ankinom napisał/a:To nie zupełnie tak: chciałam zobaczyć, czy on coś wyciągnął z tej naszej ponad rocznej awantury. Wniosek jeden: nie kocha, ale dopiero niedawno to do mnie dotarło. Zofio sama pisałaś, że niby wiedziałaś, że zdradza, nie kocha, ale jednak codziennie temu zaprzeczałaś... do pewnego momentu....
Nie zaprzeczałam Ankinom, nie zaprzeczałam. Jeszcze innych musiałam przekonywać i dowody pokazywać. Drań wmawiał wszystkim, że mam obsesje...nawet 256 sms-ów wysłanych przez niego, nie przekonywało znajomych o moich racjach. Mówiono mi, przeeesaaadzasz, oni razem pracują i tylko żartują - w pracy tak się żartuje. Żarty ?! Tak, wmówił im, że to żarty i że w pracy to normalka. Mnie nie zdołał przekonać..... Chciałam rozstania. W swoje gierki zaczął też wciągać dzieci. Manipulacja i przemoc psychiczna, ale i czułość, pocałunki, przytulanie i seks. CHCIAŁAM być tą jedyną...wiedziałam, że nie jestem i ta świadomość mnie zadręczała. Poniżanie i kolejne jego przytulanie....siedziałam na diabelskim młynie i nie miałam wsparcia, znajomi patrzyli na mnie dziwnie...wolałam ich unikać. Były chwile, że wątpiłam w zdrowe zmysły....zadawałam sobie pytanie, a może mi się tylko wydaje, może przesadzam. Sprawdzałam jego telefon by potwierdzić jego niewinność a nie winę! W obsłudze telefonów doszłam do perfekcji
. Za każdym razem kiedy prosiłam o bilingi dostawałam je i moc dowodów na kontakty z tą kobietą. Zmieniała ona 5 razy numer a ja i tak ustalałam jaki ma obecnie. Zmęczyłam się takim życiem...
Zostało mi złapanie go za rękę i zrobiłam to. Nie pozwoliłam na żadne tłumaczenia. Zażądałam kluczy i zakazałam przekroczenia progu domu. Wiedział, że gotowa byłam na wszystko.
ankinom napisał/a:tak właśnie było: on zadowolony, ja apatyczna, ja ten smutek odniosłam tylko i wyłącznie do ostatniego "eksperymentu", podskórnie wiedziałam, że to nie może się udać i tylko dlatego nie zasmuciło, szanse dałam ? dałam, nie wyszło nie mam już nic sobie do zarzucenia w tym temacie, no ale jeżeli chodzi o cały nasz związek to jest mi mega smutno, że nie przetrwał, tak ja i Tobie i wielu nam podobnych....
Mnie nie jest smutno
.
Miałam tak dosyć drania. Obrzydził mi życie...umęczył....Chciałam go złapać, by nie mógł już zaprzeczać, chciałam też wiedzieć jakie ma plany wobec mnie a podejrzewałam, Ankinom, straszne rzeczy podejrzewałam. Po szpitalu kiedy ZIGNOROWAŁ moje słowa, " nie chcę z tobą być, czuję, że jesteś dla mnie zagrożeniem", nabierałam pewności, że planuje.... wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale mój mąż chciał mojej śmierci. Wiedział wcześniej, że nie radzę sobie...nie ukrywałam przed nim, że ta cała jego "zabawa" pogrąża mnie w beznadziei. Byłam apatyczna,zrezygnowana, nieszczęśliwa a on robił swoje. Awantury, poniżanie i znowu przytulanie. Po jego słowach, "trzeba było zrobić to skutecznie" (a mówił o mojej próbie samobójczej) chciałam dowiedzieć się jakie ma plany.....ale kiedy potwierdziłam kochankę, nie dałam rady udawać. Mogłam domyślać się dlaczego chce mojej śmierci.
Udowodniłam też tym, co za jego uczciwość ręce dawali, że oszustowi wiarę dali i zgubili zdrowy rozsądek.
W milczeniu i strachem w oczach oddawał klucze. Cienia wątpliwości nie miałam, że dobrze robię, ale bolało.
Kiedy przeczytałam opis psychopaty....kochać go przestałam w jedną sekundę. Poczułam nie tylko do niego, ale i do siebie obrzydzenie. Podnosiłam się długo z traumy świadomości jego charakteropatii i swojej ślepoty, głupoty.
Nie jest mi smutno Ankinom. Uczę się życia bez zaburzonego faceta, ale z konsekwencjami jego poczynań. Potrzebna mi była siła, którą tu na forum dostałam i nie było łatwo ją brać... .Już nie jestem smutnym człowiekiem, zaszczutym w rozpacz, beznadzieję, w powinnam, muszę. Dzisiaj dziwić się mogę innym, dlaczego nie uśmiechają się. Jestem silniejsza i odporniejsza psychicznie. Znajduję radość z rzeczy, które wcześniej radości mi nie dawały. Musiałam nauczyć siebie wiele od nowa, dać przyzwolenie na to, co wcześniej uważałam za marne, niemoralne, niedobre, niepoprawne.
ankinom napisał/a:Mój mózg doskonale rozpoznaje co jest dobre, a co złe i pewnie, że można się przyzwyczaić do swego życia i bólu jakie niesie, ale gdyby tak było to raczej mnie by tutaj nie było, bo przecież wszystko jest ok, no nie? A g**wno prawda, moje życie to jedna wielka porażka, nieświadomie pozwoliłam sobie wejść na głowę, dzisiaj za to płace wysoką cenę - Nie Zofio, już nie godzę się na to dawne życie. Nie wiesz jak wyglądają u mnie dni, nie widzisz nas kiedy się nie odzywamy, są krótkie zdania dotyczące dzieci, razem nie wychodzimy, nie śpimy i nie uśmiechamy, a rok temu było inaczej, pozory dobrego małżeństwa, on udawał, że kocha, ja udawałam, że wierzę, nic nie pozostało po tamtych dniach, nic poza złym smakiem, jak po wyzutej gumie, wypluć i wziąć nową...
Nie zrozumiałaś mnie Ankinom. Nie chodziło mi o to, że nasz mózg nie rozróżnia co dobre a co złe. Chodziło mi o to, że nasz mózg przyzwyczaja się np. do złych zachowań jak awantury. Na pierwszą, łagodną reagujemy, ale na kolejną już mniej i kolejna już nie robi na nas takiego wrażenia a potem tolerujemy nawet te najgorsze. Kiedy dowiadujemy się o zdradzie męża przeżywamy szok, a potem tolerujemy jego nieodbierane telefony, znikanie z domu.
Można Ankinom przyzwyczaić się do wszystkiego a nawet uzależnić.
Piszesz, że nie widzę waszego życia, waszego milczenia, mijania się, obojętności. Powiem Ci, że nie chciałabym nawet wyobrazić sobie takiego życia. Lubię być szczęśliwa a na mnie takie zachowania jak lekceważenie, obojętność, chłód partnera działają depresyjnie. Lubię mówić nawet swoim dzieciom, że je kocham, lubię się do nich przytulać, żartować i się śmiać z nimi. Lubię kiedy one mi okazują miłość, przyjaźń, gdy okazują że są szczęśliwe i uśmiechnięte.
Pozory....znam to na pamięć...a te odczucia, o których piszesz, także nie są mi obce.
ankinom napisał/a:no cóż walczę o siebie tym co mam - mieszkam z nim, ale jak z sublokatorem, pewnie, że wolałabym, mieszkać sama, łatwej było by uwierzyć, że jestem o krok do przodu, zresztą tu nie chodzi o to, kto w co wierzy, ja wiem, co czuję i jak dalej pokierować swoim życiem, mam świadomość, że mój związek był zły...
No cóż pewnie powinnam rzucać gromami w męża, że zmarnował mi życie, ale halo gdzie ja wtedy byłam? Otóż obok i sama tworzyłam rzeczywistość wokół siebie, to ja sama pozwoliłam na takie traktowanie, to ja nie reagowałam na ostre słowa, kłamstwa, to ja robiłam wszystko by jego zadowolić, wbrew sobie , czy to on był niedobry? Nie, on chciał mieć idealną żonę, co w tym złego? Nic, tylko, że problem w tym, że ja nią nie umiałam być i powinnam odejść, wiedząc, że nie jestem akceptowana taka jaka byłam. Wiele ludzi łączy się w pary myśląc, że człowiek to plastelina łatwa w obróbce, otóż drogie panie i panowie, nie robi się eksperymentów na żywym organizmie. A żeby nie było, że jego wybielam, to powiem tak: nie miał prawa na mnie krzyczeć, obrażać i okłamywać, bo zupełnie sobie na to nie zasłużyłam i wymagać ode mnie rzeczy sprzecznych z moją naturą, nie odpowiadam? to też powinien odejść - no i odszedł, no może nie zupełnie, bo okazało się ,że logistycznie jest to dość trudne - finanse. Wierz mi Zosiu, obydwoje się męczymy w tym układzie, bo obydwoje nie chcemy już być ze sobą. W Twoim przypadku mąż, choć zdradzał, to raczej nie kwapił się do wyprowadzki, prawda? To Ty i Twoja siła walki o lepsze jutro wyrzuciła jego z domu, no i co tu kryć on dał się wyrzucić, ja próbowałam? jedyne rozwiązanie to moje wyjście?.
Nie mnie oceniać Ciebie, czy mówić Ci co powinnaś, czego Ci nie wolno, nie po to jesteśmy tu na Forum. To jest Twoje życie i Twoje wybory. Ja uszanuję Twoją szczerość i każdą decyzję. Mam prawo jednak napisać co czuję po Twoich słowach... .
Robi się eksperymenty by poprawić swoją jakość życia, natomiast nie mamy prawa myśleć, że kogoś zmienimy, bo nie zmienimy. Tak, oboje jesteście kowalami swego losu. Tylko on ma wygodne życie. Ma dom i SPOKOJNĄ żonę (już odpuściła sobie walkę o zmiany). Obiad, sprzątnięte i seks i nie wierzę w to, że od czasu do czasu nie dopadniecie do siebie (:D). Ma też przyzwolenie żony na korzystanie z życia "wolnego strzelca".
Tak, mój mąż nie kwapił się do wyprowadzki a jeśli wyprowadził się (jeden raz), albo został wyproszony (jeden raz a kolejny to było już wyrzucenie), to wracał. Kiedy go wyrzucałam nie myślałam już o przyszłości, finansach, gotowa byłam wszystko stracić by pozbyć się gada i jak pisałam już wcześniej, moja determinacja była ogromna i on wiedział, że szans nie ma. Ja już nie dałam mu prawa głosu, nie interesowało mnie co ma do powiedzenia. Nie po to pojechałam do niego by go słuchać ! Usłyszał słowa potwierdzające dowody i " nie masz prawa przekroczyć progu domu". Odebrałam klucze i odjechałam. Zapomniałam nawet, że mam tylko 10 zł w portfelu....przeżyłam z dziećmi za to weekend a w poniedziałek pojechałam po pierwsze alimenty - tak właśnie nazwałam swoje żądanie o pieniądze.
Ankinom to nie była moja siła walki o lepsze życie - o to walczyłam przez 3 lata. To było ratowanie życia ! Całe to udowodnianie dawało mi przyzwolenie samej sobie na stanowczość działania (ale najpierw na potwierdzenie PRZYPUSZCZEŃ)
i zakazanie mu sprowadzania mnie na dno, na które mnie już raz sprowadził.
Można więc odejść od męża skutecznie lub skutecznie go wyrzucić z życia
ankinom napisał/a:Źle przedstawiłam słowa wybaczam - nie wybaczyłam na zasadzie i teraz będziemy mieszkać razem długo i szczęśliwie. Wybaczyłam, to, że się pogubił i nie miał dość odwagi odejść, wybaczyłam tę jego naiwność, że uda się jemu mnie zmienić, wybaczyłam wiarę, że może uda nam się wspólnie stworzyć dom rodzinny, wybaczyłam, że przywiązanie uważał za miłość, wybaczyłam, że nie umie kochać, wybaczyłam, że nie potrafi stworzyć rodziny.
Nie wybaczę zdrad emocjonalnych. Uważam, że najpierw powinien zakończyć związek ze mną ,nie wybaczę słów: z nią chcę spróbować zbudować szczęście i że uczucia do niej są silniejsze?.
Sobie wybaczam, że nie miałam odwagi odejść, wybaczam sobie, że nie zaznaczyłam swojej odrębności, wybaczam sobie, że winiłam siebie, za jego złe mnie traktowanie, wybaczam sobie, że próbowałam zmienić się w innego człowieka, wybaczam sobie, że nie doceniałam swojej indywidualności, wybaczam sobie wiarę, że wystarczy tylko moja miłość, wybaczam sobie, że wierzyłam w jego miłość, kiedy czyny świadczyły o czym zupełnie przeciwnym, wybaczam sobie naiwność, że dzieci pomogą nam stworzyć rodzinne ognisko?
nie wybaczę sobie, że nie potrafię wybaczyć jego zdrady?
Wybaczam - to tylko słowo. Można je powiedzieć i właściwie nic się nie dzieje. No nie, nie tak, dzieje się. Po tym słowie ulgę ma osoba, która je słyszy, a osoba, która je mówi, żadnej ulgi nie czuje. Wybaczanie to cały proces. To zrozumienie i zapomnienie i dzieje się to na przestrzeni dłuuugiego czasu. Nie ma tak, że pstryk i wybaczone. Mylimy czasem wybaczenie z zapomnieniem, z przywyknięciem do sytuacji. Wybaczyć jest trudno.....wydaje mi się.....nie jestem pewna czy w chwili śmierci nie wrócę z niesmakiem do swoich przeżyć i gada nie będę przeklinać 
ankinom napisał/a:Ostatnie zdanie zostawiłaś bez komentarza, to również oddaje obraz w jakim żyje związku, jak z nieobecnym sublokatorem. Chociaż z drugiej o niczym nie świadczy. Czy jak byłaś chora to mąż był przy Tobie, czy raczej był w pracy, no bez jaj nikt nie bierze wolnego, bo żona ma katar 
Buziaki, czuję się lepiej ...
aha mój sublokator przywiózł mi wczoraj aspirynę 
Uściskaj sublokatora i ode mnie i podziękuj za zainteresowanie i nie mówię tego złośliwie. Miły jest, że jednak okazuje Ci serce.
Mocno Cię przytulam 
I jeszcze jedno. W czasie pisania tego postu słyszałam piosenkę zespołu "Feel" i zapamiętałam słowa :
"Pokaż na co Cię stać, ale nie jeden raz.
Piękne słowa może powiedzą Ci wszystko, ale nie zmienią nic"
Po znalezieniu całej piosenki i jej słów
dedykuję Ci ją
Wczytaj się
WARTO !!! 
http://www.tekstowo.pl/piosenka,feel,no_pokaz_na_co_cie_stac.html