Dziś jest kolejny ważny dzień w moim życiu. Mam 27 urodziny, ale odkąd obiecałam sobie, że ten właśnie dzień będzie przełomowy w moim życiu, będzie kolejnym początkiem, ma od dla mnie dodatkowe- symboliczne znaczenie.
Gdy od miesięcy trwał kryzys, huśtawka tych jego "kocham, nie kocham", obiecałam sobie, że co by się nie działo 1 marca 2012 roku zacznę nowe życie, podejmę decyzję, obojętnie od tego, jaka ona będzie. Czułam, ze tak dłużej nie mogę, że nie mogę zmarnować 10 roku na trwanie przy boku kogoś, kto raz żyć beze mnie nie może, a za chwile ucieka i waha się, czy to, co czuł, to była miłość.
Decyzję podjęłam jednak dużo wcześniej, już 1 grudnia i od tej chili trwam w niej nieugięcie.
Jednak dziś czuję, że to zaczyna się mój rok, "pierwszy dzień reszty mojego życia" (była taki piękny francuski film o tym tytule).
Wydarzyło się coś jeszcze, poteflon niedający oznak życia od prawie 3 miesięcy przesłał mi życzenia.
Wczoraj wieczorem dostałam życzenia z nieznanego numeru, mam teraz dużo nowych znajomych, myślałam, że to któryś z nich. urodziny mam dziś, nie 29 lutego, dlatego odpisałam: "dziękuję, choć nie wiem komu i z jakiej okazji". nikt nie odpisał, pomyślałam, wiec że pomyłka.
O godzinie 00:13 dostałam smsa, obudził mnie, nacisnęłam przycisk i przed oczami pojawił mi się: "Wszystkiego najlepszego życzę. D."
Nie muszę Wam mówić, jaki to efekt na mnie wywarło, 3 miesiące milczenia, a teraz raptem ta uprzejmość. Wiem, że dobrze mi nie życzy, gdyby tak było nie tułałabym się teraz po stancjach, byłby ciekawy, czy nie wpadłam w depresję, czy sobie żył nie podcinam, ale jego nie obchodziłam ja w tym wszystkim, wcale.
Nie odpisałam mu i nie zamierzam. Sprawa jest definitywnie definitywna:)
Ale łzy leciały, w nowym łóżku, sama, z jego słowami przed oczami, noc... ciemno...
Poczułam tęsknotę, za związkiem chyba bardziej, nie za nim, do niego czuję niechęć, zawiść, pogardę.
Osiągnął swój cel, wprowadził na chwilę zamęt w moim życiu- nie jest tylko świadomy, ze na tak krótko, że nie będę smarkać 24 h po jednym smsku... już nie. Pozbierałam się w 5 min, mówiąc w myślach sama do siebie uspokoiłam się.
Widocznie chciał się podbudować, jaki to on kulturalny, grzeczny, już niedługo byłej żonie dobrze życzy. tyle, ze to tylko słowa... Wiem, że gdybym mu stanęła na drodze do czegoś, na czym mu zależy, zrównałby mnie z ziemią bez skrupułów.
Był tyle lat miły, bo jestem wyjątkowo uległa i ugodowa, gdy przestałam, on pokazał na co go stać.
On ma inny świat, inną rzeczywistość. W jego świecie panują inne zasady, Bogiem jest on sam, nadrzędna wartość to dogadzanie sobie. W jego świecie on jest dobrym człowiekiem, w jego świecie nic takiego się nie stało i nieporzebnie robię wielkie hallo. W jego świecie powinnam się zgodzić na niezobowiązujący seks i nie robić afery żadnym rozwodem. W jego świecie, on sobie pomnik stawia, że taki dobry z niego człowiek, że nawet smsa mi na urodziny wysyła. Tam, gdzie jest, nie mówi się o smutku, o zdradzie, o bólu. Unika się nieprzyjemnych sytuacji, nie pamięta się o krzywdzie innych, za nic nie bierze się odpowiedzialności. Jest mu dobrze, wygodni w tym jego świecie.
Ale jego świat nie jest moim światem i wolę mój prawdziwy smutek, niż tą fatamorganę.
Dziś mam w pracy piękny dzień, kwiaty, życzenia, prezenty, uśmiechy. Naprzytulałam się:) cudownie, bo mi tak tego brakuje!
ściskam Was wszystkie!