zofia282 napisał/a:Brakuje mi Cię Ankinom.
Wiem , że czytasz ten wątek.
Nie chowaj się , odezwij!
Wiem , że poddałaś się, nie walczysz o siebie, ale jak pisze Wielokropek szczęście nie jest obowiązkowe.
Myślę o Tobie i martwię się!
Napisz co u Ciebie, proszę.
Zofiu/OlU (jak moja córcia) Kochana, ja się nie poddałam. Nie piszę bo jestem taka... spokojniejsza. Nie wiem, czy nie za wcześnie, ale chyba "zdrowieje", coraz bardziej otwieram oczy.
Zrobiłam mały eksperyment. Dałam nam "szansę", choć wiedziałam, że pewnych rzeczy nie zmienię, nie usłyszę kocham i nie otrzymam ich dowodów. Kilka tygodni względny spokój, prawie zero awantur, zajmowałam się osobą, dziećmi i mężem. Codziennie wmawiałam sobie, że jest ok, potrzebujemy czasu, no przecież rok walki, szarpaniny, awantur nie da się zapomnieć w tydzień, niby logiczne?
Efekt eksperymentu? No znacie
Mój mąż bardzo zadowolony, ten upragniony święty spokój, ugotowane i wszystko cacy, tylko jakoś tak mój entuzjazm przygasał : kiedy potrzebowałam jego wsparcia to słyszałam: nawarzyłaś sobie piwa to sama sobie radź, pojawiły się kłamstwa w tak błahych sprawach, że zdumiewało mnie to bardzo, kiedy proponowałam wyjście, zawsze miał coś pilonego do zrobienia, np. oglądał telewizję, kiedy chciałam gdzieś pojechać z dziećmi, no wiecie tak rodzinnie, żeby dzieci poczuły, że mają dwoje rodziców, to odmawiał, a kiedy zwróciłam uwagę, to zabierał dzieci... i jechał tylko z nimi, rozmawiając z nim czułam się, że on czuje, że jego kontroluje, że szpieguję, oj dużo wymieniać, nie w tym rzecz, zrozumiałam, to co czego Liwia, nie potrafi zrozumieć : ON NIE CHCE Z NAMI BYĆ, tym bardziej gdy sam z siebie musiałby coś w zamian dać, ON CHCE ŚWIĘTEGO SPOKOJU, SEKSU I PORZĄDKU.
Ale najlepsze jest to, że wcale mnie to nie zasmuciło, byłam na to przygotowana....
Wczoraj, kiedy czytałam jedną z tych mądrych książek, uzmysłowiłam sobie, że ogromnie się cieszę, że dzisiaj nie przeżywam tych okropnych uczuć co rok temu, już tak nie boli...
Wielokropku: dałam czas czasowi - zadziałało!
Jasne nadal czuję:
- gniew, że chciał mnie zostawić dla kobiety, której nie znał, że innej mówił to co miało być zarezerwowane dla mnie
- złość, że muszę zaczynać od nowa, że musiałam tak cierpieć,
- smutek, że pewne marzenia się nie spełnią, no i co tu oszukiwać, że dzieci będą wychowywać się w rozbitej rodzinie
- żal, że nie spełniłam jego oczekiwań, że nie zaakceptował mnie takiej jaka jestem
Ale te uczucia są słabsze, panuje już nad nimi, nie powodują wybuchów niekontrolowanej wściekłości, która tylko mnie wypalała, zaakceptowała je....myślę, że już zawsze będą ze mną, ale ważne by wykorzystywać je dla budowania zdrowszych i mocniejszych relacji. Już nie chcę by ON mnie kochał, ja chce być kochana, a to pierwszy stopień wyzbycia się uzależnienia.
Wczoraj w kościele, ksiądz powiedział, że powinniśmy wybaczyć naszym winowajcom i wiecie co wybaczam jemu i sobie. Źle postąpił, że ożenił się ze mną choć nie o takiej kobiecie marzył, ale miał nadzieje, że się zmienię, a ja też nie jestem bez winy, widziałam, jak mnie traktuje, nigdy nie postawiłam granic, godziłam się na brak szacunku, może za mało się starałam? a może po prostu nie dobraliśmy się, inne temperamenty, inne wartości, inne spojrzenie na świat. Szkoda tylko, że tak długo z tym zwlekaliśmy i co gorsze wcale nie zanosi się, że on się wyprowadzi....
Jestem pewna, że już nie kocham i że nie chcę z nim być i nie boje się być sama, wiem, że dam sobie radę, nie czuję już tego ubezwłasnowolniającego strachu - choć nadal jestem bez pracy. Pełną swobodę poczuję tylko wtedy gdy zamknie za sobą drzwi....
ps. znikam pod kołdrę bo chora jestem i okropny katar mnie męczy, a nie ma komu herbatki zrobić, ot życie sama poczłapię się do kuchni 