Cześć dziewczyny,
Strasznie tu ostatnio smutno i nerwowo. Postanowiłam, że wrzucę od siebie parę słów o tym, jak u mnie wyglądał początek drogi, może którejś z Was to pomoże. Widzę, jak się miotacie, ile w Was żalu i agresji i cieszę się, że ja już mam to dawno za sobą. Teraz mam spokój...
Jak zaczęłam chodzić do psychologa i czytać, to pamiętam, jaki miał być mój 1 krok.
Bo, nie każdy związek musi się skończyć, jak mój. Najpierw trzeb otworzyć oczy i patrzeć..
Jest kilka zasad na początek, które ja sama musiałam zastosować.
1) postanowiłam, że nie ma dla mnie nic ważniejszego, niż wyzdrowienie i moje szczęście. Znalazłam grupę wsparcia, kupiłam kilkanaście książek na temat KKZB. Odtąd zaczęłam stawiać zajęcia z psycholog na 1 miejscu, nie zawsze było posprzątane, czy ugotowane, ale dla pracy nad sobą znajdywałam czas każdego dnia. Postanowiłam, że zastosuję się absolutnie od wszystkiego, byleby tylko wyjść z tego toksycznego układu i nie być wciąż tak potwornie smutna i zamyślona.
2) Oderwać się od partnera
- tzn. dać mu wolność I PATRZEĆ JAKI ON NAPRAWDĘ JEST. Nie tłumaczyć mu, co jest dobre, nie manipulwowac nim, nie przekonywać. Pamiętajcie, że oni mimo przytakiwania i tak postąpią wg swoich wartości, a nie naszych. Poznajcie ich takimi, jakimi są naprawdę, a nie takimi, jakimi chciałybyście ich widzieć.
3) Nikogo nie można zmienić, tylko samą siebie.
Ja wciąż chciałam, żeby on zrozumiał, coś robił inaczej. Działało czasem, często jednak na krótko.
Powiem Wam tak: pijak będzie tak długo czuł się ok, dopóki żona go pijanego nocą z ławki do domu przywiezie. Pomaga mu, chroni go, robi dobrze. Ale on rano budzi się w domu, w łóżku i tylko marudząca żonę widzi. Dla niego to ona jest ta zła, bo się czepia, w końcu co takiego się stało, że trochę wypił? Nic. Ale to ona go uchroniła przed konsekwencjami, załatwiła zwolnienie z pracy... I tym pomaganiem utrzymuje go przy piciu! To jest jego nałóg, jego problem, a ona robi wszystko by złagodzić konsekwencje, więc on nie odczuwa problemu aż tak bardzo.
To jest jego problem, ale dopóki ona będzie go "wybawiać" z opresji, on będzie pił i będzie dla niej coraz wredniejszy, a ona coraz bardziej sfrustrowana. Ona musi się zmienić, zmienić swoje podejście.
Załóżmy, że on się znowu upije, a ona tym razem nie pojedzie go szukać o 3 w nocy po mieście. Co się stanie, gdy rano obudzi się brudny, może nawet obsikany na ławce w parku i będzie musiał wrócić do domu w takim stanie? Zobaczą go ludzie, może nie zdąży do pracy. Tak, on poniesie trudne konsekwencje. Może gdy nie obudzi się w czystym, ciepłym domu, a na ulicy- zobaczy w końcu jak poważny ma problem?
Przekładając to na nas- nie jesteśmy w stanie zmienić ich! nie jesteśmy, bo oni takiej potrzeby nie czują. Żyje im się dobrze, łatwo, przyjemnie, a my i tak z nimi jesteśmy. Dlaczego mieliby się zmieniać? A nawet, gdy się zmienią, my i tak będziemy za miłe i wrócą te stare nawyki.
Musimy zacząć myśleć o sobie, wyznaczać granice zachowań, których nie zaakceptujemy i być konsekwentne.
Jeżeli związek jest do uratowania- uda się stworzyć coś lepszego, nie toksycznego, jeżeli nie, a tego się boimy my kobiety, to rozpadnie się natychmiast, gdy zaczniemy stawiać swoje warunki.
Ja to sprawdziłam- gdy zaczęłam otwarcie mówić o tym, czego chcę, na co jestem zła, a nawet raz nakrzyczałam na niego- szanował mnie. Niby był zły, ale chyba pociągało go to.
Nie narzekałam, a mówiłam po prostu spokojnie, ale stanowczo: " jestem zła, bo zrobiłeś to i to", " jestem smutna, bo nie podobało mi się, to co powiedziałeś" i dodawałam, proszę, żebyś tak nie robił, bo to mi przeszkadza. A jeżeli zrobisz to ponownie, będę musiała wyciągnąć z tego konsekwencje. Wiedział, że tym razem nie żartuję.
A obyło się bez oskarżeń i zarzutów.
Zmieniając siebie- zmieniamy cały świat wokół. Próbując zmienić kogoś tracimy go a przy tym cały swój blask i energię.
4) Zająć się sobą, zacząć się rozwijać-
gdy on po raz 1 powiedział mi, że nie pasujemy do siebie, mój świat runął i wtedy pomyślałam, że mogłabym umrzeć. Na niczym więcej mi nie zależało. Pracowałam dla nas, wcześniej studia robiłam z myślą o nas, prawie nie miała już koleżanek, zainteresowań. Zostałam sama. Mój sens i cel życia odszedł w tym momencie z jego słowami.
Wtedy ktoś mi powiedział, że budowałam siebie wokoło niego, teraz muszę budować siebie samą. To mi pomoże niezależnie od tego, co się stanie. Po pierwsze odkopane znajomości i zacieśnienie tych istniejących pomogły mi przetrwać chwile załamania, teraz mam ludzi, z którymi spędzam czas, nie jestem samotna, mimo, że jestem sama, straciłam męża, ale zyskałam dużo wartościowych przyjaźni, przeżyłam wiele cudnych chwil, które dały mi nadzieję, że jeszcze nie wszystko jest za mną. Chodzę na tańce, na angielski, na basen, maluję. Robię, co mogę i wiem, że bez tego tak szybko bym się z tego nie otrząsnęła.
5) Zapytać siebie czego chcę, w życiu i dążyć do zrealizowania marzeń. Ja wcześniej miałam jeden cel- rodzina i szczęśliwy związek. Pani psycholog powiedziała mi kiedyś, ze żeby nasze życie było szczęśliwe musimy rozwijać różne sfery naszego życia- przyjaźnie, pasje, prace, rozwój duchowy, dbać o zdrowie. Pochylając się tylko na jednym tracimy w życiu równowagę i to kończy się kryzysem- czy to relacji, czy też po prostu chorobą.
6) Zapytać siebie, czego chcę w związku- czy moje potrzeby są zaspokojone, jak Ja się czuję? Czy jestem szczęśliwa? Co bym powiedziała, gdyby to moja młodsza siostra, czy najlepsza koleżanka były w takim związku?
I najważniejsze pytania, po którym można poznać, czy związek ma charakter destrukcyjny, czy nie: "Czy związek sprawia, że się rozwijasz, stajesz się szczęśliwsza, doświadczasz nowych doznań? Czy też sprawia, że stajesz się przygnębiona i coraz bardziej oddzielona od życia a skupiona na związku???
7) czy z partnerem mamy wspólne priorytety i wartości? Wystarczy taki krótki teścik. *pieniądze, * praca, * zabawa, *wygląd, *rodzina, *miłość, *uczciwość, *dzieci, *znajomi.- należy każdemu wyrazowi przyznać punkty 0d 1 do 10 w zależności od tego, jak ważne jest ta wartość w Twoim/jego życiu i potem to porównać. My to zrobiliśmy u psychologa. I choć D się zapierał, że praca nie jest dla niego ważniejsza ode mnie, to wyszło jednoznacznie- praca, pieniądze, spokój- po 9 punktów, ja koledzy po 7 czy 8. rodzina 6...uczciwość 2. SKOMENTOWAĆ? chyba nie muszę.
U mnie rodzina, miłość, uczciwość 9.
Nigdy nie bylibyśmy ze sobą szczęśliwi. On czekał, aż przestanę być taka porządna, ja aż on sporządnieje.
8) Dać sobie prawo do odpoczynku i mówienia nie. Początkowo nasza zmiana nie będzie mile widziana przez otoczenia, ale na dłuższą metę inni zaczną nas bardziej doceniać i szanować, a my przestaniemy zadręczać innych wyrzutami. Sprawianie sobie przyjemności nie jest skrajnym egoizmem, a naszym obowiązkiem. Jak możemy oczekiwać, że inni nas docenią i zaczną szanować, gdy same tego nie robimy? Teściowe będą Was krytykować, gdy zamiast gotować obiad z 3 dań, usiądziecie na tarasie z filiżanką kawy, koleżanki Was obgadają, mąż się zbulwersuje... a Wy pamiętajcie, że to jest Wasze życie, że to Wy macie być szczęśliwe i tylko konsekwencja przyniesie trwałe zmiany. Masz prawo robić to, na co masz ochotę, a nie to, czego oczekują od Ciebie inni. Nie wszyscy będę Cię lubić, nawet jeżeli włożysz w to całą swoją energię. Odpuść wiec, pozwól sobie na bycie sobą.
Znajdźcie czas na odpoczynek, spokojny oddech, modlitwę, relaksacyjna kąpiel, pomalowanie paznokci, wyjście do fryzjera, czy na kawę z przyjaciółką...
Miłość potrzebuje stanowczości, każda relacja między ludzka potrzebuje wyznaczonych granic. Jeżeli nie, na głowę będę Wam wchodzić dzieci, wymagające, by im wszystko pod nos postawić, mężowie, zamykający Was w ciasnej klatce, a sami poszukujący wolności, współpracownicy, wykorzystując Waszą nieumiejętność mówienia nie dla własnych korzyści, koleżanki podrzucające Wam dzieci do opieki na tzw. "5 minut".... Nikt tego nie doceni tak,jakbyście tego pragnęły. I pozostaniecie wyczerpane i rozgoryczone.
9) Dbać o wspieranie siebie samej poprzez pozytywne komunikaty i afirmacje. Pamiętajcie, że jedyną osobą, która będzie z Wami do końca życia jesteście Wy same. Ludzie przychodzą i odchodzą, dzieci dorastają, a my jesteśmy odpowiedzialne za to, by być swoim własnym sprzymierzeńcem, swoim przyjacielem.
Życzę wszystkim odbudowania poczucia własnej wartości i wiary w lepsze jutro.
Nie będę oszukiwać, że jest łatwo- rozstanie nigdy nie są łatwe, złamane serce długo boli.
Ale jedno obiecuję- warto!
Ten spokój teraz...
W sobotę obudziłam się rano, słońce za oknem, a ja pomalutku, w swoim rytmie, nic nie muszę... Zapytałam siebie, co mam ochotę robić. I poczułam się taka WOLNA! Zza ściany słyszałam szlochy i krzyki właścicielki mojego mieszkania- kobiety w bardzo toksycznym związku.
I pomyślałam, jak to cudownie, że moje życie jest teraz takie spokojne i całkowicie wolne od tęgo lęku, od tej całej szarpaniny, tłumaczenia, proszenia, zasługiwania.