sprawą. Jestem z Gdyni i opłaciła bym jej koszty podróży ?

12 875

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
cachmir napisał/a:

Zofio !

Piszę pytanie też tu, bo nie wiem czy na mój wątek będziesz jeszcze wchodziła
Czy Twoja koleżanka mogłaby zająć się tą sprawą. Jestem z Gdyni i opłaciła bym jej koszty podróży ?

Nie wiem. Zapytam ją jutro.

12 876

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

cachmir, też pozwoliłam sobie przeczytać Twój wątek. Może nie napiszę nic mądrego, ale po pierwsze PODZIWIAM CIĘ ZA SIŁĘ, WYTRWAŁOŚĆ I CHĘĆ WALKI/UCIECZKI. Po drugie ŻYCZĘ CI Z CAŁEGO SERCA POWODZENIA.

12 877

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witajcie
Mam chwile oddechu ,ale zaleglosci do czytania duzo.
Postaram sie wglebic.

12 878

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Anstawia napisał/a:

Liwio, tyle bólu, smutku, rozpaczy jest w Twoich ostatnich postach... Znowu... Przykro mi, że tak się zadręczasz, rozpaczasz. Tyle to już trwa... A Ty ciągle żyjesz nadzieją, iluzją, wyobrażeniem. Chciałabym, żeby Twój mąż przejrzał na oczy, dostrzegł, że ma kochającą żonę, gotową wybaczyć mu wszystko, byleby tylko do niej wrócił, powiedział,że żałuje, kocha, od teraz będzie dobry, opiekuńczy jak kiedyś. I co, myślisz, że to nowe życie u boku męża byłoby wetedy wspaniałe. Zero wypominania, zero strachu, że znowu zdradzi? Ty byłabyś inna, już nie KKZB, kochająca, czuła, szczęśliwa, bo wszystko robilibyście wspólnie. Nie kontrolowałabyś, nie zastanawiałabyś się gdzie jest? Mąż wraca, przprasza i żyjecie długo i szczęśliwie. Tak widzisz dalsze życie?

Mam mnóstwo przeróżnych emocji. Tak, chciałabym, aby zrozumiał, aby podjął jakieś działania. Nigdy na fizycznej zdradzie go nie złapałam, wydaje mi się, że nie zrobiłby tego.....Wiem też, że mam w głowie wiele marzeń, wyobrażeń o tym jak mogłoby być dobrze, gdyby on spojrzał na wszystko z perspektywy własnych czynów, żeby przemyślał, w którym miejscu robił źle, ile bólu mi zadawał. Ale wiem też, że to byłaby bardzo ciężka praca nie tylko z mojej strony, ale i z jego. Zdaję sobie sprawę, że to za duże wyzwanie byłoby dla niego. Ja pewnie też byłabym nieufna,a z każdym telefonem, smsem stałabym na równych nogach. Nie mogę jednak czasem poradzić sobie z tęsknotą za facetem, którego kiedyś miałam, za czasami, gdy było b. dobrze...
Co do mojego kzb - kiedyś tak nie było, nie byłam kzb, to wszystko stało się z czasem. Czasami myślę, że moje kzb mogłabym pokonywać mimo wszystko u jego boku, bo przecież tak też można, ale póki co robię to sama, odrywając się coraz częściej od tego co było, mimo tych wszystkich moich emocji, które tutaj wyrzucam.
Na dalsze życie planów nie snuję. Niebawem wracam do pracy, do swoich obowiązków, do codzienności. Być może zajmę się awansem zawodowym, zobaczymy. Chcę  być jeszcze kiedyś szczęśliwa i wcale nie mówię tu o byciu z innym facetem. Chcę mieć poczucie przeżycia szczęśliwego życia, spokojnego i takiego na które sama zapracuję.

12 879

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zofia282 napisał/a:

Mąż wraca i przeprasza a ona wybacza ???? same przeprosiny zdradzający może sobie wsadzić gdzieś! Tu nie o przeprosiny chodzi a o pomoc w wybaczeniu. To zdradzający musi pracować nad sobą, by mu wybaczono.
Wybaczyć ....Liwio co znaczy wybaczyć. Myślisz, że wybaczyć to pstryk i amnezja, i nie pamiętamy o zdradzie. Myślisz, że wyrzucimy z naszej głowy wyobrażenie jego czułości do innej kobiety, jego uniesień, zachwytu dla innej. Jeśli tak myślisz jesteś w błędzie. Sześć lat miałam w głowie jego zdradę (on nie miał sobie nic do zarzucenia ). Oczywiście wspaniałomyślnie powiedziałam WYBACZAM, ale to było tylko słowo, które nie miało się ni jak do moich emocji, odczuć. Nie było dnia bym nie myślała o nich. Nie było dnia bez urągania mu w myślach. Głośno mówiłam, kocham, a w myślach krzyczałam jak bardzo go nienawidzę. Z czasem ZAPOMINAŁAM. Nie znaczy to jednak, że wiarę mu dałam. Sprawdzałam telefon od czasu do czasu i zaliczył kolejną wpadkę. Nową kochankę wybaczyłam - pamiętna to dla mnie data : 11 marzec 2011r. Tego dnia wyrzuciłam go z domu, życia i wybaczyłam zdradę. Powiem ci kochana, że wdzięczna im jestem za ten romans. Gdyby nie on nadal byłabym nieszczęśliwą żoną charakteropaty. Nieszczęśliwą i nieświadomą.

Wiem Zosiu, takich rzeczy się nie zapomina. To jest cholernie trudne, by wybaczyć, by druga osoba znów znalazła w nas zaufanie. Z resztą jak napisałaś-zdradzający musi pracować nad sobą- też tak sobie to wyobrażałam. W pewnych sytuacjach nie chciałam od męża przeprosin-ja chciałam widzieć, że żałuje pewnych swoich zachowań, że będzie robił wszystko, by te zachowania się nie powtórzyły, bo skoro kocha się drugą osobą to się jej nie rani, a jak się tak stanie to błędy należy naprawiać, jeśli to jest prawdziwa miłość.

12 880

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Dziękuję Wam za odpowiedź w mojej sytuacji... Pięknie piszesz Zazdrość i bardzo mądrze... Ja to wszystko niby wiem, ale tak trudno podjąć decyzję..
Gdy pierwszy raz mnie uderzył, przepraszał na kolanach    i tak jeszcze kilka lat, jakoś nie miałam serca nie wybaczyć, tym bardziej, że były też dość długie okresy gdy było dobrze miedzy nami... Potem przyszły dzieci więc było jeszcze trudniej podjąć decyzję o rozstaniu.  Po prostu tak w tym wszystkim trwałam i ... miałam nadzieję. Dziś wiem, że to nie było dobre dla nikogo z nas.

Teraz jest coraz gorzej, on już nawet nie przeprasza, wszystko jest moją winą, czasami słowo pozornie nic nie znaczące może rozpętać piekło, wystarczy "byle co"... Nie widzę w nim najmniejszej dobrej woli aby się jakoś dogadać, porozmawiać, coś postanowić, pracować nad sobą.... Wydaje mi się, że dla niego to byłby jakiś dyshonor gdyby on poszedł na jakieś ustępstwa dla dobra nas, że im bardziej upokarza i niszczy żonę tym bardziej jest mężczyzną (baba mu nie będzie rządzić)  I chyba coraz bardziej dojrzewam do tego aby się rozstać...
Tylko to nie takie proste, mieszkamy w domu wspólnie pobudowanym , ale mój mąż twierdzi ze to tylko jego dom i jeśli już, to właśnie  ja mam się  z niego wynieść mimo, że gdybyśmy się rozstali on zamieszkałby z rodzicami na wsi (wygania mnie systematycznie, a gdy wyjdę nie chce mnie wpuścić z powrotem do domu). Nie ma opcji, że to on nas zostawi bo nawet gdy się odgrażał, że nigdy więcej nie przyjedzie to zawsze wracał po kilku tygodniach gotowy do tego aby "być przeproszonym". Ja dla świętego spokoju starałam się swoim zachowaniem łagodzić sytuacje...
Wiem, że powinnam się od niego wynieść, może wynająć mieszkanie.... I sama nie wiem co mnie przy nim trzyma...
Może te nieliczne dobre chwile spędzone z nim razem i nadzieja na to, że jednak może być inny, może być inaczej ?
Może niemożność pogodzenia się z tym, że małżeństwo i rodzina mi się nie udali, a to chyba jednak było dla mnie najważniejsze w moim życiu...
Może inne strachy, jak napisałaś Zazdrość, nie wiem.
Wiem że moje obecne życie jakie prowadzę  jest wbrew logice. Tak nie powinno być....

Póki co, uczę się być obojętna na niego pod jednym dachem, on i tak zawsze żył życiem swoich rodziców, nigdy za bardzo nie interesowało go życie jego własnej rodziny, więc jemu to pasuje. Nie pytam, nie musi mi opowiadać, robi co chce a ja nie ingeruję (staram się). Wszelkie obowiązki należą do mnie, łącznie z "obsługą" jego osoby (pranie, gotowanie itp.). On również nie pyta mnie o nic...

Tymczasem postanawiam  czytać to forum i nabierać mądrości, myślę, że będzie mi trochę lżej. Dziękuję, że jesteście.

12 881

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Marta39 napisał/a:

Witam wszystkich. Jestem tu nowa i chciałabym abyście poradziły mi w mojej sytuacji, chociaż w zasadzie chyba wiem co powinnam zrobić tylko, nie wiem czemu nie potrafię tego....
Jestem z mężem od 17 lat, jestem osobą wierzącą, mój mąż(w tej chwili po 40-ce)  niby też ( do kościoła chodzi), mamy troje dzieci , w tym jedno małe (2 lata). Przez te wszystkie lata jego rodzice ( w momencie ślubu 45 i 53lata) są dla niego ważniejsi niż my, pracuje u nich na gospodarstwie bez żadnego wynagrodzenia (ojciec ma konto w banku i on trzyma kasę), oni twierdzą, że pracować nie mogą bo są chorzy (wcale nie są bardziej od innych), ja zawsze zostawałam sama z dziećmi, pracą i domem... jego nigdy nie było (albo wracał późno, albo nocował u rodziców czasami przez kilka tygodni), nigdy nie był zaangażowany w życie naszej rodziny, to był mój problem, również finansowo, nie poczuwał się do obowiązku aby dawać mi pieniądze na wydatki zw. z dziećmi, Gdy ja próbowałam mu uświadomić jak zaniedbuje własną rodzinę i ulega manipulacji rodziców, były wyzwiska, kłótnie, bicie, szarpanie, kopanie i najczęściej wyjazd do mamy na kilka tygodni.... Czuję się przy nim jak szmata. W tej chwili nie mam już siły, chciałabym się z nim rozstać, ale nie potrafię... Gdy go nie ma, chcę żeby wrócił, mimo iż przez ostatnie miesiące nie zaznaję od niego nawet namiastki jakiegoś uczucia.... To jest chore, ale nie umiem sobie dać z tym rady...

Witaj Marto39.
Przed 7 latami bylam w podobnej sytuacji jak Ty. Byłam z mężem 10 lat, ale dla niego również byli ważniejsi rodzice niż ja i syn, przez te 10 lat małżeństwa byłam bita i poniżana. Ale zawsze bałam się że bez niego nie dam rady. Strach przed samotnością nie pozwalał mi od niego odejść. Wszystkie święta spędzałam sama, on u rodziców. Byłam przy nim nikim. Nic nie znaczyłam ani ja ani syn. Aż nastąpił przełom. Kiedy dziecko chorowało a ja nie miałam na leki dla niego, bo mąż wszystkie pieniądze wyniósł do rodziców, w momencie podjęłam decyzje. Zabrałam syna dwie reklamówki rzeczy i wyniosłam sie do rodziców. Szłam za ciosem, wniosłam sprawę o rozwód o alimenty. Ale nie było łatwo. Chciałam odzyskac mieszkanie dla siebie i syna. Mieszkanie które otrzymaliśmy od moich rodziców. Długie lata walki ale w końcu się udało. Teraz wiem ze to co zrobiłam było najlepsze dla mnie a przede wszystkim dla syna. Ale ja już chyba tak mam, że ciągle się pakuję w chore związki. I cierpię. Tak też jest teraz. Byłam przez cztery lata w związku gdzie byłam zdradzana wykorzystywana finansowo. Wyciągłam go z problemów a kiedy stanął na nogi powiedział zwyczajnie "nie pasujesz do mnie" i zniknął. A ja nie potrafie się z tym pogodzić. Tak juz jest od miesiąca. Ciągle chce żeby wrócił, płaczę, męczę się. Myślę że bez niego jestem nikim, zerem nie dam sobie rady. Odszedl do innej, ból jest nie do zniesienia. Myśli okropne. Czytam Wasze posty dziewczyny i tak bardzo bym chciała już sie z tym pogodzić uwierzyć w siebie ale nie potrafię. Co robić, jak dalej żyć?

12 882

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Anstawia !

bardzo Ci dziękuje, ja też czytam Twoje przeżycia i wszystkich innych kobiet. Tak bym chciała żebyśmy się już pozbierały i zaczęły żyć, chociaż w miarę normalnie.

Serdecznie współczuje wszystkim i życzę powodzenia

12 883

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Anstawio, bardzo dziękuję za podesłanie książek. Zaczynam czytać i wdrażać powoli rady w życie. Mam nadzieję że się uporam z tym bołem i strachem. Ze uporam się szybko z tym wszystkim.

Cachmir trzymam za Ciebie kciuki jak i za inne dziewczyny też. I też mam nadzieję że uda nam się żyć w miarę normalnie.

12 884

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Anstawio, bardzo dziękuję za podesłanie książek. Zaczynam czytać i wdrażać powoli rady w życie. Mam nadzieję że się uporam z tym bołem i strachem. Ze uporam się szybko z tym wszystkim.

Cachmir trzymam za Ciebie kciuki jak i za inne dziewczyny też. I też mam nadzieję że uda nam się żyć w miarę normalnie.

Ewita72

Podobnie jak u Ciebie trzasnęło w drobny pył moje 10-letnie małżeństwo i mimo,że to ja odeszłam to mam uczucie porzucenia bo mojego jeszcze męża nie stać nawet na słowa "przepraszam, nie dałem sobie z tym rady". Jest kompletna cisza,która jest gorsza od hałasu.

12 885

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

12 886

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

Ja myślę, że nie ma wielkiego znaczenia kto kogo porzucił. Boli rozczarowanie partnerem, boli zdanie sobie sprawy, że miałyśmy do czynienia z draniem. Boli świadomość złudy w jakiej tkwiłyśmy.
Mój były małżonek wyrzucony został z domu w grudniu 10 roku. Jeszcze tęskniłam za nim. Wrócił, bo wiedział, że złość na niego przejdzie mi za kilka dni. Wrócił podstępem. Nie cieszyłam się z jego powrotu. Dałam jednak SOBIE szanse dowiedzieć się jakie ma plany. Po kłótni w lutym 11 roku wyprowadził się. Pierwszy raz poczułam ulgę. Za tydzień wrócił. Wrócił w dniu moich imienin z prezentem i kwiatami. Nie miałam już złudzeń. Przyjęłam tylko po to by ustalić co planuje. W marcu złapałam go za rękę na kontaktach z kochanką ( tą przeze mnie wyimaginowaną big_smile). Nie dałam rady udawać i ustalać jakie ma plany. Pozbyłam się drania w sekundę. Tęskniłam. Tęskniłam nie za nim a za swoimi iluzjami.
Po 6 miesiącach chciał wrócić. Płakał, smarkał, narzekał, wzdychał. Nawet słuchać go nie chciałam. Nie miałam też satysfakcji. Miałeś chamie złoty róg - cytował...ha ha ha. Miał rację. Cham stracił złoty róg.
Radość daje mi życie bez niego i emocji jakie mi fundował. Zapomniałam jak to jest gdy adrenalina powoduje szybkie walenie serca i zaciskanie gardła. Zapomniałam już jak z emocji, strachu, bólu, zazdrości, potrafi drżeć całe ciało. Zapomniałam już stany, w których czułam obrzydzenie do samej siebie. Nie ważne kto odszedł, ważne, że uwolniłam sie od drania i własnych iluzji. Ważne, ze potrafię śmiać się, cieszyć życiem.

12 887 Ostatnio edytowany przez cachmir (2012-08-22 14:19:49)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

Zofio
Jesteś bezcenna-pamiętaj o tym zawsze,nie widziałam Twojej twarzy,ale sobie wyobrażam. Odpisałam u siebie w wątku.

Ewito72
Ból jest ogromny gdy ktoś kocha i nie ważne w tym momencie czy jesteś porzuconą czy porzucasz z jakiś powodów,ale jak napisałam wcześniej nadal kochasz. Nasze upokorzenie,świadomość,że zostałyśmy same jest nie do pojęcia,ale dasz radę.
U mnie to nie pierwszy raz i teraz trochę inaczej patrzę. kiedyś było natomiast tak,że nie mogłam spać,chodzić i żyć. Dwa miesiące siedziałam na kanapie w salonie popijając piwo i paląc papierosy. Zasypiając i budząc się w tym miejscu nie zmieniając odzieży. To było straszne. Dzisiaj też boli,ale trochę inaczej,dzisiaj żyje i myślę o sobie. Owszem pragnę powrotu,myślę jak by pięknie mogło być,ale zdaję sobie sprawę,że to już nie ma sensu.

12 888

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ankinom napisał/a:
Anstawia napisał/a:
ankinom napisał/a:

Jak wiecie od roku "walczę". Mam te same huśtawki ja Ty Liwio - chciałabym, ale się boje. Bardziej zajmuje się tym co on miał na myśli, niż czego ja chcę...
My ostatnio kompletnie nie możemy się dogadać, jakbym mówiła po chińsku, a on po japońsku. Nie ma między nami nic co dałoby podstawy do tworzenia związku. Czuję się okropnie samotna. Po co to piszę? bo ja kompletnie siebie nie rozumie!

U nas od roku nie było spokojnej niedzieli (w inne dni pracujemy to wiec się mijamy), zawsze kłótnie i co najgorsze to ja je wywołuje, tak ja! Jest we mnie tyle złości, agresji, pretensji, że kiedy jego widzę zawsze znajdę jakieś ale, jakbym na siłę chciała sprawić, by zaczął robić i mówić czego ja oczekuję! A kiedy jest odwrotnie to krzyczę, aby się wyprowadził... no i wczoraj oświadczył ok, ja się wyprowadzam....

i co ulga?

o nie, moje miłe panie

wpadłam w panikę

jak to zostawiasz mnie?

przecież powinnam poczuć ulgę, a dlaczego tak nie było?

chyba nigdy tak długo nie płakałam - wybeczałam całą złość, stracone złudzenia, zmarnowane lata i to co napisałaś Liwio - muszę znowu zaczynać od nowa, a przecież miałam mieć już zagospodarowane życie: praca, dom, dzieci, a tu znowu muszę zaczynać od nowa! Wcale w tej złości, rozgoryczeniu, użalaniu się nad sobą i swoim nieszczęśliwym życiu zapomniałam, że ja już od dawna jestem sama, sama zajmuje się domem, sama opiekuje się dziećmi, no fakt miałam jedynie zapewnione zaplecze finansowe, i nic ponadto, to skąd te łzy?

Dlaczego nie widzę w tym szansy na lepsze życie, przynajmniej spokojne , no dlaczego?

ankinom, trudny czas przed Tobą. Ale według mnie, przepraszam, ale lepiej być dla Ciebie nie mogło. Na początku będzie Ci ciężko, kiedyś zrozumiesz. Musisz mieć dookoła ludzi, którzy zawsze cię wysłuchają, którym jak będziesz chciała, wypłaczesz się. Potrzeba czasu, duuzo czasu by uleczyć ból, stratę, złamane serce, stracone nadzieje. Ale wszystko przychodzi w swoim tempie.
Skąd łzy? Może ze strachu przed przyszłością? Może z bólu,że ktoś nas opuszcza, a miałyśmy złudną nadzieję, że się zmieni i będzie walczył?
Zakładasz,że POWINNAŚ poczuć ulgę. Wcale nie powinnaś, mogłaś. Mogłaś poczuć szczęście, rozpacz, ulgę, panikę,złość. Mogłaś poczuć wszystko. I możesz jeszcze wiele emocji poczuć.
Wiem,że teraz w to nie wierzysz, ale będzie dobrze. Z czasem docenisz wolne spokojne niedziele. Ale potrzeba czasu.
Jestem z Tobą. Będzie dobrze. Będzie lepiej!

Tak tu chyba chodzi o te stracone nadzieje.

Ja już kiedyś o tym pisałam - że moje małżeństwo to było walko o jego uznanie, miłość, a kiedy odejdzie to przecież nie będę miała takiej szansy, głupie nie?

ja jestem bardziej kopnięta niż przepuszczałam....

a ja kiedys balam sie panicznie ze on moj maz kat (byly) kat mnie zostawi tym straszyl szantazowal.teraz  jezeli ma ochote lez pan w dal , mam tez hustawki nastrojow,i dzisiaj nawet po przemysleniu mu proponowalam zeby jakis czas pare mniesiecy po byc sami ze soba ja z dziecmi on tylko nas bedzie odwiedzal ,oczywiscie wpadl w panike ze wszystko straci i on chce sprubowac on chce byc tu z nami,na pytanie dlaczego mu nie ufam odpowiedzialam wiesz dobrze ale to bylo 3 lata temu ja nadal nie ufam.......... i nie wiem co bedzie i czy kiedykolwiek zaufam ach jaki to dylemat  moj

12 889

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Właśnie dlaczego też nie widzę szansy na lepsze życie bez niego? Dlaczego? Wciąż mimo bólu żalu chcę żeby wrócił, żeby był. Zdradzał mnie notorycznie, zawsze musiał mieć kilka kobiet wokół siebie. Ranił mnie, poniżał tym. A mimo tego nie umiem sobie poradzić z tym bólem po rozstaniu. Czekam na telefon na jakiś znak wiadomość od niego. I tak już od miesiąca. Czekam że sie opamięta i przyjdzie. Cały czas też o niego walczyłam o miłość. A przecież nie tak powinno chyba być. Czy kiedyś będę się czuła wolna od tego bólu?

12 890

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Nazrazie ,nie widac lepszej szansy na zycie.
Na to potrzeba czasu ,mnostwo czasu przemyslen i dzialan w kierunku samorozwoju.
Czego ma byc zal, kata? zdradzacza? poprostu s...........a?
Nie ,to zaloba po zwiazku ,ktora minie.
Dziewczyny to mija!, ALE nie wolno pograzyc sie w bolu,rozpamietywaniu ,oczywiscie za dlugo bo kazdy rok zycia jest cenny.

12 891

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
pati31 napisał/a:

Nazrazie ,nie widac lepszej szansy na zycie.
Na to potrzeba czasu ,mnostwo czasu przemyslen i dzialan w kierunku samorozwoju.
Czego ma byc zal, kata? zdradzacza? poprostu s...........a?
Nie ,to zaloba po zwiazku ,ktora minie.
Dziewczyny to mija!, ALE nie wolno pograzyc sie w bolu,rozpamietywaniu ,oczywiscie za dlugo bo kazdy rok zycia jest cenny.

oczywiscie  masz racje tak bywa , bita nie jestem juz uuuuuuuuuffffffffffffffff brzmi tak poniwierajaco jak top pisze ale tak sie tez nie raz czuje, slowna przemoc raczej nie wystepowala a klocic sie nadal nieraz klocimy chociaz ja mam oczywiscie zarzuty i pretensje oto co bylo,jakos nie moge zapomniec o wybaczaniu ani mowa

12 892

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, nic lepiej, nie daje już rady dziewczyny. Czemu musimy się tak meczyć???

12 893

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Marta39 napisał/a:

Dziękuję Wam za odpowiedź w mojej sytuacji... Pięknie piszesz Zazdrość i bardzo mądrze... Ja to wszystko niby wiem, ale tak trudno podjąć decyzję..
Gdy pierwszy raz mnie uderzył, przepraszał na kolanach    i tak jeszcze kilka lat, jakoś nie miałam serca nie wybaczyć, tym bardziej, że były też dość długie okresy gdy było dobrze miedzy nami... Potem przyszły dzieci więc było jeszcze trudniej podjąć decyzję o rozstaniu.  Po prostu tak w tym wszystkim trwałam i ... miałam nadzieję. Dziś wiem, że to nie było dobre dla nikogo z nas.

Teraz jest coraz gorzej, on już nawet nie przeprasza, wszystko jest moją winą, czasami słowo pozornie nic nie znaczące może rozpętać piekło, wystarczy "byle co"... Nie widzę w nim najmniejszej dobrej woli aby się jakoś dogadać, porozmawiać, coś postanowić, pracować nad sobą.... Wydaje mi się, że dla niego to byłby jakiś dyshonor gdyby on poszedł na jakieś ustępstwa dla dobra nas, że im bardziej upokarza i niszczy żonę tym bardziej jest mężczyzną (baba mu nie będzie rządzić)  I chyba coraz bardziej dojrzewam do tego aby się rozstać...
Tylko to nie takie proste, mieszkamy w domu wspólnie pobudowanym , ale mój mąż twierdzi ze to tylko jego dom i jeśli już, to właśnie  ja mam się  z niego wynieść mimo, że gdybyśmy się rozstali on zamieszkałby z rodzicami na wsi (wygania mnie systematycznie, a gdy wyjdę nie chce mnie wpuścić z powrotem do domu). Nie ma opcji, że to on nas zostawi bo nawet gdy się odgrażał, że nigdy więcej nie przyjedzie to zawsze wracał po kilku tygodniach gotowy do tego aby "być przeproszonym". Ja dla świętego spokoju starałam się swoim zachowaniem łagodzić sytuacje...
Wiem, że powinnam się od niego wynieść, może wynająć mieszkanie.... I sama nie wiem co mnie przy nim trzyma...
Może te nieliczne dobre chwile spędzone z nim razem i nadzieja na to, że jednak może być inny, może być inaczej ?
Może niemożność pogodzenia się z tym, że małżeństwo i rodzina mi się nie udali, a to chyba jednak było dla mnie najważniejsze w moim życiu...
Może inne strachy, jak napisałaś Zazdrość, nie wiem.
Wiem że moje obecne życie jakie prowadzę  jest wbrew logice. Tak nie powinno być....

Póki co, uczę się być obojętna na niego pod jednym dachem, on i tak zawsze żył życiem swoich rodziców, nigdy za bardzo nie interesowało go życie jego własnej rodziny, więc jemu to pasuje. Nie pytam, nie musi mi opowiadać, robi co chce a ja nie ingeruję (staram się). Wszelkie obowiązki należą do mnie, łącznie z "obsługą" jego osoby (pranie, gotowanie itp.). On również nie pyta mnie o nic...

Tymczasem postanawiam  czytać to forum i nabierać mądrości, myślę, że będzie mi trochę lżej. Dziękuję, że jesteście.

nie ma za co . moj maz jest katem a ja pozwolilam na to przes tyle lat od 3 lat polazl na terapie jak mu powiedzialam dosyc,nie ufam mu bo czesto byly przerwy 2-3 letnie w przemocy ,szalu dostawal po wypiciu za duzo,poszlam do aal anonu jestem kkzb czyli wspouzalezniona od jego stylu zycia , teraz staram sie mniej kontrolowac jego , pozostawic go w jego wartosci chociaz ciezko to idzie , nie wypieram sie emocji i czasami moglabym go ze zlosci i zalu zabic , ale teraz wiem ze nie zwariowalam i ze to normalne , rozmawiamy on pije duzo mniej a co z tego wyniknie  nie wiem jestem kobieta i czlowiekiem i zasluguje na szacunek ,dodam bardzo istotna zecz tyle lat moja mama tak sie wtracala ze on pije i bije ze bylam zbyt zajeta bronienie jego przed jej atakami ze sama nie widzialam realiow tego zwiazku , mam jej to za zle i ponizanie mnie tez i wiele innych zeczy ale to juz inna historia, czasami trzeba samemu zobaczyc co sie dzieje i nikt nie powinien manipulowac zrob to co uznasz za sluszne bog z toba

12 894

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Właśnie dlaczego też nie widzę szansy na lepsze życie bez niego? Dlaczego? Wciąż mimo bólu żalu chcę żeby wrócił, żeby był. Zdradzał mnie notorycznie, zawsze musiał mieć kilka kobiet wokół siebie. Ranił mnie, poniżał tym. A mimo tego nie umiem sobie poradzić z tym bólem po rozstaniu. Czekam na telefon na jakiś znak wiadomość od niego. I tak już od miesiąca. Czekam że sie opamięta i przyjdzie. Cały czas też o niego walczyłam o miłość. A przecież nie tak powinno chyba być. Czy kiedyś będę się czuła wolna od tego bólu?

Uzależnienie jest uzależnieniem.
To nic, że był szkodliwy, że niszczył, ale BYŁ.

Jesteś "na głodzie" i nic dziwnego, że marzysz o jeszcze jednym "sztachnięciu się". Objawy odstawienne są przykre, ale w końcu mijają.

ewita72 napisał/a:

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, nic lepiej, nie daje już rady dziewczyny. Czemu musimy się tak meczyć???

Musimy? Nie, nie ma takiego obowiązku. Można na kolanach błagać o powrót, można poszukać sobie podobnego typa, można być uzależnionym do końca życia. To przecież kwestia wyboru sposobu życia.

12 895

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
dortja napisał/a:
pati31 napisał/a:

Nazrazie ,nie widac lepszej szansy na zycie.
Na to potrzeba czasu ,mnostwo czasu przemyslen i dzialan w kierunku samorozwoju.
Czego ma byc zal, kata? zdradzacza? poprostu s...........a?
Nie ,to zaloba po zwiazku ,ktora minie.
Dziewczyny to mija!, ALE nie wolno pograzyc sie w bolu,rozpamietywaniu ,oczywiscie za dlugo bo kazdy rok zycia jest cenny.

oczywiscie  masz racje tak bywa , bita nie jestem juz uuuuuuuuuffffffffffffffff brzmi tak poniwierajaco jak top pisze ale tak sie tez nie raz czuje, slowna przemoc raczej nie wystepowala a klocic sie nadal nieraz klocimy chociaz ja mam oczywiscie zarzuty i pretensje oto co bylo,jakos nie moge zapomniec o wybaczaniu ani mowa

Rodzice (opiekunowie) biją swoje dzieci z braku umiejętności rozmowy, ale i z braku konsekwencji swych słów (zakazów, nakazów) - wszystko wynika jednak z bezsilności. Kiedy są bezsilni (nieporadni), biją.  Biją też psychopaci. Dla otoczenia mili i dobrzy ludzie, w domu oprawcy.
Dlaczego biją swoich współmałżonków żony czy mężowie ? Chyba z tych samych powodów..... Jak ważna jest umiejętność rozmowy. Jak ważne jest mówienie o swoich oczekiwania ale i uczuciach. Jak ważne, by dostrzec w bijącym dla przyjemności partnerze psychopatę.
Mój mąż stosował przemoc psychiczną. Nie zostawia ona ran, siniaków.....ale.....boli i upadla, odziera z godności.....
Mówiłam , że mi przykro, że nie radzę sobie ze swoimi uczuciami. Odpowiedź była jedna, zawsze Ci przykro, jesteś wariatką. Powinna zapalić mi się czerwona lampka. Nie zapalała się. Nie zapalała także w chwili kiedy próbował mnie uderzyć. Zapaliła się dopiero kiedy podniósł rękę na syna. Za nic, zupełnie za nic. Syn w milczeniu oglądał telewizję. Nie odezwał sie do ojca ani słowem, nie zrobił żadnego gestu. Musiał uciekać. Kiedy mąż wytrzeźwiał, omijał ten temat. Tematu nie było, tłumaczeń, przeprosin również. Kilka razy próbował mnie uderzyć. Zawsze umiałam powstrzymać go. Stawałam się wtedy bojowa. Tylko raz błagałam na kolanach....właśnie kiedy chciał uderzyć syna. Za dziecko byłam gotowa całować go po rękach i stopach.



Cieszysz się, ze już Cie nie bije??? Oddychasz z ulgą ??? A jaką masz pewność, że po raz kolejny nie będzie chciał pięścią do czegoś Cię przekonać czy wymierzyć swoją sprawiedliwość. Jaką masz pewność ? Nie wierzę, że się go nie boisz, że mu ufasz.

12 896

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, nic lepiej, nie daje już rady dziewczyny. Czemu musimy się tak meczyć???

To kwestia wyboru. Wyboru dokonujesz Ty. Przecież nikt nie zmusza Cię do bycia z oprawcą i draniem. Nie jesteś pod kluczem , nie jesteś spętana. Możesz podejść do drzwi, nacisnąć na klamkę i zaczerpnąć w płuca świeże powietrze i nigdy więcej nie pozwolić na jakąkolwiek przemoc. Możesz zaznać uczucia wolności...to Twój wybór...

12 897

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zofia282 napisał/a:
ewita72 napisał/a:

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, nic lepiej, nie daje już rady dziewczyny. Czemu musimy się tak meczyć???

To kwestia wyboru. Wyboru dokonujesz Ty. Przecież nikt nie zmusza Cię do bycia z oprawcą i draniem. Nie jesteś pod kluczem , nie jesteś spętana. Możesz podejść do drzwi, nacisnąć na klamkę i zaczerpnąć w płuca świeże powietrze i nigdy więcej nie pozwolić na jakąkolwiek przemoc. Możesz zaznać uczucia wolności...to Twój wybór...

Problem w tym, że to on odszedł, a ona tęskni.

12 898

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
dortja napisał/a:

czasami moglabym go ze zlosci i zalu zabic , ale teraz wiem ze nie zwariowalam i ze to normalne

To nie jest normalne!!! Nie jest normalne chcieć kogoś zabić!!!
Czy zwariowałaś ? zapewne nie, ale jest szansa, że zwariujesz. Psychika płata różne figle. Widziałam na własne oczy kobietę zamykającą się na świat. Nie zamkniętą a zamykającą się. Stawała się marionetką. Bił ją mąż. Nie poradziła sobie ze swoimi emocjami. Uciekła.....we własny świat. Są też kobiety odsiadujące wyroki za zabicie męża.

dortja napisał/a:

moj maz jest katem a ja pozwolilam na to przes tyle lat

Już wiesz, że Twoją winą jest przyzwolenie. OK. Pierwszy krok zrobiłaś. Zrób kolejny. Nigdy więcej nie pozwól na agresję. Jakie są na to sposoby ? Już wiesz, ale jeszcze nie przyjmujesz do świadomości tego rozwiązania. Ono już jest w Twojej podświadomości.

dortja napisał/a:

jestem kobieta i czlowiekiem i zasluguje na szacunek

Owszem zasługujesz. Ale jeśli sama siebie nie szanujesz to jak może szanować Cię mąż ? Szanujący się człowiek nie pozwala na przemoc. Jeśli uderzyłby Cię obcy człowiek, nie wezwałabyś policji i nie podała go do sądu?
Męża przemoc tolerujesz, zgadzasz sie na nią. Wiesz, że terapia na niego nie działa, Twoje prośby również - to na co czekasz ? Na cud ?

12 899

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
zofia282 napisał/a:
ewita72 napisał/a:

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, nic lepiej, nie daje już rady dziewczyny. Czemu musimy się tak meczyć???

To kwestia wyboru. Wyboru dokonujesz Ty. Przecież nikt nie zmusza Cię do bycia z oprawcą i draniem. Nie jesteś pod kluczem , nie jesteś spętana. Możesz podejść do drzwi, nacisnąć na klamkę i zaczerpnąć w płuca świeże powietrze i nigdy więcej nie pozwolić na jakąkolwiek przemoc. Możesz zaznać uczucia wolności...to Twój wybór...

Problem w tym, że to on odszedł, a ona tęskni.

Sorki, nie doczytałam .....:)
big_smile - tęsknota za oprawcą big_smile
Teraz to ja zgłupiałam. Zabić go ewita chce za upokorzenie bicia czy upokorzenie odejścia.
Ewito !!! wyjaśnij mi.

12 900

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Nie jest łatwo, nie jest. W myślach tęsknie, w sercu kocham, ale wiem, że to już nic nie zmieni. Kompletnie nic. On musiałaby wiele zrozumieć i być gotowy na pracę, starania, ale najwidoczniej on już nie chce i chcieć nie będzie. Tyle lat kochałam bezgranicznie, wierząc w taką samą jego miłość do mnie.

Cieszę się, że wracam do pracy niedługo, myślę o tym by podjąć znów naukę-jakaś podyplomówka, by wyrwać się stąd chociaż na chwilę. Przez ostatnie 8 lat stałam w miejscu, miałam być logopedą-przebrnęłam przez egzaminy i też odpuściłam, bo co innego było ważne niż to , co ja chciałam. Mam ponad 30 lat, a analizuję własne życie jak staruszka. Kiedyś miałam tyle planów, teraz zaczynam wszystko od początku......

12 901

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Zosiu sorki, ja już taki pisze pewnie że nic z tego nikt nie rozumie, sama już sie w tym gubię. Więc od początku.
Byłam w związku od paru lat, nie byłam bita czy wyzywana. On był (jest) alkoholikiem. Odchodził i wracał co jakiś czas. Zawsze odchodził do innej. Kiedy postanowiłam dac mu ostatnią szansę mysłałam że sie juz udało. Wyciągłam go z długów, pomogłam mu przestać pić, byłam w najgorszych momentach jego życia, zawsze byłam na każde skinięcie, wierna jak pies. Moje życie ograniczało się tylko do bycia z nim. A on co? przez cały ten czas mnie zdradzał. Wokół siebie musiał mieć zawsze kilka kobiet. Nie ukrywał tego. A ja? Zaniedbalam wszystko, siebie, przyjaciół. Była tylko praca dom i on. Nic wiecej. Czekałam tylko kiedy wróci. Był bez pracy. Zalatwiłam mu i to. Kiedy tylko stanął na nogi zwyczajnie powiedział "nie pasujesz do mnie" i odszedł. Wiem że to była tylko wymówka, pretekst. Powód był zupełnie inny. Inna kobieta.
I mimo iż wiem, że to drań, nie przestaję o nim myśleć. I tak jak Wielokropek napisała chyba jestem "na głodzie" ciągle chcę żeby wrócił. Żeby był. Nie śpię po nocach, męczę się. Jak wreszcie wbić sobie do głowy że on nie był mnie wart? Jak to sobie uświadomić?

12 902

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Liwia napisał/a:

(...)Mam ponad 30 lat, a analizuję własne życie jak staruszka. Kiedyś miałam tyle planów, teraz zaczynam wszystko od początku......

Analizujesz, jak staruszka?
A nie jak kobieta trzydziestoletnia, która pracuje nad sobą? Nie jak osoba, która podjęła decyzję o wyjściu z uzależnienia?

Zaczynasz wszystko od początku?
Naprawdę? A gdzie podziało się Twe wykształcenie, Twoje dziecko, Twe zainteresowania, Twoi bliscy?

Po co Ci takie, dołujące i niezgodne z rzeczywistością, myślenie?

12 903

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

(...)Jak wreszcie wbić sobie do głowy że on nie był mnie wart? Jak to sobie uświadomić?

Może sporządzając listę jego "wspaniałych" zachowań w stosunku do Ciebie?
Może czytając swe posty w tym wątku o tymże zachowaniu?
Może wsadzając głowę pod kran lub biorąc zimny prysznic?

12 904

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Liwia napisał/a:
zofia282 napisał/a:

Mąż wraca i przeprasza a ona wybacza ???? same przeprosiny zdradzający może sobie wsadzić gdzieś! Tu nie o przeprosiny chodzi a o pomoc w wybaczeniu. To zdradzający musi pracować nad sobą, by mu wybaczono.
Wybaczyć ....Liwio co znaczy wybaczyć. Myślisz, że wybaczyć to pstryk i amnezja, i nie pamiętamy o zdradzie. Myślisz, że wyrzucimy z naszej głowy wyobrażenie jego czułości do innej kobiety, jego uniesień, zachwytu dla innej. Jeśli tak myślisz jesteś w błędzie. Sześć lat miałam w głowie jego zdradę (on nie miał sobie nic do zarzucenia ). Oczywiście wspaniałomyślnie powiedziałam WYBACZAM, ale to było tylko słowo, które nie miało się ni jak do moich emocji, odczuć. Nie było dnia bym nie myślała o nich. Nie było dnia bez urągania mu w myślach. Głośno mówiłam, kocham, a w myślach krzyczałam jak bardzo go nienawidzę. Z czasem ZAPOMINAŁAM. Nie znaczy to jednak, że wiarę mu dałam. Sprawdzałam telefon od czasu do czasu i zaliczył kolejną wpadkę. Nową kochankę wybaczyłam - pamiętna to dla mnie data : 11 marzec 2011r. Tego dnia wyrzuciłam go z domu, życia i wybaczyłam zdradę. Powiem ci kochana, że wdzięczna im jestem za ten romans. Gdyby nie on nadal byłabym nieszczęśliwą żoną charakteropaty. Nieszczęśliwą i nieświadomą.

Wiem Zosiu, takich rzeczy się nie zapomina. To jest cholernie trudne, by wybaczyć, by druga osoba znów znalazła w nas zaufanie. Z resztą jak napisałaś-zdradzający musi pracować nad sobą- też tak sobie to wyobrażałam. W pewnych sytuacjach nie chciałam od męża przeprosin-ja chciałam widzieć, że żałuje pewnych swoich zachowań, że będzie robił wszystko, by te zachowania się nie powtórzyły, bo skoro kocha się drugą osobą to się jej nie rani, a jak się tak stanie to błędy należy naprawiać, jeśli to jest prawdziwa miłość.

Zupełnie Cię Liwio nie rozumiem...

Mój eks bez przerwy przeprasza,żałuje,pracuje nad sobą-terapia i chce i ślubu i stabilizacji.
Ale ja miałam to w nosie.
Po tym jak M ze mną zerwał,chciałam (chyba) zaklinować z powrotem eksem...
I choć było spotkanie-wycieczka z małą i choć czułam się jakby nic się nie stało i było rodzinnie...dupa...

Nie potrafię przestać go karać,staję się jędzą,uwsteczniam,no prymityw...
Do tego dostałam obsesji...lęków,a nie miałam tego od wielu miesięcy.

Myślę,że nie jestem w stanie zapomnieć,może wybaczyć tak,ale zapomnieć i zaufać...yy
I choć zdaję sobie sprawę,że i ja narobiłam w tym związku błędów,to czuję,że jestem o rok świetlny przed nim...i nie wierzę,że mnie dogoni. Nie wierzę mu w nic,żadne słowo...

12 905 Ostatnio edytowany przez Liwia (2012-08-23 17:41:46)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
Liwia napisał/a:

(...)Mam ponad 30 lat, a analizuję własne życie jak staruszka. Kiedyś miałam tyle planów, teraz zaczynam wszystko od początku......

Analizujesz, jak staruszka?
A nie jak kobieta trzydziestoletnia, która pracuje nad sobą? Nie jak osoba, która podjęła decyzję o wyjściu z uzależnienia?

Zaczynasz wszystko od początku?
Naprawdę? A gdzie podziało się Twe wykształcenie, Twoje dziecko, Twe zainteresowania, Twoi bliscy?

Po co Ci takie, dołujące i niezgodne z rzeczywistością, myślenie?

Tak czuję Wielokropku, czuję jakbym była staruszką, a nie 30-latką, jestem zmęczona tym wszystkim.
Czasem mam wrażenie, że brnę do przodu i wszystko idzie ku lepszemu, ale za chwilę cofam się do początku i myślę, że bez męża nic już nie będzie takie samo.

Tak-mam wykształcenie, które sama z uporem zdobyłam, mam cudowne dziecko, są i bliscy...., sad ale nie ma już tamtego życia. Życia, które miało wyglądać inaczej. Czasem myślę, że przez tyle lat tak zakorzeniłam sobie we własnej głowie obraz mojej rodziny, tylko mojej , u boku tego męża a nie innego, że żadnego życia oprócz tego które miałam wyobrazić sobie nie mogę. Nie mam w sobie wciąż tyle sił i samozaparcia, żeby żyć bez myślenia o mężu, o tym co było, o tym, że kiedyś było naprawdę dobrze.
Chcę zacząć żyć inaczej, bardzo chcę, ale wciąż się dołuję, nawet nie wiem po co?!
Beznadziejny przypadek ze mnie sad

12 906

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
l_ukrecja napisał/a:
Liwia napisał/a:
zofia282 napisał/a:

Mąż wraca i przeprasza a ona wybacza ???? same przeprosiny zdradzający może sobie wsadzić gdzieś! Tu nie o przeprosiny chodzi a o pomoc w wybaczeniu. To zdradzający musi pracować nad sobą, by mu wybaczono.
Wybaczyć ....Liwio co znaczy wybaczyć. Myślisz, że wybaczyć to pstryk i amnezja, i nie pamiętamy o zdradzie. Myślisz, że wyrzucimy z naszej głowy wyobrażenie jego czułości do innej kobiety, jego uniesień, zachwytu dla innej. Jeśli tak myślisz jesteś w błędzie. Sześć lat miałam w głowie jego zdradę (on nie miał sobie nic do zarzucenia ). Oczywiście wspaniałomyślnie powiedziałam WYBACZAM, ale to było tylko słowo, które nie miało się ni jak do moich emocji, odczuć. Nie było dnia bym nie myślała o nich. Nie było dnia bez urągania mu w myślach. Głośno mówiłam, kocham, a w myślach krzyczałam jak bardzo go nienawidzę. Z czasem ZAPOMINAŁAM. Nie znaczy to jednak, że wiarę mu dałam. Sprawdzałam telefon od czasu do czasu i zaliczył kolejną wpadkę. Nową kochankę wybaczyłam - pamiętna to dla mnie data : 11 marzec 2011r. Tego dnia wyrzuciłam go z domu, życia i wybaczyłam zdradę. Powiem ci kochana, że wdzięczna im jestem za ten romans. Gdyby nie on nadal byłabym nieszczęśliwą żoną charakteropaty. Nieszczęśliwą i nieświadomą.

Wiem Zosiu, takich rzeczy się nie zapomina. To jest cholernie trudne, by wybaczyć, by druga osoba znów znalazła w nas zaufanie. Z resztą jak napisałaś-zdradzający musi pracować nad sobą- też tak sobie to wyobrażałam. W pewnych sytuacjach nie chciałam od męża przeprosin-ja chciałam widzieć, że żałuje pewnych swoich zachowań, że będzie robił wszystko, by te zachowania się nie powtórzyły, bo skoro kocha się drugą osobą to się jej nie rani, a jak się tak stanie to błędy należy naprawiać, jeśli to jest prawdziwa miłość.

Zupełnie Cię Liwio nie rozumiem...

Mój eks bez przerwy przeprasza,żałuje,pracuje nad sobą-terapia i chce i ślubu i stabilizacji.
Ale ja miałam to w nosie.
Po tym jak M ze mną zerwał,chciałam (chyba) zaklinować z powrotem eksem...
I choć było spotkanie-wycieczka z małą i choć czułam się jakby nic się nie stało i było rodzinnie...dupa...

Nie potrafię przestać go karać,staję się jędzą,uwsteczniam,no prymityw...
Do tego dostałam obsesji...lęków,a nie miałam tego od wielu miesięcy.

Myślę,że nie jestem w stanie zapomnieć,może wybaczyć tak,ale zapomnieć i zaufać...yy
I choć zdaję sobie sprawę,że i ja narobiłam w tym związku błędów,to czuję,że jestem o rok świetlny przed nim...i nie wierzę,że mnie dogoni. Nie wierzę mu w nic,żadne słowo...

Sory za ten post...teraz mi się wydaje,że powinniśmy spróbować...kurcze nie radzę sobie sama ze sobą...dobrze,że jutro terapia...

12 907

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zofia282 napisał/a:
dortja napisał/a:

czasami moglabym go ze zlosci i zalu zabic , ale teraz wiem ze nie zwariowalam i ze to normalne

To nie jest normalne!!! Nie jest normalne chcieć kogoś zabić!!!
Czy zwariowałaś ? zapewne nie, ale jest szansa, że zwariujesz. Psychika płata różne figle. Widziałam na własne oczy kobietę zamykającą się na świat. Nie zamkniętą a zamykającą się. Stawała się marionetką. Bił ją mąż. Nie poradziła sobie ze swoimi emocjami. Uciekła.....we własny świat. Są też kobiety odsiadujące wyroki za zabicie męża.

dortja napisał/a:

moj maz jest katem a ja pozwolilam na to przes tyle lat

Już wiesz, że Twoją winą jest przyzwolenie. OK. Pierwszy krok zrobiłaś. Zrób kolejny. Nigdy więcej nie pozwól na agresję. Jakie są na to sposoby ? Już wiesz, ale jeszcze nie przyjmujesz do świadomości tego rozwiązania. Ono już jest w Twojej podświadomości.

dortja napisał/a:

jestem kobieta i czlowiekiem i zasluguje na szacunek

Owszem zasługujesz. Ale jeśli sama siebie nie szanujesz to jak może szanować Cię mąż ? Szanujący się człowiek nie pozwala na przemoc. Jeśli uderzyłby Cię obcy człowiek, nie wezwałabyś policji i nie podała go do sądu?
Męża przemoc tolerujesz, zgadzasz sie na nią. Wiesz, że terapia na niego nie działa, Twoje prośby również - to na co czekasz ? Na cud ?

nie zofio nie wierze w cuda ,terapia niby na niego dziala bo od 3 lat nie zamierza sie nawet nie macha lapami ,moja zlosc jest normalna po prostu nie wystawilam mu granic tylko nimi straszylam cale zycie ,czy sie boje hm czasami ale mam swiadomosc ze w kazdej chwili moge odejsc  i mam gdzie,czekam na co ? na cud nie ,i oczywiscie ze dam go zamknac nastepnym razem to bedzie finisz .moja corka tez wie gdzie ma dzwonic  on wie ja wiem ,rozmawiamy otym co zrobil o wszystkim ,czy cos z tego bedzie.bog wie

12 908 Ostatnio edytowany przez hm... (2012-08-24 10:08:00)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Zazdrosc napisał/a:
zofia282 napisał/a:

Dziewczyno! przeczytaj swój post 10 razy ze zrozumieniem

hmmm... ze zrozumieniem to ona przeczyta ale po kilku miesiacach obecnosci na tym forum

tak dla przekory napisze tak... Marto39, gdybys go kochala szczerze to po pierwszym razie gdy Cie uderzyl, zaniedbal finansowo rodzine, porzucil na jakis czas etc.. zrobilabys wszystko, by nie pozwolic mu zostac draniem wobec Ciebie, ocalilabys jego i Wasze relacje.

Nie wolno ze strachu przed samotnoscia, leku przed zyciem, niedosytem milosci... czyli wlasnych egoistycznych pobudek trzymac kogos za wszelka cene przy sobie i wspoluczestniczyc w jego degradacji, moralnym upadku itp. To oznacza, ze go nie kochasz. Uczucie, ktore do niego czujesz to
- strach przed samotnoscia
- strach przed byciem niekochana
- ... i moze inne "strachy"

Jesli kogos szczerze kocham to szanuje jego wybory. Jesli jego wybory sa szkodliwe dla niego... nie czekam, glosno protestuje... jesli on nadal robi sobie krzywde to aktywnie odmawiam wspoldzialania w procederze.

Twoj maz robil sobie straszna krzywde, stal sie oprawca (bil Cie), stal sie gnojkiem niedbajacym o potrzeby rodziny...

Juz dawno powinnas od niego odejsc by uchronic go przed tym
Czasem takie odejscie otwiera im oczy.. ida na terapie, przestaja pic, przestaja bic, przestaja psychicznie sie znecac...
ale trzeba z calym szacunkiem dla jego "pomyslu na zycie" odejsc i nie katowac go "naszym pomyslem na zycie"
Jesli on chce spedzac czas z mamusia i tatusiem w wymiarze przekraczajacym normy. Ma do tego prawo.
Jesli on zaniedbuje finansowo rodzine (na marginesie-jest to forma przemocy) to powinnas pomoc mu odzyskac reszte godnosci i wystapic do sadu o alimenty. Sa organa dbajace o to by "naprawic tatusia"
Jesli uderzyl Cie raz i wybaczylas to gdy zrobil to drugi raz powinnas zrobic wszystko by zapobiec kolejnym razom-powinnas odejsc, powiadomic policje
Nie naprawiaj go, nie ulepszaj, nie przymuszaj bez konca.
Nie pozwol by nienawidzil sam siebie za to co robi Tobie.

Jesli nasz partner systematycznie uzywa przemocy wobec nas to jest tu nasze aktywne wspoluczestnictwo... Nie odpowiadamy za to, ze on nas np bije ale odpowiadamy za to, ze na to pozwalamy swoja biernoscia.

Moim zdaniem akceptujac jego pomysl na zycie, wyrzadzasz ogromna krzywde swoim dzieciom
Uczysz je, ze brak szacunku i przemoc to norma w rodzinie, Oni powiela Twoj model rodziny, beda oprawcami lub ofiarami
Zaniedbujesz dzieci finansowo, Powinnas juz dawno wystapic o alimenty.

Jesli jestes wierzaca osoba, powinnas wiedziec, ze Kosciol nie przymusza do bycia w zwiazku z oprawca

Niby niesamowite spojrzenie na sprawę, a jakże prawdziwe. Intrygujesz mnie Droga Zazdrość smile

12 909 Ostatnio edytowany przez hm... (2012-08-24 10:09:09)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Marta39 napisał/a:

Dziękuję Wam za odpowiedź w mojej sytuacji... Pięknie piszesz Zazdrość i bardzo mądrze... Ja to wszystko niby wiem, ale tak trudno podjąć decyzję..
Gdy pierwszy raz mnie uderzył, przepraszał na kolanach    i tak jeszcze kilka lat, jakoś nie miałam serca nie wybaczyć, tym bardziej, że były też dość długie okresy gdy było dobrze miedzy nami... Potem przyszły dzieci więc było jeszcze trudniej podjąć decyzję o rozstaniu.  Po prostu tak w tym wszystkim trwałam i ... miałam nadzieję. Dziś wiem, że to nie było dobre dla nikogo z nas.

Teraz jest coraz gorzej, on już nawet nie przeprasza, wszystko jest moją winą, czasami słowo pozornie nic nie znaczące może rozpętać piekło, wystarczy "byle co"... Nie widzę w nim najmniejszej dobrej woli aby się jakoś dogadać, porozmawiać, coś postanowić, pracować nad sobą.... Wydaje mi się, że dla niego to byłby jakiś dyshonor gdyby on poszedł na jakieś ustępstwa dla dobra nas, że im bardziej upokarza i niszczy żonę tym bardziej jest mężczyzną (baba mu nie będzie rządzić)  I chyba coraz bardziej dojrzewam do tego aby się rozstać...
Tylko to nie takie proste, mieszkamy w domu wspólnie pobudowanym , ale mój mąż twierdzi ze to tylko jego dom i jeśli już, to właśnie  ja mam się  z niego wynieść mimo, że gdybyśmy się rozstali on zamieszkałby z rodzicami na wsi (wygania mnie systematycznie, a gdy wyjdę nie chce mnie wpuścić z powrotem do domu). Nie ma opcji, że to on nas zostawi bo nawet gdy się odgrażał, że nigdy więcej nie przyjedzie to zawsze wracał po kilku tygodniach gotowy do tego aby "być przeproszonym". Ja dla świętego spokoju starałam się swoim zachowaniem łagodzić sytuacje...
Wiem, że powinnam się od niego wynieść, może wynająć mieszkanie.... I sama nie wiem co mnie przy nim trzyma...
Może te nieliczne dobre chwile spędzone z nim razem i nadzieja na to, że jednak może być inny, może być inaczej ?
Może niemożność pogodzenia się z tym, że małżeństwo i rodzina mi się nie udali, a to chyba jednak było dla mnie najważniejsze w moim życiu...
Może inne strachy, jak napisałaś Zazdrość, nie wiem.
Wiem że moje obecne życie jakie prowadzę  jest wbrew logice. Tak nie powinno być....

Póki co, uczę się być obojętna na niego pod jednym dachem, on i tak zawsze żył życiem swoich rodziców, nigdy za bardzo nie interesowało go życie jego własnej rodziny, więc jemu to pasuje. Nie pytam, nie musi mi opowiadać, robi co chce a ja nie ingeruję (staram się). Wszelkie obowiązki należą do mnie, łącznie z "obsługą" jego osoby (pranie, gotowanie itp.). On również nie pyta mnie o nic...

Tymczasem postanawiam  czytać to forum i nabierać mądrości, myślę, że będzie mi trochę lżej. Dziękuję, że jesteście.

Troszeńkę nienormalne takie życie Marto, jesli można tak powiedzieć, bo czy wiemy co powinno być normalne, co jest normalne? Wszak każdy z nas widzi wszystko inaczej, ma inne odczucia wskutek jakichś wydarzeń. Jedno nie ulega wątpliwości, ten związek Cię niszczy i nic Ci nie daje. Nie daj się pozbawiać godności. Jeśli dom jest wspólny, jesteś tam zameldowana nie ma możliwości aby Cię nie wpuszczał czy wyganiał. Po sobie wiem, że prawo jest prawem, a realia realiami, ale sporo rzeczy da się wyegzekwować. Byle się nie bać. Nie trzymać ręakmi i nogami związku, który jest związkiem, ale chyba tylko z całym szacunkiem pasożytniczym. A czego on od Ciebie chce, pan i władca?

Zazdrość, żałuję, żę Cię nie było wcześniej, może pomogłabyć mi spojrzeć na moje życie inaczej, swoimi oczami.

12 910 Ostatnio edytowany przez hm... (2012-08-24 10:28:49)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

Nie możemy mierzyć innych swoją miarą. Dla Ciebie, dla mnie i z pewnością dla wielu kobiet wypadałoby, żeby tak się stało, żeby waśnie tak się zachował, ale bardzo prawdopodobne, że to nigdy się nie stanie, bo on widzi to inaczej. Być może ma to gdzieś, albo nawet się nie zastanowił, albo zrobił to celowo. Nie wiadomo co nim kierowało. Ja go nie bronię, ale chcę pokazać, że każdy widzi sprawę inaczej. Problem w tym, że ludzie się nie słuchają, nie okazują empatii, mówią, że kochają, a tak naprawdę nie dają z siebie nic, nie interesują się wzajemnymi potrzebami i rodzi się przez to cholernie dużo błedów i kłopotów. A jeśli nie widzi się problemu to nie ma co rozwiązywać.

12 911 Ostatnio edytowany przez hm... (2012-08-24 10:29:20)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
ewita72 napisał/a:

Właśnie dlaczego też nie widzę szansy na lepsze życie bez niego? Dlaczego? Wciąż mimo bólu żalu chcę żeby wrócił, żeby był. Zdradzał mnie notorycznie, zawsze musiał mieć kilka kobiet wokół siebie. Ranił mnie, poniżał tym. A mimo tego nie umiem sobie poradzić z tym bólem po rozstaniu. Czekam na telefon na jakiś znak wiadomość od niego. I tak już od miesiąca. Czekam że sie opamięta i przyjdzie. Cały czas też o niego walczyłam o miłość. A przecież nie tak powinno chyba być. Czy kiedyś będę się czuła wolna od tego bólu?

A czy nie jest tak, że nie wyobrażasz sobie innego życia? Bo nie pamiętasz już życia bez niego i nie wiesz jakie by było?

12 912 Ostatnio edytowany przez hm... (2012-08-24 10:35:31)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Liwia napisał/a:
Wielokropek napisał/a:
Liwia napisał/a:

(...)Mam ponad 30 lat, a analizuję własne życie jak staruszka. Kiedyś miałam tyle planów, teraz zaczynam wszystko od początku......

Analizujesz, jak staruszka?
A nie jak kobieta trzydziestoletnia, która pracuje nad sobą? Nie jak osoba, która podjęła decyzję o wyjściu z uzależnienia?

Zaczynasz wszystko od początku?
Naprawdę? A gdzie podziało się Twe wykształcenie, Twoje dziecko, Twe zainteresowania, Twoi bliscy?

Po co Ci takie, dołujące i niezgodne z rzeczywistością, myślenie?

Tak czuję Wielokropku, czuję jakbym była staruszką, a nie 30-latką, jestem zmęczona tym wszystkim.
Czasem mam wrażenie, że brnę do przodu i wszystko idzie ku lepszemu, ale za chwilę cofam się do początku i myślę, że bez męża nic już nie będzie takie samo.

Tak-mam wykształcenie, które sama z uporem zdobyłam, mam cudowne dziecko, są i bliscy...., sad ale nie ma już tamtego życia. Życia, które miało wyglądać inaczej. Czasem myślę, że przez tyle lat tak zakorzeniłam sobie we własnej głowie obraz mojej rodziny, tylko mojej , u boku tego męża a nie innego, że żadnego życia oprócz tego które miałam wyobrazić sobie nie mogę. Nie mam w sobie wciąż tyle sił i samozaparcia, żeby żyć bez myślenia o mężu, o tym co było, o tym, że kiedyś było naprawdę dobrze.
Chcę zacząć żyć inaczej, bardzo chcę, ale wciąż się dołuję, nawet nie wiem po co?!
Beznadziejny przypadek ze mnie sad

Ja znam te doły. I zastanawiam się wtedy a dlaczego mam dobrze mysleć i po co? Bo to żaden problem pogrążać się. Dziwi mnie wtedy wręcz kiedy ktoś widzi same pozytywy, myśli dobrze i biorę pod rozwagę czy wogóle istnieją takie osoby, które myślą dobrze w takich sytuacjach. Być możę są takie osoby i nigdy nie pozwolą na to, żeby być w takiej sytuacji. Być możę tylko osoby ze skłonnością do takich myśli i takich zachowań znajdują się w takich sytuacjach.
Dlaczego dobrze myśleć, WIelokropku, dlaczego?
Czy wtedy będziemy umieć podjąć dobrą dla siebie decyzję, jeśli nie wierzymy, że się uda, żę coś się zmieni?

Bo trudno znaleźć sens jeśli nie jest dobrze. Być może sprawy docierają wtedy tak daleko, że nie potrafimy sobie dać z nimi rady, a jedyne co umiemy wtedy zrobić to zamartwiać się i dołować.
Ja czasem czuję się jakbym była rozdarta między dwoma światami. W jednym smutnym, który chcąc nie chcąc odwiedzam czasem jestem przygnębiona i w nic nie wierzę. W drugim natomiast świeci słońce i jest sporo optymizmu, są plany, dobre nastawienie i ciepłe myśli. Jest też udowodniona naukowo wiedza, że każdy człowiek potrafi, tylko musi chcieć, że cokolwiek chce zrobić i w jakich okolicznościach żyje to jest jego wybór.

12 913

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
ewita72 napisał/a:

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

Nie możemy mierzyć innych swoją miarą. Dla Ciebie, dla mnie i z pewnością dla wielu kobiet wypadałoby, żeby tak się stało, żeby waśnie tak się zachował, ale bardzo prawdopodobne, że to nigdy się nie stanie, bo on widzi to inaczej. Być może ma to gdzieś, albo nawet się nie zastanowił, albo zrobił to celowo. Nie wiadomo co nim kierowało. Ja go nie bronię, ale chcę pokazać, że każdy widzi sprawę inaczej. Problem w tym, że ludzie się nie słuchają, nie okazują empatii, mówią, że kochają, a tak naprawdę nie dają z siebie nic, nie interesują się wzajemnymi potrzebami i rodzi się przez to cholernie dużo błedów i kłopotów. A jeśli nie widzi się problemu to nie ma co rozwiązywać.

Nie możemy mierzyć innych swoją miarą. Przecież my kkzb, czyli kobitki "zwichrowane". My marzymy, by partnerów ulepić pod nasze oczekiwania, my wymuszamy na nich zmiany. Nie akceptujemy mężczyzny takim jakim jest. Z nim w takim wydaniu jesteśmy nieszczęśliwe. A szczęśliwe być chcemy więc działamy. Stajemy sie podnóżkami, przewodnikami, wybawicielkami i żądamy wdzięczności. Nikt nie kazał nam być tym podnóżkiem, nikt tego podnóżka nie chciał a my oczekujemy wdzięczności. Jestem podnóżkiem a on mnie podnóżka nie szanuje ? nie kocha? i zamiast wdzięczności jest poniżanie? Uruchamia się w nas "wybaczalskość". Wybaczymy wszystko, by tylko tym podnóżkiem nadal być. Myślimy, doceni....a jak nie docenia teraz to może za chwilę. Już za chwilę, jak tylko sobie przemyśli i uświadomi jak mu dobrze, wygodnie, to doceni i kochać już będzie do grobowej deski. Stajemy się nudne, upierdliwe,smutne i żałosne. Trawi nas bezsilność....tak się starałyśmy a on szczęśliwy nie jest...tak się starałyśmy a on odszedł. Nie zmienił się pod wpływem naszej miłości......I jeszcze trawi nas pytanie "dlaczego" i jeszcze zastanawiamy sie co byłoby dla nas lepsze, jego czy nasze odejście.... Mogłyśmy odejść. Przecież nie byłyśmy w tym związku szczęśliwe.....powinnyśmy więc odejść.... każda zdrowa kobieta tak by zrobiła.


ZAZDROSC kiedyś napisała, "jak bardzo trzeba być popapranym, by nie dostrzegać latami rachunku zysków i strat....na to odpowie każda czynna kkzb" Zgadzam się z jej słowami......i odpowiadam,byłam popaprana bardzo, do granic zdrowego rozsądku big_smile .

12 914

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
ewita72 napisał/a:

Właśnie dlaczego też nie widzę szansy na lepsze życie bez niego? Dlaczego? Wciąż mimo bólu żalu chcę żeby wrócił, żeby był. Zdradzał mnie notorycznie, zawsze musiał mieć kilka kobiet wokół siebie. Ranił mnie, poniżał tym. A mimo tego nie umiem sobie poradzić z tym bólem po rozstaniu. Czekam na telefon na jakiś znak wiadomość od niego. I tak już od miesiąca. Czekam że sie opamięta i przyjdzie. Cały czas też o niego walczyłam o miłość. A przecież nie tak powinno chyba być. Czy kiedyś będę się czuła wolna od tego bólu?

A czy nie jest tak, że nie wyobrażasz sobie innego życia? Bo nie pamiętasz już życia bez niego i nie wiesz jakie by było?

Kkzb potrzebuje huśtawki emocjonalnej i chyba lubi czuć się nieszczęśliwa. Związek przysparzał mi bólu i ciągłych rozczarowań. Trwałam u boku męża mimo wszystko. Dumna z siebie byłam, że pomimo nieszczęść jakie przysparzał rodzinie, trwałam przy nim. Dumna z siebie byłam !!! ha ha ha . Dzisiaj śmieję się sama z siebie.

A może lepiej zadać pytanie za czym tęsknisz ? Będzie prościej i odpowiedź konkretniejsza.

ZA czym więc tęsknisz ewita 72 ?

12 915

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
ewita72 napisał/a:

Cachmir, wiesz nie wiem co bardziej boli czy to że jesteśmy porzucane czy porzucamy. Mnie chyba bardziej boli że zostałam porzucona że za to wszystko co zrobiłam dla niego ile poświęciłam, usłyszałam nie pasujesz do mnie. Szkoda ze nie zastanowił się nad tym kiedy potrzebował pomocy. To boli. Czuje z jednej strony zlosc, wsciekłosc a z drugiej chce zeby wrocil.
Kiedy ten bol minie i ta bezsilnosc, ten strach, że nie dam rady sama bez niego????

Nie możemy mierzyć innych swoją miarą. Dla Ciebie, dla mnie i z pewnością dla wielu kobiet wypadałoby, żeby tak się stało, żeby waśnie tak się zachował, ale bardzo prawdopodobne, że to nigdy się nie stanie, bo on widzi to inaczej. Być może ma to gdzieś, albo nawet się nie zastanowił, albo zrobił to celowo. Nie wiadomo co nim kierowało. Ja go nie bronię, ale chcę pokazać, że każdy widzi sprawę inaczej. Problem w tym, że ludzie się nie słuchają, nie okazują empatii, mówią, że kochają, a tak naprawdę nie dają z siebie nic, nie interesują się wzajemnymi potrzebami i rodzi się przez to cholernie dużo błedów i kłopotów. A jeśli nie widzi się problemu to nie ma co rozwiązywać.

tez tak nie stety mam  zucam klody pod nogi bo jak mam dac wartosc czlowiekowi ktory mi jej nie dawal ,ciagle tkwie w przeszlosci ,on nie prosi o wybaczenie tylko zebym chociaz sie postaral go zostawic w jego wartosci ,odpowiadam mu przykro mi nie potrafie ,moze kiedys jak ten bol i zlosc troche otepieja moze...........nie mam na szczescie odpowiedzi na wszystko w koncu jestem tylko czlowiekiem i sama nie wiem zostac,odejsc , ,zosane ludzie rodzina powiedza a to ci glupia baba nie zna swojej wartosci ,odejde moze zrobie zle ,moze jestem zbyt tolerancyjna,moze jednak ze wstydem wierze w cuda,juz sama nie wiem wstydze sie ze taka jestem

12 916

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
dortja napisał/a:

nie zofio nie wierze w cuda ,terapia niby na niego dziala bo od 3 lat nie zamierza sie nawet nie macha lapami ,moja zlosc jest normalna po prostu nie wystawilam mu granic tylko nimi straszylam cale zycie ,czy sie boje hm czasami ale mam swiadomosc ze w kazdej chwili moge odejsc  i mam gdzie,czekam na co ? na cud nie ,i oczywiscie ze dam go zamknac nastepnym razem to bedzie finisz .moja corka tez wie gdzie ma dzwonic  on wie ja wiem ,rozmawiamy otym co zrobil o wszystkim ,czy cos z tego bedzie.bog wie

Niby działa? Co to  znaczy, terapia NIBY działa? Brzmi jakby terapia nie działała a Twoim życzeniem było, by działała (złuda?). Twoja złość nie jest normalna. W zdrowym ciele zdrowy duch....w udanym związku, szczęście, radość. Nie trzeba chyba komus tłumaczyć, NIE WOLNO NA NIKOGO PODNOSIC RĘKI, UBLIŻAĆ - jeśli tego nie rozumie to znaczy, ze ma ze sobą problem. Pisałam już, ze przemoc rodzi się z bezsilności lub "skrzywień charakteru". Nie mogłaś więc stawiać granic co do jego sposobu "porozumiewania" sie z Tobą. Mogłaś jedynie dotrzymać słowa i odejść...no ale kkzb jest wybaczalska smile. Jesteśmy łaskawe i wybaczalskie. Świadomośc odejścia.....wystarczała Ci ona ? Pomyślałaś, odejść od kata mogę i lżej Ci było i nie czułaś już się już upokorzona ? Byłaś podnóżkiem, wybawicielką i workiem treningowym ? Powinien być Ci wdzięczny...bił a Ty wybaczyłaś...prawda, że oczekiwałaś wdzięczności. Bił kolejne razy i znowu powinien był Ci być wdzięczny. Nie był ?! W takich przypadkach rodzi się rak szacunku, lekceważenie a nie wdzięczność. Mówisz, że następnym razem dasz go zamknąć....bierzesz więc pod uwagę kolejny raz kiedy podniesie rękę. Myślisz, że Bóg powinien wiedzieć co będzie......przecież to Ty powinnaś wiedzieć  wiesz.....a mówią o tym słowa "następnym razem".
Dlaczego Twoja córka miałaby dzwonić na policję. Dlaczego wyręczać się chcesz dzieckiem ? Dlaczego fundujesz jej stres
1. życia w domu, w którym jest możliwość przemocy
2. decyzyjności, bo to ona ma zdecydować kiedy ma dzwonić (dostała instrukcje)
3. na niej ma spoczywać moralna odpowiedzialność

Ale, żeby nie było, byłam taka sama. Pozwalałam na przemoc psychiczną. Pozwalałam aby dzieci były wciągane w robione mi awantury. Pozwalałam by były stroną. On awanturował się a ja pokornie się tłumaczyłam, wyjaśniałam. Dzieciaki tupały nogą i wykrzykiwały ojcu, jak możesz !- one, nie ja ! Po rozstaniu z mężem pytały, dlaczego nie wzywałaś policji. Odpowiedź była prosta. Ja jednak nie umiałam się przyznać. Kombinowałam, że bałam się, żałowałam, ale najczęściej mówiłam nie wiem dlaczego. Łatwiej było mówić, nie wiem, niż, bo byłam głupia.

12 917 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-08-24 13:06:44)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Ja znam te doły. I zastanawiam się wtedy a dlaczego mam dobrze mysleć i po co? Bo to żaden problem pogrążać się. Dziwi mnie wtedy wręcz kiedy ktoś widzi same pozytywy, myśli dobrze i biorę pod rozwagę czy wogóle istnieją takie osoby, które myślą dobrze w takich sytuacjach. Być możę są takie osoby i nigdy nie pozwolą na to, żeby być w takiej sytuacji. Być możę tylko osoby ze skłonnością do takich myśli i takich zachowań znajdują się w takich sytuacjach.
Dlaczego dobrze myśleć, WIelokropku, dlaczego?
Czy wtedy będziemy umieć podjąć dobrą dla siebie decyzję, jeśli nie wierzymy, że się uda, żę coś się zmieni?

Bo trudno znaleźć sens jeśli nie jest dobrze. Być może sprawy docierają wtedy tak daleko, że nie potrafimy sobie dać z nimi rady, a jedyne co umiemy wtedy zrobić to zamartwiać się i dołować.
Ja czasem czuję się jakbym była rozdarta między dwoma światami. W jednym smutnym, który chcąc nie chcąc odwiedzam czasem jestem przygnębiona i w nic nie wierzę. W drugim natomiast świeci słońce i jest sporo optymizmu, są plany, dobre nastawienie i ciepłe myśli. Jest też udowodniona naukowo wiedza, że każdy człowiek potrafi, tylko musi chcieć, że cokolwiek chce zrobić i w jakich okolicznościach żyje to jest jego wybór.

Odwrócę pytanie do mnie skierowane.

Dlaczego lepiej jest myśleć negatywnie?
Myślenie negatywne daje siłę?
Dodaje pewności siebie?
Podsuwa rozwiązania trudnej sytuacji?
Uskrzydla?
Poprawia samopoczucie?
Nie, nie, nie, nie, nie.

To po co "uprawiać" taki sposób myślenia? Jakie korzyści takie myślenie przynosi?
Ano, spore. Zaraz przeczytam słowa zaprzeczenia, oburzenia na moje niezrozumienie ciężkiej doli.
Jakie to korzyści? Bardzo duże wsparcie społeczne, słowa uznania, szacunku dla osoby z taką godnością znoszącej ciężką dolę, podziwu dla jej wytrzymałości, siły i cierpliwości. To mało? Powiem więcej, im bardziej dana osoba mówi o swym ciężkim losie, im bardziej jest nieszczęśliwą, tym więcej dostaje od innych gratyfikacji, tym bardziej inne osoby poświęcają jej uwagę.

A czy osoba, która zaciśnie zęby, "stanie" na nogi, będzie myślała optymistycznie (co nie znaczy nierealnie) tak duże wsparcie od innych osób otrzyma? Nie; chwila podziwu i koniec, temat jej osoby nie istnieje, bo przecież ma się dobrze, żadnego wsparcia nie potrzebuje. Przecież RADZI SOBIE.

Mając do wyboru konsekwencje tych dwóch sytuacji wiele osób wybiera to pierwsze rozwiązanie.
Poza tym kkzb do "szczęścia" potrzebuje być nieszczęśliwą. Była nieszczęśliwa w toksycznym związku, gratyfikacje od innych "po zbójcu" otrzymywała. Teraz jest nieszczęśliwa, bo toksyczny związek się skończył i musi sama być odpowiedzialna za siebie i swe wybory. Kiedyś myślałam, że jest to zmiana jednego uzależnienia na drugie. Teraz, bardziej, skłaniam się do myśli, że jest to jedno i to samo uzależnienie: od bycia nieszczęśliwą.

I nigdy nie namawiałam do nierealnego spostrzegania rzeczywistości, do zauważania wyłącznie zalet danej sytuacji, do hurraoptymizmu.
Sporo osób zastanawia się nad przeszkodami, które utrudnią/uniemożliwią im dokonanie zmian. Tymczasem ja namawiałam i namawiam do udzielenia sobie odpowiedzi na pytanie "Co mogę zrobić, by swą sytuację zmienić?" i szukania sposobów na życie szczęśliwe. To ta sam szklanka, zawsze napełniona w połowie, tylko różne osoby na co innego zwracają swą uwagę: jedni na to, ile im brakuje, drudzy na to, ile mają. I do każdej z nas/każdego z nas zależy to, do czego przywiążemy większą uwagę: do braków, czy do możliwości.





***
By nie być posądzoną o brak serca.
Rozumiem, że każdy od czasu do czasu ma jakiś dół.
Ale z dołem permanentnym, zwanym depresją, też można coś zrobić. Można ją leczyć.

12 918

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
hm... napisał/a:

Ja znam te doły. I zastanawiam się wtedy a dlaczego mam dobrze mysleć i po co? Bo to żaden problem pogrążać się. Dziwi mnie wtedy wręcz kiedy ktoś widzi same pozytywy, myśli dobrze i biorę pod rozwagę czy wogóle istnieją takie osoby, które myślą dobrze w takich sytuacjach. Być możę są takie osoby i nigdy nie pozwolą na to, żeby być w takiej sytuacji. Być możę tylko osoby ze skłonnością do takich myśli i takich zachowań znajdują się w takich sytuacjach.
Dlaczego dobrze myśleć, WIelokropku, dlaczego?
Czy wtedy będziemy umieć podjąć dobrą dla siebie decyzję, jeśli nie wierzymy, że się uda, żę coś się zmieni?

Bo trudno znaleźć sens jeśli nie jest dobrze. Być może sprawy docierają wtedy tak daleko, że nie potrafimy sobie dać z nimi rady, a jedyne co umiemy wtedy zrobić to zamartwiać się i dołować.
Ja czasem czuję się jakbym była rozdarta między dwoma światami. W jednym smutnym, który chcąc nie chcąc odwiedzam czasem jestem przygnębiona i w nic nie wierzę. W drugim natomiast świeci słońce i jest sporo optymizmu, są plany, dobre nastawienie i ciepłe myśli. Jest też udowodniona naukowo wiedza, że każdy człowiek potrafi, tylko musi chcieć, że cokolwiek chce zrobić i w jakich okolicznościach żyje to jest jego wybór.

Odwrócę pytanie do mnie skierowane.

Dlaczego lepiej jest myśleć negatywnie?
Myślenie negatywne daje siłę?
Dodaje pewności siebie?
Podsuwa rozwiązania trudnej sytuacji?
Uskrzydla?
Poprawia samopoczucie?
Nie, nie, nie, nie, nie.

To po co "uprawiać" taki sposób myślenia? Jakie korzyści takie myślenie przynosi?
Ano, spore. Zaraz przeczytam słowa zaprzeczenia, oburzenia na moje niezrozumienie ciężkiej doli.
Jakie to korzyści? Bardzo duże wsparcie społeczne, słowa uznania, szacunku dla osoby z taką godnością znoszącej ciężką dolę, podziwu dla jej wytrzymałości, siły i cierpliwości. To mało? Powiem więcej, im bardziej dana osoba mówi o swym ciężkim losie, im bardziej jest nieszczęśliwą, tym więcej dostaje od innych gratyfikacji, tym bardziej inne osoby poświęcają jej uwagę.

A czy osoba, która zaciśnie zęby, "stanie" na nogi, będzie myślała optymistycznie (co nie znaczy nierealnie) tak duże wsparcie od innych osób otrzyma? Nie; chwila podziwu i koniec, temat jej osoby nie istnieje, bo przecież ma się dobrze, żadnego wsparcia nie potrzebuje. Przecież RADZI SOBIE.

Mając do wyboru konsekwencje tych dwóch sytuacji wiele osób wybiera to pierwsze rozwiązanie.
Poza tym kkzb do "szczęścia" potrzebuje być nieszczęśliwą. Była nieszczęśliwa w toksycznym związku, gratyfikacje od innych "po zbójcu" otrzymywała. Teraz jest nieszczęśliwa, bo toksyczny związek się skończył i musi sama być odpowiedzialna za siebie i swe wybory. Kiedyś myślałam, że jest to zmiana jednego uzależnienia na drugie. Teraz, bardziej, skłaniam się do myśli, że jest to jedno i to samo uzależnienie: od bycia nieszczęśliwą.

I nigdy nie namawiałam do nierealnego spostrzegania rzeczywistości, do zauważania wyłącznie zalet danej sytuacji, do hurraoptymizmu.
Sporo osób zastanawia się nad przeszkodami, które utrudnią/uniemożliwią im dokonanie zmian. Tymczasem ja namawiałam i namawiam do udzielenia sobie odpowiedzi na pytanie "Co mogę zrobić, by swą sytuację zmienić? i szukania sposobów na życie szczęśliwe. To ta sam szklanka, zawsze napełniona w połowie, tylko różne osoby na co innego zwracają swą uwagę: jedni na to, ile im brakuje, drudzy na to, ile mają. I do każdej z nas/każdego z nas zależy to, do czego przywiążemy większą uwagę: do braków, czy do możliwości.

Wielokropku, szukałam takiej wypowiedzi na tym forum tydzień. Kompletnie nie mogłam się odnaleźć. UZALEŻNIENIE OD BYCIA NIESZCZĘŚLIWĄ- takie proste, a uderzyło we mnie mocno. Myślałam,że jak uwolnie się z toksycznego związku, to mój świat będzie kolorowy. Niestety, znalazłam sobie kolejny powód do zmartwień-pracę. Tak, skupienie innych na sobie, tak, o to w tym wszystkim chodzi. Moja terapia, to terapia na całe życie.

12 919

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Anstawia napisał/a:

(...) Moja terapia, to terapia na całe życie.

Jeśli już wiesz, od czego jesteś uzależniona, to reszta pójdzie już z "górki". Już wiesz, na co masz uważać, jakie swe myślenie trzymać na bardzo krótkiej smyczy.

I nie wmawiaj sobie, że terapia musi trwać całe życie. Całe życie, ale to też kwestia wyboru, to praca nad sobą, ale ona jest przyjemną, ciekawą.

12 920

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zofia282 napisał/a:
dortja napisał/a:

nie zofio nie wierze w cuda ,terapia niby na niego dziala bo od 3 lat nie zamierza sie nawet nie macha lapami ,moja zlosc jest normalna po prostu nie wystawilam mu granic tylko nimi straszylam cale zycie ,czy sie boje hm czasami ale mam swiadomosc ze w kazdej chwili moge odejsc  i mam gdzie,czekam na co ? na cud nie ,i oczywiscie ze dam go zamknac nastepnym razem to bedzie finisz .moja corka tez wie gdzie ma dzwonic  on wie ja wiem ,rozmawiamy otym co zrobil o wszystkim ,czy cos z tego bedzie.bog wie

Niby działa? Co to  znaczy, terapia NIBY działa? Brzmi jakby terapia nie działała a Twoim życzeniem było, by działała (złuda?). Twoja złość nie jest normalna. W zdrowym ciele zdrowy duch....w udanym związku, szczęście, radość. Nie trzeba chyba komus tłumaczyć, NIE WOLNO NA NIKOGO PODNOSIC RĘKI, UBLIŻAĆ - jeśli tego nie rozumie to znaczy, ze ma ze sobą problem. Pisałam już, ze przemoc rodzi się z bezsilności lub "skrzywień charakteru". Nie mogłaś więc stawiać granic co do jego sposobu "porozumiewania" sie z Tobą. Mogłaś jedynie dotrzymać słowa i odejść...no ale kkzb jest wybaczalska smile. Jesteśmy łaskawe i wybaczalskie. Świadomośc odejścia.....wystarczała Ci ona ? Pomyślałaś, odejść od kata mogę i lżej Ci było i nie czułaś już się już upokorzona ? Byłaś podnóżkiem, wybawicielką i workiem treningowym ? Powinien być Ci wdzięczny...bił a Ty wybaczyłaś...prawda, że oczekiwałaś wdzięczności. Bił kolejne razy i znowu powinien był Ci być wdzięczny. Nie był ?! W takich przypadkach rodzi się rak szacunku, lekceważenie a nie wdzięczność. Mówisz, że następnym razem dasz go zamknąć....bierzesz więc pod uwagę kolejny raz kiedy podniesie rękę. Myślisz, że Bóg powinien wiedzieć co będzie......przecież to Ty powinnaś wiedzieć  wiesz.....a mówią o tym słowa "następnym razem".
Dlaczego Twoja córka miałaby dzwonić na policję. Dlaczego wyręczać się chcesz dzieckiem ? Dlaczego fundujesz jej stres
1. życia w domu, w którym jest możliwość przemocy
2. decyzyjności, bo to ona ma zdecydować kiedy ma dzwonić (dostała instrukcje)
3. na niej ma spoczywać moralna odpowiedzialność

Ale, żeby nie było, byłam taka sama. Pozwalałam na przemoc psychiczną. Pozwalałam aby dzieci były wciągane w robione mi awantury. Pozwalałam by były stroną. On awanturował się a ja pokornie się tłumaczyłam, wyjaśniałam. Dzieciaki tupały nogą i wykrzykiwały ojcu, jak możesz !- one, nie ja ! Po rozstaniu z mężem pytały, dlaczego nie wzywałaś policji. Odpowiedź była prosta. Ja jednak nie umiałam się przyznać. Kombinowałam, że bałam się, żałowałam, ale najczęściej mówiłam nie wiem dlaczego. Łatwiej było mówić, nie wiem, niż, bo byłam głupia.

musz do tego dorosnac zosia jak do wiele innych spraw,corka sie naprwde nie wyreczam ,to nie tak w razie cos ,ja najpierw sama bym wolala o pomoc ,moja odpowiedz na pytania tu w razie co ,tak nie ufam mu i tyle,bil z bezsilnosci ale to jego problem ,upokozona bede sie czuc dlugi czas z nim czy bez  i tak bede go ogladac bo sa dzieci i maja prawo mnie ojca i go widywac,narazie walcze o swoja wartosc,wiem ze sporo przeszlas i badz dumna z siebie ,ja narazie staram sie wyjsc z roli zbawicielki i opiekunki

12 921

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
Anstawia napisał/a:

(...) Moja terapia, to terapia na całe życie.

Jeśli już wiesz, od czego jesteś uzależniona, to reszta pójdzie już z "górki". Już wiesz, na co masz uważać, jakie swe myślenie trzymać na bardzo krótkiej smyczy.

I nie wmawiaj sobie, że terapia musi trwać całe życie. Całe życie, ale to też kwestia wyboru, to praca nad sobą, ale ona jest przyjemną, ciekawą.

Oby poszło z górki.
Nie chcę pisać nie na temat, ale ja mam problem z ludźmi, którzy są asertywni, wiedzą czego chcą, są pewni siebie, po prostu dbają o swoje prawa. Robię się przy nich malutka, kurczę się, zamykam w sobie, a potem wracam do domu i płaczę. Nawet nie chodzi o to że chcę im się postawić czy sprzeciwić. Tylko o ten ton głosu, o tą pewność, to mnie powala z nóg... Nie wiem jak sobie z tym poradzić...

12 922 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-08-24 13:40:39)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Anstawio,
to jest baaaaaaardzo na temat.
Zastanów się, co myślisz i co czujesz w obecności tych pewnych siebie ludzi. Co znaczy to "robię się malutka"?

I czy te osoby są asertywne, czyli dbają o swoje prawa i uznają, że Ty masz te same prawa?
Czy też są to osoby agresywne, które myślą wyłącznie o sobie, kosztem innych?

12 923

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:

Anstawio,
to jest baaaaaaardzo na temat.
Zastanów się, co myślisz i co czujesz w obecności tych pewnych siebie ludzi. Co znaczy to "robię się malutka"?

Standardowo, myślę sobie "ale jestem głupia, beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nic nie potrafię,znowu zawaliłam". Może nie wszystko na raz, ale takie myśli mam wtedy w głowie. Przede wszystkim czuję się głupia i mało inteligentna, i beznadziejna...

12 924

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

To masz temat do rozważań i pracy nad sobą.
Bo osoby te są tylko katalizatorem, wyzwalaczem, Twych prawdziwych opinii o sobie samej. To nie ich "wina", że w ten sposób myślisz na swój temat.
Wiedz też, że takie myślenie można zmienić.

W takich sytuacjach uświadom sobie, że to Twoje myślenie pochodzi z "chorego" rozumu, że masz je trzymać na smyczy. I oddziel to "chore" myślenie od oceny rzeczywistości - być może wiesz mniej, być może coś zawaliłaś, być może (a nawet na pewno) nie potrafisz wszystkiego. Ale te wszystkie "być może" nie są równoznaczne z "do niczego się nie nadaję".

12 925

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Marta39 napisał:
Dziękuję Wam za odpowiedź w mojej sytuacji... Pięknie piszesz Zazdrość i bardzo mądrze... Ja to wszystko niby wiem, ale tak trudno podjąć decyzję..
Gdy pierwszy raz mnie uderzył, przepraszał na kolanach    i tak jeszcze kilka lat, jakoś nie miałam serca nie wybaczyć, tym bardziej, że były też dość długie okresy gdy było dobrze miedzy nami... Potem przyszły dzieci więc było jeszcze trudniej podjąć decyzję o rozstaniu.  Po prostu tak w tym wszystkim trwałam i ... miałam nadzieję. Dziś wiem, że to nie było dobre dla nikogo z nas.

Teraz jest coraz gorzej, on już nawet nie przeprasza, wszystko jest moją winą, czasami słowo pozornie nic nie znaczące może rozpętać piekło, wystarczy "byle co"... Nie widzę w nim najmniejszej dobrej woli aby się jakoś dogadać, porozmawiać, coś postanowić, pracować nad sobą.... Wydaje mi się, że dla niego to byłby jakiś dyshonor gdyby on poszedł na jakieś ustępstwa dla dobra nas, że im bardziej upokarza i niszczy żonę tym bardziej jest mężczyzną (baba mu nie będzie rządzić)  I chyba coraz bardziej dojrzewam do tego aby się rozstać...
Tylko to nie takie proste, mieszkamy w domu wspólnie pobudowanym , ale mój mąż twierdzi ze to tylko jego dom i jeśli już, to właśnie  ja mam się  z niego wynieść mimo, że gdybyśmy się rozstali on zamieszkałby z rodzicami na wsi (wygania mnie systematycznie, a gdy wyjdę nie chce mnie wpuścić z powrotem do domu). Nie ma opcji, że to on nas zostawi bo nawet gdy się odgrażał, że nigdy więcej nie przyjedzie to zawsze wracał po kilku tygodniach gotowy do tego aby "być przeproszonym". Ja dla świętego spokoju starałam się swoim zachowaniem łagodzić sytuacje...
Wiem, że powinnam się od niego wynieść, może wynająć mieszkanie.... I sama nie wiem co mnie przy nim trzyma...
Może te nieliczne dobre chwile spędzone z nim razem i nadzieja na to, że jednak może być inny, może być inaczej ?
Może niemożność pogodzenia się z tym, że małżeństwo i rodzina mi się nie udali, a to chyba jednak było dla mnie najważniejsze w moim życiu...
Może inne strachy, jak napisałaś Zazdrość, nie wiem.
Wiem że moje obecne życie jakie prowadzę  jest wbrew logice. Tak nie powinno być....

Póki co, uczę się być obojętna na niego pod jednym dachem, on i tak zawsze żył życiem swoich rodziców, nigdy za bardzo nie interesowało go życie jego własnej rodziny, więc jemu to pasuje. Nie pytam, nie musi mi opowiadać, robi co chce a ja nie ingeruję (staram się). Wszelkie obowiązki należą do mnie, łącznie z "obsługą" jego osoby (pranie, gotowanie itp.). On również nie pyta mnie o nic...

Tymczasem postanawiam  czytać to forum i nabierać mądrości, myślę, że będzie mi trochę lżej. Dziękuję, że jesteście.

Troszeńkę nienormalne takie życie Marto, jesli można tak powiedzieć, bo czy wiemy co powinno być normalne, co jest normalne? Wszak każdy z nas widzi wszystko inaczej, ma inne odczucia wskutek jakichś wydarzeń. Jedno nie ulega wątpliwości, ten związek Cię niszczy i nic Ci nie daje. Nie daj się pozbawiać godności. Jeśli dom jest wspólny, jesteś tam zameldowana nie ma możliwości aby Cię nie wpuszczał czy wyganiał. Po sobie wiem, że prawo jest prawem, a realia realiami, ale sporo rzeczy da się wyegzekwować. Byle się nie bać. Nie trzymać ręakmi i nogami związku, który jest związkiem, ale chyba tylko z całym szacunkiem pasożytniczym. A czego on od Ciebie chce, pan i władca?

On chce robić na co ma ochotę, a ja mam się nie wtrącać i przyklaskiwać jego poczynaniom..... I nie wyskakiwać z tekstem, że przecież ma rodzinę i jakieś obowiązki z tym związane...
Zwykle to jest tak, że jedzie rano na wieś i wraca średnio o 21.00. Czsami nie wraca.... Na "jego głowie" jest gospodarstwo (niewielkie) rodziców, ich wyimaginowane choroby, wymyślone po to żeby  nim manipulować .... (podczas gdy sam jest poważnie chory, ma rentę od 22 roku życia i zupełnie o siebie nie dba bo przecież chorzy są rodzice), wszelkie naprawy i remonty w domu no i oprócz tego ma tam na wsi niewielką działalność gospodarczą.... To jest jego świat, gdy wraca do domu oczekuje "usługiwania" (jego słowa) - podać mu jedzenie nawet jeśliby to miała być tylko kanapka to ja ją muszę zrobić i podać na talerzyku, potem posprzątać po nim, potem podać mu ewentualnie czystą bieliznę bo on idzie pod prysznic, a potem w nocy pokazać jak bardzo go kocham ....
Wiem, że ten związek mnie niszczy i coraz mniej we mnie nadzieji, wczoraj przypadkiem w nocy usłyszałam jak mój mąż pijąc piwo ze swoim znajomym skarżył się na mnie i przeżyłam szok, nie myślałam że mówi o mnie do obcych w ten sposób, nieprawdę, o sobie natomiast nic, on jest tylko pokrzywdzonym przeze mnie bo ja ograniczm mu wolność, (bo np chcę, żeby poszedł z synem do dentysty)... nawet nie nazwał mnie po imieniu, tylko przezwiska i przekleństwa, zupełnie bez szacunku.... Nie podejrzewałam go o takie przedstawianie mnie wobec obcych, a to chyba daje mi dodatkowy argument za tym aby z tym skończyć.....

12 926

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Marta39 napisał/a:

Marta39 napisał:
Dziękuję Wam za odpowiedź w mojej sytuacji... Pięknie piszesz Zazdrość i bardzo mądrze... Ja to wszystko niby wiem, ale tak trudno podjąć decyzję..
Gdy pierwszy raz mnie uderzył, przepraszał na kolanach    i tak jeszcze kilka lat, jakoś nie miałam serca nie wybaczyć, tym bardziej, że były też dość długie okresy gdy było dobrze miedzy nami... Potem przyszły dzieci więc było jeszcze trudniej podjąć decyzję o rozstaniu.  Po prostu tak w tym wszystkim trwałam i ... miałam nadzieję. Dziś wiem, że to nie było dobre dla nikogo z nas.

Teraz jest coraz gorzej, on już nawet nie przeprasza, wszystko jest moją winą, czasami słowo pozornie nic nie znaczące może rozpętać piekło, wystarczy "byle co"... Nie widzę w nim najmniejszej dobrej woli aby się jakoś dogadać, porozmawiać, coś postanowić, pracować nad sobą.... Wydaje mi się, że dla niego to byłby jakiś dyshonor gdyby on poszedł na jakieś ustępstwa dla dobra nas, że im bardziej upokarza i niszczy żonę tym bardziej jest mężczyzną (baba mu nie będzie rządzić)  I chyba coraz bardziej dojrzewam do tego aby się rozstać...
Tylko to nie takie proste, mieszkamy w domu wspólnie pobudowanym , ale mój mąż twierdzi ze to tylko jego dom i jeśli już, to właśnie  ja mam się  z niego wynieść mimo, że gdybyśmy się rozstali on zamieszkałby z rodzicami na wsi (wygania mnie systematycznie, a gdy wyjdę nie chce mnie wpuścić z powrotem do domu). Nie ma opcji, że to on nas zostawi bo nawet gdy się odgrażał, że nigdy więcej nie przyjedzie to zawsze wracał po kilku tygodniach gotowy do tego aby "być przeproszonym". Ja dla świętego spokoju starałam się swoim zachowaniem łagodzić sytuacje...
Wiem, że powinnam się od niego wynieść, może wynająć mieszkanie.... I sama nie wiem co mnie przy nim trzyma...
Może te nieliczne dobre chwile spędzone z nim razem i nadzieja na to, że jednak może być inny, może być inaczej ?
Może niemożność pogodzenia się z tym, że małżeństwo i rodzina mi się nie udali, a to chyba jednak było dla mnie najważniejsze w moim życiu...
Może inne strachy, jak napisałaś Zazdrość, nie wiem.
Wiem że moje obecne życie jakie prowadzę  jest wbrew logice. Tak nie powinno być....

Póki co, uczę się być obojętna na niego pod jednym dachem, on i tak zawsze żył życiem swoich rodziców, nigdy za bardzo nie interesowało go życie jego własnej rodziny, więc jemu to pasuje. Nie pytam, nie musi mi opowiadać, robi co chce a ja nie ingeruję (staram się). Wszelkie obowiązki należą do mnie, łącznie z "obsługą" jego osoby (pranie, gotowanie itp.). On również nie pyta mnie o nic...

Tymczasem postanawiam  czytać to forum i nabierać mądrości, myślę, że będzie mi trochę lżej. Dziękuję, że jesteście.

Troszeńkę nienormalne takie życie Marto, jesli można tak powiedzieć, bo czy wiemy co powinno być normalne, co jest normalne? Wszak każdy z nas widzi wszystko inaczej, ma inne odczucia wskutek jakichś wydarzeń. Jedno nie ulega wątpliwości, ten związek Cię niszczy i nic Ci nie daje. Nie daj się pozbawiać godności. Jeśli dom jest wspólny, jesteś tam zameldowana nie ma możliwości aby Cię nie wpuszczał czy wyganiał. Po sobie wiem, że prawo jest prawem, a realia realiami, ale sporo rzeczy da się wyegzekwować. Byle się nie bać. Nie trzymać ręakmi i nogami związku, który jest związkiem, ale chyba tylko z całym szacunkiem pasożytniczym. A czego on od Ciebie chce, pan i władca?

On chce robić na co ma ochotę, a ja mam się nie wtrącać i przyklaskiwać jego poczynaniom..... I nie wyskakiwać z tekstem, że przecież ma rodzinę i jakieś obowiązki z tym związane...
Zwykle to jest tak, że jedzie rano na wieś i wraca średnio o 21.00. Czsami nie wraca.... Na "jego głowie" jest gospodarstwo (niewielkie) rodziców, ich wyimaginowane choroby, wymyślone po to żeby  nim manipulować .... (podczas gdy sam jest poważnie chory, ma rentę od 22 roku życia i zupełnie o siebie nie dba bo przecież chorzy są rodzice), wszelkie naprawy i remonty w domu no i oprócz tego ma tam na wsi niewielką działalność gospodarczą.... To jest jego świat, gdy wraca do domu oczekuje "usługiwania" (jego słowa) - podać mu jedzenie nawet jeśliby to miała być tylko kanapka to ja ją muszę zrobić i podać na talerzyku, potem posprzątać po nim, potem podać mu ewentualnie czystą bieliznę bo on idzie pod prysznic, a potem w nocy pokazać jak bardzo go kocham ....
Wiem, że ten związek mnie niszczy i coraz mniej we mnie nadzieji, wczoraj przypadkiem w nocy usłyszałam jak mój mąż pijąc piwo ze swoim znajomym skarżył się na mnie i przeżyłam szok, nie myślałam że mówi o mnie do obcych w ten sposób, nieprawdę, o sobie natomiast nic, on jest tylko pokrzywdzonym przeze mnie bo ja ograniczm mu wolność, (bo np chcę, żeby poszedł z synem do dentysty)... nawet nie nazwał mnie po imieniu, tylko przezwiska i przekleństwa, zupełnie bez szacunku.... Nie podejrzewałam go o takie przedstawianie mnie wobec obcych, a to chyba daje mi dodatkowy argument za tym aby z tym skończyć.....

czyli toksyczni rodzice,uzalezniny synus ktory nie widzi wartosci zwiazku,wiesz tez tak mnialam tylko ze ja na kazde leeeeeee czyli krzyk biednej mamusi wysylalam meza a on lecial nawet w srodku nocy ,w nagrode uslyszalam jakim on jest skurwysynem a ja jestem psychicznie chora i debil osiol , czy skonczyc zwiazek do tego chyba trzeba dorosnac,sama siedze w zwiazku nie takowym co mam ci doradzac,przykro mi ze malo sie chyba liczycie dla niego.

12 927

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Anstawia napisał/a:
Wielokropek napisał/a:

Anstawio,
to jest baaaaaaardzo na temat.
Zastanów się, co myślisz i co czujesz w obecności tych pewnych siebie ludzi. Co znaczy to "robię się malutka"?

Standardowo, myślę sobie "ale jestem głupia, beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nic nie potrafię,znowu zawaliłam". Może nie wszystko na raz, ale takie myśli mam wtedy w głowie. Przede wszystkim czuję się głupia i mało inteligentna, i beznadziejna...

no patrz a ja cie lubie taka jaka jestes , pewnie wynioslas przyklady z domu rodzinnego ,ty taka siaka i itd

12 928

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
hm... napisał/a:

Ja znam te doły. I zastanawiam się wtedy a dlaczego mam dobrze mysleć i po co? Bo to żaden problem pogrążać się. Dziwi mnie wtedy wręcz kiedy ktoś widzi same pozytywy, myśli dobrze i biorę pod rozwagę czy wogóle istnieją takie osoby, które myślą dobrze w takich sytuacjach. Być możę są takie osoby i nigdy nie pozwolą na to, żeby być w takiej sytuacji. Być możę tylko osoby ze skłonnością do takich myśli i takich zachowań znajdują się w takich sytuacjach.
Dlaczego dobrze myśleć, WIelokropku, dlaczego?
Czy wtedy będziemy umieć podjąć dobrą dla siebie decyzję, jeśli nie wierzymy, że się uda, żę coś się zmieni?

Bo trudno znaleźć sens jeśli nie jest dobrze. Być może sprawy docierają wtedy tak daleko, że nie potrafimy sobie dać z nimi rady, a jedyne co umiemy wtedy zrobić to zamartwiać się i dołować.
Ja czasem czuję się jakbym była rozdarta między dwoma światami. W jednym smutnym, który chcąc nie chcąc odwiedzam czasem jestem przygnębiona i w nic nie wierzę. W drugim natomiast świeci słońce i jest sporo optymizmu, są plany, dobre nastawienie i ciepłe myśli. Jest też udowodniona naukowo wiedza, że każdy człowiek potrafi, tylko musi chcieć, że cokolwiek chce zrobić i w jakich okolicznościach żyje to jest jego wybór.

Odwrócę pytanie do mnie skierowane.

Dlaczego lepiej jest myśleć negatywnie?
Myślenie negatywne daje siłę?
Dodaje pewności siebie?
Podsuwa rozwiązania trudnej sytuacji?
Uskrzydla?
Poprawia samopoczucie?
Nie, nie, nie, nie, nie.

To po co "uprawiać" taki sposób myślenia? Jakie korzyści takie myślenie przynosi?
Ano, spore. Zaraz przeczytam słowa zaprzeczenia, oburzenia na moje niezrozumienie ciężkiej doli.
Jakie to korzyści? Bardzo duże wsparcie społeczne, słowa uznania, szacunku dla osoby z taką godnością znoszącej ciężką dolę, podziwu dla jej wytrzymałości, siły i cierpliwości. To mało? Powiem więcej, im bardziej dana osoba mówi o swym ciężkim losie, im bardziej jest nieszczęśliwą, tym więcej dostaje od innych gratyfikacji, tym bardziej inne osoby poświęcają jej uwagę.

A czy osoba, która zaciśnie zęby, "stanie" na nogi, będzie myślała optymistycznie (co nie znaczy nierealnie) tak duże wsparcie od innych osób otrzyma? Nie; chwila podziwu i koniec, temat jej osoby nie istnieje, bo przecież ma się dobrze, żadnego wsparcia nie potrzebuje. Przecież RADZI SOBIE.

Mając do wyboru konsekwencje tych dwóch sytuacji wiele osób wybiera to pierwsze rozwiązanie.
Poza tym kkzb do "szczęścia" potrzebuje być nieszczęśliwą. Była nieszczęśliwa w toksycznym związku, gratyfikacje od innych "po zbójcu" otrzymywała. Teraz jest nieszczęśliwa, bo toksyczny związek się skończył i musi sama być odpowiedzialna za siebie i swe wybory. Kiedyś myślałam, że jest to zmiana jednego uzależnienia na drugie. Teraz, bardziej, skłaniam się do myśli, że jest to jedno i to samo uzależnienie: od bycia nieszczęśliwą.

I nigdy nie namawiałam do nierealnego spostrzegania rzeczywistości, do zauważania wyłącznie zalet danej sytuacji, do hurraoptymizmu.
Sporo osób zastanawia się nad przeszkodami, które utrudnią/uniemożliwią im dokonanie zmian. Tymczasem ja namawiałam i namawiam do udzielenia sobie odpowiedzi na pytanie "Co mogę zrobić, by swą sytuację zmienić?" i szukania sposobów na życie szczęśliwe. To ta sam szklanka, zawsze napełniona w połowie, tylko różne osoby na co innego zwracają swą uwagę: jedni na to, ile im brakuje, drudzy na to, ile mają. I do każdej z nas/każdego z nas zależy to, do czego przywiążemy większą uwagę: do braków, czy do możliwości.





***
By nie być posądzoną o brak serca.
Rozumiem, że każdy od czasu do czasu ma jakiś dół.
Ale z dołem permanentnym, zwanym depresją, też można coś zrobić. Można ją leczyć.

A nie jest tak, że rozmawiamy z wieloma osobami bo chcemy wiedzieć co one by zrobiły, bo nie potrafimy sobie pomóc?
Są osoby, które nie widzą zupełnie nic dobrego Wielokropku, nic a nic. I to jest problem.
A kiedy myślę dobrze i to i tak nie przynosi rezultatów, kiedy się staram i zapieram i i tak nie wychodzi, mam wierzyć, że w końcu wyjdzie jeśli sto poprzednich razy się nie udało. Jak wierzyć?

12 929

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

A nie jest tak, że rozmawiamy z wieloma osobami bo chcemy wiedzieć co one by zrobiły, bo nie potrafimy sobie pomóc?
Są osoby, które nie widzą zupełnie nic dobrego Wielokropku, nic a nic. I to jest problem.
A kiedy myślę dobrze i to i tak nie przynosi rezultatów, kiedy się staram i zapieram i i tak nie wychodzi, mam wierzyć, że w końcu wyjdzie jeśli sto poprzednich razy się nie udało. Jak wierzyć?

Nigdy nie protestowałam przeciwko "pożyczaniu rozumu". smile

Wiem, że są osoby, które nigdy nie widzą niczego dobrego. Ale czy jest to problem? I czyj? Jeśli ich, i chcą uporać się z nim, to mogą ten swój sposób widzenia świata zmienić. Ale przymusu nie ma. Powtarzam po raz kolejny: nie ma obowiązku bycia szczęśliwym.

Jak wierzyć?
Wierzyć.
Może, skoro do tej pory stosowane metody nie dały spodziewanego rezultatu, pora na zmianę sposobu postępowania?

12 930

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:
hm... napisał/a:

A nie jest tak, że rozmawiamy z wieloma osobami bo chcemy wiedzieć co one by zrobiły, bo nie potrafimy sobie pomóc?
Są osoby, które nie widzą zupełnie nic dobrego Wielokropku, nic a nic. I to jest problem.
A kiedy myślę dobrze i to i tak nie przynosi rezultatów, kiedy się staram i zapieram i i tak nie wychodzi, mam wierzyć, że w końcu wyjdzie jeśli sto poprzednich razy się nie udało. Jak wierzyć?

Nigdy nie protestowałam przeciwko "pożyczaniu rozumu". smile

Wiem, że są osoby, które nigdy nie widzą niczego dobrego. Ale czy jest to problem? I czyj? Jeśli ich, i chcą uporać się z nim, to mogą ten swój sposób widzenia świata zmienić. Ale przymusu nie ma. Powtarzam po raz kolejny: nie ma obowiązku bycia szczęśliwym.

Jak wierzyć?
Wierzyć.
Może, skoro do tej pory stosowane metody nie dały spodziewanego rezultatu, pora na zmianę sposobu postępowania?

Chcą Wielokropku, ale nie potrafią, bo nie wierzą. Beznadzieja. Nic z tego nie rozumiem.
Wiesz co w ludziach podziwiam. Założony cel i dązenie do niego, bez przeszkód, bez zatsnawiania się nawet czy się uda czy nie.

12 931

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

hm... zaczynam Cię rozumieć. I ja jestem w trakcie pracy nad zmianą myślenia od kilku tyg, jak i nie m-cy. Znam techniki, ćwiczenia, sposoby. Ale przychodzą sytuacje, które mnie zupełnie na maksa dołują. I dzisiaj się okazało, po poście Wielokropka, że moje myśli nadal są takie same, a ja sobie nie zdaję z tego sprawy. Doszukuję się problemu nie tam gdzie potrzeba. I wkurza mnie to, bo wałkuję ten temat na terapii, a on wciąż wychodzi.
Ja mam tak,że mówię ludziom z czym/kim mam problem. Ludzie mówią mi żebym spojrzała na to z innej strony, dają przykłady, mówią mi,że jest inaczej niż myślę. A ja ich słucham i wniosków nie wyciągam...

12 932

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

A dlaczego nie wyciągasz wniosków?

12 933

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

A jeśli mimo zmian myślenia nic a nic się nie zmienia. Jeśli na nic nie mamy wpływu?

Aby pokochać siebie psycholodzy radzą, żeby codziennie np. rano stanąć przed lustrem i mówić sobie :lubię siebie, jestem zdolna, piękna, ....
Najpierw nie możesz przed tym lustrem stanąć i normalnie na siebie spojrzeć, bo patrzeć na siebie nie możesz, potem stajesz i mówisz te rzeczy, i mówisz i sama się z siebie śmiejesz jakie to głupie. Psycholog wychodzi s siebie, na co taka durna terapia?

12 934

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Chcą Wielokropku, ale nie potrafią, bo nie wierzą. Beznadzieja. Nic z tego nie rozumiem.
Wiesz co w ludziach podziwiam. Założony cel i dązenie do niego, bez przeszkód, bez zatsnawiania się nawet czy się uda czy nie.

Czego nie potrafią? W co nie wierzą?

Zapewniam Cię, że Ci beztroscy z pozoru ludzie, zastanawiają się nad efektem swych działań, że te działania planują. Tyle tylko, że po niepowodzeniu zastanawiają się, gdzie popełnili błąd i myślą nad tym, co mogą zrobić, by go nie powtórzyć. Jednym słowem, uczą się.

A chwile zwątpienia, niepewności, są znane każdemu.

12 935

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Wielokropek napisał/a:

A dlaczego nie wyciągasz wniosków?

Jedyny wniosek jest taki, że cokolwiek nie zrobię i tak jest d..a.

Posty [ 12 871 do 12 935 z 26 310 ]

Strony Poprzednia 1 … 197 198 199 200 201 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026