Chyba na początek winna Wam jestem moją historię
9 lat byliśmy razem, dwa lata jako małżeństwo. Nasz miłość była od zawsze wielka i szalona, wciąż dzwonił, dostawałam smsy, że przerosłam jego ideał, że na mnie nie zasługuje, że nigdy mnie nie zdradzi, nie skrzywdzi.
W sierpniu, jak już pisałam, wyjechał w delegacje. Przed wyjazdem pokłóciliśmy się o zakup koszuli CK za 300 zł. Mąż wydawał na siebie bajońskie sumy. Wyjechał bez pożegnania,nie odzywał się 3 dni. Te 3 dni i noce nie mogłam już spać, jeść...
Po powrocie powiedział, że to, co czuje to już raczej przyzwyczajenie i uwaga!, że życie jest piękne (już wtedy intuicja zapaliła mi czerwoną lampeczkę). Ale przecież my nikogo nie oczerniamy bez dowodów- takie szlachetne z nas kkzb. Więc i ja uwierzyłam,że "zagłaskałam kotka", że za dużo mówiłam, że kocham. Po tych słowach kolejne dni były wyjęte z życia. Schudłam 7 kg. Płakałam, moje życie runęło. Po 3 dniach stało się coś dziwnego, trafiłam na artykuły Eugenii H, potem na film "Jedz, módl się i kochaj" i jakby cały świat próbował mnie w uratować.
Spojrzałam na siebie w lustrze i powiedziałam sobie, że nigdy już siebie nie opuszczę, nie będę się naginać i zaprzedawać siebie dla "miłości". Następnego dnia poszłam na zakupy, pierwszy raz w życiu kupiłam wszystko to, co mi się podobało, bez limitów. Dotąd oszczędzałam na sobie, taka byłam mało wymagająca, rozpieszczałam za to innych, a może patrząc teraz z perspektywy tego, co wiem, próbowałam zasłużyć na ich uznanie, sympatię.
Poszłam do apteki po witaminy i ziółka na sen. Potem doszły regularne wizyty u psychologa. Kolejne książki. Chyba czytając "Koniec uzależnienia" zrobiłam listę strat spowodowanych tym związkiem. I wszystko to dla przytulenia. Zrozumiałam, że to ono mnie gubi i nie pozwala na racjonalne myślenie. To był mój narkotyk, dla niego byłam w stanie zrobić wszystko. Więc przestałam. Rozum powracał.
Mąż wtedy uznawał, że wypalił się w tym związku, że ja tylko wszystko razem chcę robić, że za mało wychodzimy. Dałam się namówić na wyjazd na weekend ze znajomymi, po miesiącach wydało się, że wyjechaliśmy z jego kochanką.
Dwa razy byliśmy u psychologa, gdzie tłumaczył, że on ze względu a zranione dzieciństwo nie potrafi kochać. że ja to, czy tamto robię za dużo lub za mało...
Próbowałam rozmów, bo pierwszego dnia stwierdził, że musimy dużo rozmawiać, ale niestety już po 2 dniach zmienił zadnie. Proponowałam wyjścia, których przecież tak bardzo chciał, ale dziwnie nic ze mną już nie było interesujące. Wracał z siłowni ok 23. Ale dopiero, gdy ktoś zapytał mnie, która siłownia jest tak długo otwarta sprawdziłam. Kłamał mi w oczy tłumacząc, że kończy zajęcia 22:30 - o 22 siłownia jest zamykana, no i że korki są- o 23??
Wtedy spakowałam pierwsze kartony i wywiozłam do rodziców. Pakowanie się zrobiła na nim wrażenie, na krótko, potem był jak dawniej.
Ale ja już nie byłam. Coś we mnie pękło. W pierwszych dniach usłyszałam np. że wziął ze mną ślub, bo była sala, oświadczał mi się kilka razy, a zachowywał się tak, jakby został wrobiony w ślub. Potem powiedziałam, że przecież tyle lat było tak pięknie, a on na to, że pięknie, bo ja tego chciałam i ja wiedziałam, jak robić, żeby tak było. Jakbym sama była w związku te lata. A jeszcze w maju na wspólnym wyjeździe do Egiptu nie odstępowała mnie na krok wciąż powtarzając, jak on mnie kocha, jak Bogu dziękuje za taką żonę. Teraz stwierdził, że przysięga nie jest dla niego ważna, że Boga nie ma. Dodał, że nie chce małżeństwa, ale partnerstwa. Jak pani psycholog go uświadomiła, że w partnerstwie też trzeba dawać, a nie tylko brać, to uznał, że on by chciał koleżeństwa. Odp tylko, żeby sobie do kolegowania koleżankę znalazł.
Ale dziwne to, że jako KKZB mamy taką władzę nad biednym psychofagiem. Ale to tez mi daje siły, bo skoro biedny-bierny Pan psychofag jest tak bezbronny, to co my zrobimy z normalnym
Ale dziwną prawidłowość zauważyłam, że wszystko, co psychofagowi nie układa się po myśli lub jest niemiłym wspomnieniem na 100% w jego głowie jest "sprawione" przez kogoś innego, on tylko był. Zdradzali nas- bo my takie za bardzo kochające, albo za mało dbające, albo coś. Ja byłam za idealna- to też może być zarzutem:) I tak sobie związek sprawiłam sama, ślub sprawiłam sobie sama, całe szczęście, że dziecka sobie sama nie sprawiłam z nim!
Oni nie biorą odpowiedzialności za swoje decyzje, oni są biernymi ofiarami wrednych żon, popędów, życia, nowej miłości (dowolne skreślić). A my KKZB bierzemy na siebie winę za wszystko, nawet za ich psychofagię, bo przecież wszystkie zastanawiałyśmy się, jak ich wyleczyć!
A wracając do wątku, mąż wciąż obstawał przy wersji, że nikogo nie ma, że my po prostu do siebie zupełnie nie pasujemy. Ja mu 7 lat tak mówiłam, a on na wszelkie możliwe sposoby przekonywał, że się mylę, że przecież tak się kochamy. A jak zdobył, to bez wyrzutów sumienia stwierdził, że on już jednak tego nie chce. Tak po prostu. Proponował mi seks bez zobowiązań, jak już nie będziemy razem. A gdy jeszcze kilka razy poszłam z nim do łóżka- mając nadzieję, że coś w nim wróci- to usłyszałam tuż po, że to było czysto fizyczne zaspokojenie. I podziękowałam za współpracę 
Wyjechałam na weekend, nie zadzwonił, nie pojechał za mną. Wróciłam i okazało się, że mąż był na dyskotece z kolegami, którzy chodzą na prostytutki. Poszedł, bo UWAGA, w domu jest taka zła atmosfera, że ON sobie nie radzi i gdyby było lepiej, to by chodzić nie musiał. Tak, moja wina. Piękna manipulacja, nie? Na szczęście rodzice oprócz pewnych deficytów wyposażyli mnie w dość sprawny rozum, więc oczy otwierały mi się w tempie rakiety!
Ostrzegałam, że się pakuję, szukam stancji, żeby ratował, jeżeli mu zależy. On na to, że nie wie jak. Jakby mu zależało zrobiłby cokolwiek.
Prosiłam Boga o znak, że jeżeli ten związek jest nic nie warty, to niech mi to pokaże i dostałam trzy.
Najpierw wyjechał z koleżanką z pracy w delegacje. Byłam o nią jakoś dziwnie zazdrosna i niespokojna. Tej nocy przed wyjazdem miałam koszmar, że spali ze sobą, obudziłam się. Troskliwy mąż przytulił mnie, pogłaskał po główce, cmoknął w czółko, miałam się nie martwić. Prosiłam tylko, żeby ni spali razem. Dzień po zadzwonił, że spali w jednym pokoju, żeby taniej było!
Potem wyszedł któregoś wieczoru bez słowa i nie wrócił na noc. Tak po prostu.
Po tym znalazłam stancję, miałam tam zamieszkać za 3 tygodnie. W ostatnim tygodniu przez przypadek zalazłam maile do kochanki- tej z delegacji. Wszystko stało się jasne. Wpadł w szał, wyrzucił mnie z domu (Nie omieszkałam powiadomić męża kochanki:)). Pierwszy raz w życiu bałam się, że mnie pobije. Żadnego przepraszam, tylko szyderczo śmiał mi się w twarz.
Po rozstaniu rozpowiadał, że go okradłam ze wszystkiego (sam zrobił jeszcze w lipcu "dla zabawy" listę, co jest czyje). A okazało się, że przez okres trwania tego związku okłamywał mnie notorycznie, w tajemnicy chodził na imprezy, a co dla mnie najgorsze, kłamał co do swoich zasad i przeszłości seksualnej. Niby brałam prawiczka, oddawałam mu dziewictwo, a okazało się teraz, że sypiał przede mną z dwoma, w tym z jedną mężatką, z którą spotykał się na ostry niezobowiązujący seks. I słuchajcie sumienie mu na to pozwoliło! więc widocznie sumienia nie miał.
Pozew złożony. Jakieś podrygi trupa też były- wysłał mi zaproszeni na fb, próbował oznaczyć jako rodzinę, wysłał parę smsów, jakieś lakoniczne żałuję, ale nie pasowaliśmy do siebie, a z kochanka nie spał, tylko takie zauroczenie było:):):) JASNE!!!!
A ja nic, no comment:) i to chyba go najbardziej dziwi, przecież mówił, że po rozstaniu ja będę tak bardzo cierpieć, nie my, nie on, tylko ja! A ja żyję! Tańczę, maluję, chodzę na basen, koncerty. I nie udało mu się mnie zniszczyć, a tak się chłopina starał:)
Uff! tak długo, ale chciałam, żeby była "baza", następne posty będą bardziej psychologiczno- lecznicze. Promis:)