No i dostałam kopa w dupsko!
Na własne życzenie i... dobrze mi to zrobiło!
Laski, nam potrzeba jest męskich rad, nie rozdziabywania tego na n-te kawałeczki, kombinowania, tłumaczenia, jakie to skomplikowane.
W męskim świecie wszystko jest proste.
Mój brat- ten sam, który rozszyfrował psychofaga i powtarzał mi, jeszcze zanim go zostawiłam, że to on ciągnie mnie w dół i straci na tym rozstaniu, a nie ja- dziś postawił mnie do pionu.
Zadzwoniłam, że się wypłaczę, wyżalę, jak to mnie źle potraktował, a kary brak.
I jakże było moje zdziwienie, ba! nawet się zbulwersowałam, że on taki twardy w stosunku do mnie. Żadnego użalania się nade mną, szybki zimny prysznic.
I co? rozmemłana byłam od wczoraj i dół coraz większy... Przeszło w trakcie rozmowy, pozbierałam się do kupy i znowu jest dobrze, znowu mam siłę.
Powiedział mi dużo, od tego, że weszłam w zły dla siebie etap, bo jestem mściwa a to sprawia, że zawracam ku przeszłości.
Powiedział, że tu już nie o to chodzi, co on zrobił, robi i będzie robić, o to, czy mu się powiedzie, czy nie.
Jego już nie ma!
Podjęłam decyzję, wykreśliłam go z mojego życia i teraz już nie chodzi o niego, chodzi o mnie.
Nieważne, czy dostanie karę, ja myśląc o tym, karzę samą siebie, smucę się, rozpamiętuję, czuję się oszukana, zdeptana. Po co mi to?
I mam zadawać sobie pytania nie o to, czy on żałuje, nie żałuje, czy kochał i do kiedy kochał i dlaczego mu przeszło itp. Mam pytać sama siebie, jak JA teraz mogę SOBIE pomóc. Jego już nie ma, dość energii na niego.
Więc kuźwa, poprawiłam kucyki:) i lecę dalej. Dość tego goowna.
Nie dawałam się 3 miesiące, byłam przykładna, nie dam się dalej.
Zmieniam taktykę i książki.
Już wiem, że on jest narcyzem, osobą aspołeczną, ma osobowość borderline i niezezależnie od tego, czy będzie w życiu kimś, czy nikim, nie zmienia to faktu, że przy nim nigdy nie czułabym się kochana i bezpieczna. JA nie mogłabym się spełnić, I kropka. Więcej argumentacji nie trzeba.
Bezsprzecznie potraktował mnie wbrew wszelkim normom moralnym i prawnym, ale tego nie zmienię. Przeszłość jest, jaka jest i nie ja ponoszę winę.
Koniec zatem o nim, o tym jakim jest draniem.
Pora usiąść i krok po kroku zastanawiać się nad NOWĄ MNĄ. Nad tym, jak mam żyć, by czuć się dobrze sama ze sobą, jak poprawić poczucie własnej wartości, brak asertywności. Spiszę sobie poradnik dla mnie samej, nowe zasady na życie będące kompendium tego, co się przez te miesiące dowiedziałam ze wszystkich możliwych źródeł.
Punkty będą różne, od tego, że nie będę nikomu pomagać na siłę, gdy ktoś mnie o to nie poprosi, nawet w dobrej wierze; przez odpuszczanie sobie sprzątania; znajdowania czas na głupie rozrywki, a nie tylko na to, co rozsądne; po odpisywanie na smsy mężczyzn z lekkim opóźnieniem...:) Chcę zachować siebie, ale bardziej się chronić i skorzystać z tego wszystkiego stąd w życiu.
Nie mogę wciąż rozpamiętywać tego, co się stało, bo taplam się w przeszłości, ona mnie trzyma.
On jest wolny, poszedł, zapomniał, nie ukaram go, nie chcę karać siebie.
Nie pójdę do przodu, dopóki sobie nie wybaczę.
I właśnie dlatego tu wszystkie jeszcze jesteśmy- bo wciąż czujemy się winne, albo nie dość dobre.
Zostałyśmy zdradzone w najokrutniejszy sposób, mamy prawo do żalu, ale ten żal nas obciąża, trzyma, dusi.
Nie wiem jeszcze, jak się go pozbyć, ale dziś podjęłam decyzję, że idę w życie, będę próbować nowych metod, działać, sprawdzać.
Będę mówić nie, będę robić głupstwa, jeszcze zobaczycie, że będę tańczyć na stole- ja poważna i rozsądna:), będę brać od mężczyzn i korzystać z zaproszeń do kina, na kolacje. Nie muszę od razu czuć się niemalże zobowiązana do odwdzięczania się i zamążpójścia (w ten weekend byłam z koleżanką na obiedzie, zaprosiła mnie i zapłaciła, kurcze, jakie to dla mnie niezręczne, nienaturalne, a pora to zmienić, ja wszystkim chętnie stawiam,chętnie obdarowuję, czemu nie zacząć czasem przyjmować?). Będę brać wbrew moim nawykom i zapewne zobaczę, że mimo to ludzie mnie nadal lubią, a pewnie zaczną bardziej się ze mną liczyć i mnie szanować.
Chyba będę tu rzadziej, bo forum trzyma mnie na pewnym etapie "bezruchu", użalania się nad sobą i rozdrapywania ran. Chociaż nie wiem, czy dam bez Was radę, tak już się przyzwyczaiłam:(