Anula, może wszyscy Ci astmatycy to duszący się w związkach ![]()
Ekhm...
Aparatki...
Jak ja tu lubię zaglądać, codziennie rano... To tak jakby jeść się chciało, albo jeszcze bardziej. Jak codzienna kawa, o ! tak!. ![]()
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Strony Poprzednia 1 … 128 129 130 131 132 … 405 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Anula, może wszyscy Ci astmatycy to duszący się w związkach ![]()
Ekhm...
Aparatki...
Jak ja tu lubię zaglądać, codziennie rano... To tak jakby jeść się chciało, albo jeszcze bardziej. Jak codzienna kawa, o ! tak!. ![]()
Podobne tematy
Ja tez uwielbiam tu zaglądać i robię to co dzień od jakiegoś czasu:)
Życzę wszystkim Spokojnych i Radosnych Świąt. Żeby wraz z nimi nadeszło lepsze. Życzę poprawy wszystkiego....
Hm...
To i ja sie dolacze z polsko-czeskimi zyczeniami Wesolych Swiat i Szczesliwego Nowego Roku , Vesele Vanoce a Stastny Novy Rok:) Jutro lece do Krecikolandii wiec ubawie sie po pachy:)) pa pa...a u nas snieg;)
Życzę Wszystkiego o czym w skrytości ducha myślicie i marzycie.
Spokoju i radości, samych dobrych dni.
Pozdrawiam.
I ja życzę Wam wiele wiele miłości zwłaszcza do samych siebie, radości i świętego spokoju. Oby w Nowym Roku wszystko ułożyło się po Waszej myśli. Wesołych Świąt Kochani!
Witam
To mój pierwszy post tutaj... pomimo, że obserwuję was od blisko dwóch lat :-)
Mam nadzieję, że będę mogła pomóc i znaleźć pomoc.
I życzę wam pięknych, magicznych Wesołych Świąt.
Bez smutków, bez psychofagów. Za to z nowym, pięknym, wolnym i bogatym życiem.
Wszystkie netkobietki zyczę Wam miłych, radosnych i szczęsliwych
Świąt w gronie osób najblizszych, miłych dla Was i kochanych,
wszystkim psychofagom, padalcom i palantom mówimy NIE
Maxi:-))))))))
Wszystkiego dobrego cudowne kobietki kochające za bardzo
Zdrowiejmy i kochajmy siebie najbardziej
2012 to będzie mój rok, dla mnie po raz 1
Dziękuję za to że ten wątek tu jest, ze na niego trafiłam , bo dzięki niemu coraz lepiej mi jest i więcej widzę :*
Dorwałam też książkę "Mężczyźni są z Marsa, Kobiety są z Wenus" polecam
Po przeczytaniu stwierdziłam że to książka o moim związku:P Popełniliśmy większość błędów, więc nie dziwię się że wszystko się rozpadło. Jest też na tyle jasno napisane jakie potrzeby mają kobiety, że aż się popłakałam, bo teraz wiem że zadręczałam się niepotrzebnie. On po prostu nie wiedział nigdy co to kobieta. Ja co prawda też sie pogubiłam i zabłądziłam, ale teraz wiem że nie tylko ja. Ulga ![]()
ankinom napisał/a:hm... napisał/a:No Aniknom, proszę bardzo. To o zwolnienie sądu nie prosiłaś, zwolnienie z kosztów oczywiście-?
Wszystko jedno.bałam się, że jak będę kombinować to w końcu nie zaniosę, a tak rach ciach i po sprawie - ale tak naprawdę to on za to zapłacił, tylko jeszcze o tym nie wie
Tak jak u mnie:) ze wspolnego konta poszlo;)
Tylko teraz ankinom - konsekwencja i stoicki spokoj na kazdy dzien. Uzbroj sie w cierpliwosc i wytrzymaj wszystkie jego numery, grozby, prosby, skargi, zlorzeczenia, kombinacje - bedzie tego co niemiara wiec musisz byc jak skala i nie dac sie zlamac oskarzeniami, oszczerstwami, przyrzeczeniami, grozbami wspolnego mieszkania. On sprobuje wszystkiego, nie po to by Ciebie miec, bo Cie kocha tylko dlatego, ze zniszczylas jego scenariusz, misterny plan oraz jego meskie ego - odeszlas TY a nie ON. Musisz poniesc wiec kare:)
Wierz kobietom po przejsciach - wszystko bedzie dobrze, i z dziecmi i z mieszkaniem i z kasa i z Twoim wlasnym wreszcie zyciem:) Ani sie obejrzysz a sama bedziesz tu innym, zalamanym i w rozterkach bedacym, kobietom doradzac co i jak zrobic by zaczac zyc a nie wegetowac:) Powodzenia!!!
masz rację, pierwszy krok - sprawił, że święta nie będę miło wspominała, ale ja to ja, wstyd mi przed moimi rodzicami...
na święta przyjechali moi rodzice, nie spędzaliśmy razem świąt już 3 lata...
po wigilii spokojnie sobie siedziałam w kuchni i popijałam herbatkę, kiedy przyszedł mąż i "ni z gruszki ni z pietruszki" zaczął mi wypominać, że nie uzgadniając z nim zaprosiłam rodziców, co jest nie prawdą bo wcześniej rozmailiśmy o tym i nie miał nic przeciw, ale ostatnio mam amnezje, bo ponoć nie pamiętam co mówiłam, albo nie mówiłam. Bardzo jest to frustrująca jak ciągle ktoś wmawia Tobie coś, czego jesteś pewna...
w każdym bądź razie był zły na mnie, że ich zaprosiłam bo teraz jest harmider i bałagan i co najważniejsze wiem, że on nie lubi gości, a pomimo to nie uszanowałam jego, właśnie JEGO WOLI i ich zaprosiłam! zapytałam:gdzie widzisz ten bałagan? są zamknięci w swoim pokoju i już dawno śpią więc Tobie nie przeszkadzają" - suma summarum rozpłakałam się ( wiem nie powinnam, ale te jego słowa bolały) to powiedział, że w końcu to moja wina i żeby bajek nie opowiadała, że za nim się stęskniłam... nagadał mi jeszcze i wile innych przykrych rzeczy, że nie potrafię stworzyć atmosfery świąt naprawdę wzbudzając we mnie poczucie winy, że zepsułam jemu święta, że ma racje, że nie powinnam zapraszać rodziców - wyszedł, wrócił po kilku minutach i powiedział, że przeprasza, że zepsuł mi wigilię, ale są jeszcze dwa dni świąt i powinnyśmy je spędzić w zgodzie.... jakoś nie potrafiłam do niego się odzywać i udawać, że jest ok. Całe święta nie odzywaliśmy się do siebie a mój mąż postanowił mnie ukarać i ostentacyjnie nie zasiadał z nami do stołu i przebywał w innych pomieszczeniach niż my, co niestety zauważyli moim rodzice i było im przykro, no ale ze względu na mnie udawali, że są zadowoleni i wiem, że gdyby nie ja i dzieci to już w 1 dzień pojechaliby do domu....
ile razy można mieć rok w rok popsute święta? bo ja już 4 z rzędu: 1 mąż oświadczył mi w Wigilię,, że kocha inną i zostawia mnie z dziećmi, w drugie święta dla odmiany jego siostra oskarżyłam mnie o to, że jej zepsułam święta, czym ano tym, że wyszłam do innego pokoju wypić herbatę i pobawić się z dziećmi - śmieszne? dla niej to była obraza....i nie muszę wspominać po czyjej stronie stanął mąż....3 - to znowu sam małżonek nawrzeszczał na mnie przed wigilią i się nie odzywał, a 4 jak opisałam wyżej....
jak to czytam, to nie wierzę, że ja jestem tego autorką i przyrzekłam sobie , że to moje ostanie zmarnowane święta i ostatnie z nim, a żeby mnie zmobilizować moja mama powiedział, że do mnie nigdy nie przyjedzie, jeżeli się z nim nie rozwiodę, tak więc Musuuko mąż już działa....ale skąd czerpać siłę by to przetrzymać?
Mussuka napisał/a:ankinom napisał/a:bałam się, że jak będę kombinować to w końcu nie zaniosę, a tak rach ciach i po sprawie - ale tak naprawdę to on za to zapłacił, tylko jeszcze o tym nie wie
Tak jak u mnie:) ze wspolnego konta poszlo;)
Tylko teraz ankinom - konsekwencja i stoicki spokoj na kazdy dzien. Uzbroj sie w cierpliwosc i wytrzymaj wszystkie jego numery, grozby, prosby, skargi, zlorzeczenia, kombinacje - bedzie tego co niemiara wiec musisz byc jak skala i nie dac sie zlamac oskarzeniami, oszczerstwami, przyrzeczeniami, grozbami wspolnego mieszkania. On sprobuje wszystkiego, nie po to by Ciebie miec, bo Cie kocha tylko dlatego, ze zniszczylas jego scenariusz, misterny plan oraz jego meskie ego - odeszlas TY a nie ON. Musisz poniesc wiec kare:)
Wierz kobietom po przejsciach - wszystko bedzie dobrze, i z dziecmi i z mieszkaniem i z kasa i z Twoim wlasnym wreszcie zyciem:) Ani sie obejrzysz a sama bedziesz tu innym, zalamanym i w rozterkach bedacym, kobietom doradzac co i jak zrobic by zaczac zyc a nie wegetowac:) Powodzenia!!!masz rację, pierwszy krok - sprawił, że święta nie będę miło wspominała, ale ja to ja, wstyd mi przed moimi rodzicami...
na święta przyjechali moi rodzice, nie spędzaliśmy razem świąt już 3 lata...
po wigilii spokojnie sobie siedziałam w kuchni i popijałam herbatkę, kiedy przyszedł mąż i "ni z gruszki ni z pietruszki" zaczął mi wypominać, że nie uzgadniając z nim zaprosiłam rodziców, co jest nie prawdą bo wcześniej rozmailiśmy o tym i nie miał nic przeciw, ale ostatnio mam amnezje, bo ponoć nie pamiętam co mówiłam, albo nie mówiłam. Bardzo jest to frustrująca jak ciągle ktoś wmawia Tobie coś, czego jesteś pewna...
w każdym bądź razie był zły na mnie, że ich zaprosiłam bo teraz jest harmider i bałagan i co najważniejsze wiem, że on nie lubi gości, a pomimo to nie uszanowałam jego, właśnie JEGO WOLI i ich zaprosiłam! zapytałam:gdzie widzisz ten bałagan? są zamknięci w swoim pokoju i już dawno śpią więc Tobie nie przeszkadzają" - suma summarum rozpłakałam się ( wiem nie powinnam, ale te jego słowa bolały) to powiedział, że w końcu to moja wina i żeby bajek nie opowiadała, że za nim się stęskniłam... nagadał mi jeszcze i wile innych przykrych rzeczy, że nie potrafię stworzyć atmosfery świąt naprawdę wzbudzając we mnie poczucie winy, że zepsułam jemu święta, że ma racje, że nie powinnam zapraszać rodziców - wyszedł, wrócił po kilku minutach i powiedział, że przeprasza, że zepsuł mi wigilię, ale są jeszcze dwa dni świąt i powinnyśmy je spędzić w zgodzie.... jakoś nie potrafiłam do niego się odzywać i udawać, że jest ok. Całe święta nie odzywaliśmy się do siebie a mój mąż postanowił mnie ukarać i ostentacyjnie nie zasiadał z nami do stołu i przebywał w innych pomieszczeniach niż my, co niestety zauważyli moim rodzice i było im przykro, no ale ze względu na mnie udawali, że są zadowoleni i wiem, że gdyby nie ja i dzieci to już w 1 dzień pojechaliby do domu....ile razy można mieć rok w rok popsute święta? bo ja już 4 z rzędu: 1 mąż oświadczył mi w Wigilię,, że kocha inną i zostawia mnie z dziećmi, w drugie święta dla odmiany jego siostra oskarżyłam mnie o to, że jej zepsułam święta, czym ano tym, że wyszłam do innego pokoju wypić herbatę i pobawić się z dziećmi - śmieszne? dla niej to była obraza....i nie muszę wspominać po czyjej stronie stanął mąż....3 - to znowu sam małżonek nawrzeszczał na mnie przed wigilią i się nie odzywał, a 4 jak opisałam wyżej....
jak to czytam, to nie wierzę, że ja jestem tego autorką i przyrzekłam sobie , że to moje ostanie zmarnowane święta i ostatnie z nim, a żeby mnie zmobilizować moja mama powiedział, że do mnie nigdy nie przyjedzie, jeżeli się z nim nie rozwiodę, tak więc Musuuko mąż już działa....ale skąd czerpać siłę by to przetrzymać?
Przykro sie to czyta, kopnęłabym w dupę taką gnidę, coś okropnego.
ankinom współczuję, ale niestety znam to z autopsji. Ale będę trzymała cię za słowo, że to ostatnie takie święta, bo sobie też to przyrzekłam. Nigdy więcej żaden TROGLODYTA nie zepsuje mi oczywistej radości świętowania z moim synem i rodziną. AMEN ![]()
Boże tak mądrze piszecie a mi w to tak trudno uwierzyc, byl czas że pracowalam nad soba jako nad kobieta kochajacą za bardzo pakowalam jego wszystkie rzeczy z takim zawzięciem że....ale nadszedl czas że musi nam tzn mnie i dzieciom wyremontowac mieszkanie<wyprowadzil sie definitywnie po 20 latach małżeństwa bo prowadzil podwójne życie od dwóch lat i ją kocha bezwarunkowo a do mnie jest tylko przywiązany 30.list a 1. grud dostalam mieszkanie socjalne tzn dostalismy my )i teraz chodzi szuka kuchenki do mojego mieszkania ,mówie zeby dzieciom zrobil to jak najszybciej a on mówi ze dla mnie to tez robi, jak patrze na niego to ,nie moge sobie wybaczyć że bylam kochająćą za bardzo DDD rozpoznałam dość szybko u siebie, chodze na terapie raz na 2 tygodnie mam termin i co ? mimo tego jest mi ciężko bardzo cholernie ciężko. schudlam ,powoli tyje mozna sie cieszyc ale nie umiem, byliśmy razem na wigilii u jego mamy która jest za mną ,w 1 dzień świat zaprosilam go na obiad bo oprócz doroslych dzieci dwójki mamy 5 latkę, w 2 dzień byliśmy znów u jego mamy bylo milo a ja później całą noc przepłakalam ,jest mi lepiej jak sie nastawiam jaką wielka mi krzywde wyrządzila le zaraz sie to obraca przeciwko mnie ,zawsze on byl najważniejszy dla niego wszystko ja nie musialam mieć ale on tak. mówil mi ze chodzi do koleżanki a ja wiezrylam bo jak powiedzial przeciez zawsze wracał do domu coś go do domu ciągnelo a teraz wydaje mi sie ze nie umiem zyc bez milość i ciesze ze tyle choc mi daje ze robi mam mieszkanie wiem czas leczy rany i wogóle ale jestem bardzo niecierpliwa trudno caluje Was wszystkie cieplo musimy mieć duzo siły dla samych siebie a później dla całej reszty
co nas nie zabije to nas wzmocni
http://dzieci.pl/adviceAid,14115205,title,Jak-sie-klocic,porady_artykul.html
Co sądzicie o tym artykule?
http://dzieci.pl/adviceAid,14115205,title,Jak-sie-klocic,porady_artykul.html
Co sądzicie o tym artykule?
U mnie przechodziliśmy wszystkie fazy kłótni - zaczyna się od Ofiara i agresor, kto jest ofiara nie trudno odgadnąć a potem jest kolejna faza blokada, to najlepszy sposób mojego męża na zakończenie rozmowy, a sorry to wszystko trudno nazwać rozmową, a szkoda, bo u nas właśnie brakowało konstruktywnej kłótni zawsze pojawiała się obrona, moja obrona, może nie było pogardy tak często jak krytyki. Mnie często towarzyszy lęk, boję się otwarcie mówić, co mi leży na sercu, a wynika to z prostej przyczyny, bo po tylu latach wiem jak to się skończy - moimi łzami, cichymi dniami?.. już chce mieć to za sobą, nie chce czuć tego wiecznego poczucia winy, nawet jak czarno na białym wynika, że to nie moja wina to ja i tak próbuję ją gdzieś znaleźć ? do dzisiaj żałuję wielu rzeczy? i źle się czuję z tymi udawaniem, że nic się nie stało, wczoraj np. mój mąż zachowywał się jakby nigdy nic, ba nawet zapytał mnie, czy pojedziemy do kina, nie wiem już czy on udaje, czy naprawdę myśli, że przecież nic się stało, może ja wyolbrzymiam i tak w kółko robi mi pranie mózgu, a ja często dla świętego spokoju udaje, że się z tym zgadzam a w środku to mnie ta złość zżera?
Bardzo zastanawia mnie fakt, czy zawsze wina za rozstanie leży po dwóch stronach? Często poda zdanie, że obie strony ponoszą odpowiedzialność za rozpad rodziny, ba nawet jak ewidentnie jedno z małżonków zdradzi to drugie jest temu winne?. Moja wina polega jedynie na tym, że dałam się oszukiwać, wierzyłam w zapewnienia o miłości, owszem widziała, że za często się kłócimy, ale o ironio myślałam, że to są dobre kłótnie, które pozwalają na poprawie tego, co źle robimy, na pokazanie, co oczekujemy od drugiej strony, a później się okazało, że te kłótnie doprowadziły do poszukiwanie innej ?słuchaczki?, pocieszycielki i cholera jakoś nie potrafię akurat w tym wypadku znaleźć swojej winy, choć mąż bez ustanku powtarza, że to tylko moja wina?
Drogie Dziewuszki......
po nieobecności w tym wątku (co nie oznacza, że go nie śledziłam, bo tak było), powracam...bo muszę się z Wami podzielić tym, że trafiłam na terapię i to zupełnie przypadkowo-przez picie męża (co opisuję w innym temacie/wątku). Poszłam do terapeuty, aby pomóc mężowi przestać pić. I oprócz tematu picia męża dowiedziałam się wielu rzeczy, o których wiem, ale które ciężko mi jest wprowadzić w życie w związku z moim małżeństwem.
Po moich opowieściach-facet zapytał mnie-po co ja jestem z mężem, po co chcę mu pomóc jak do tej pory nie jestem z nim szczęśliwa. Owszem, są takie dni, tygodnie, gdzie mąż daje mi wiarę w to, że będzie dobrze, bo w tym czasie jest wspaniały. Ale przychodzą takie chwile, że jest między nami tragedia i tak toczy się moje życie. Od nadziei na lepszą przyszłość, po załamkę kompletną. Uświadomił mi gość, że mąż ma problem z akceptacją mnie, taką jaką jestem. Że gdyby wiedział sam co chce, dawno podjął by rzeczową decyzję-czy jestem z żoną , bo ją kocham taką jaką jest, czy spieprzam stąd, bo życie z "różnymi" kobietami jest fajniejsze. Powiedziałąm mu, że wiele razy czuje się winna, bo mąż za wszystko mnie wini, nawet za jego picie-on na to, że nie ma tu mojej winy, bo to on nie wie co chce, balansuje, nie ma celu, punktu zaczepienia, że to on manipuluje mną i doskonale opanował tą technikę,a ja dałam mu na to przyzwolenie.........
Dziewczyny-mam dziś wiarę w to, że coś się w końcu ruszyło i Wy bierzcie się w końcu w karby i szukajcie pomocy u specjalistów. Posłuchajcie dziewczyn, które tu radzą terapię, bo mają rację.
Eureka
jakaś
Liwia,
wiedziałam, że tak będzie, gdy w Twoim wątku wielokrotnie namawiałam Cię na podjęcie własnej terapii.
Cieszę się z Twego kroku. ![]()
Gratuluję z całego serca. ![]()
Dziękuję Wielokropku. I liczę na Twój doping.
Widzisz, trafiłam tam z chęci pomocy mężowi (znów on), a wyszło przy okazji tyle rzeczy i faktów związanych ze mną. Myślę, że podświadomie liczyłam, że ktoś w końcu mi też pomoże. Wiem , że muszę zacząć "lubić" siebie, a potem dopiero zacząć myśleć nad mężem. On dziś na terapie się zgodził. Ma pierwszą wizytę w przyszłym tygodniu...to długo, bo cały tydzień. Nie wiem, czy się nie wycofa. Ale z drugiej strony-sam musi zdać sobie sprawę z tego co się z nim dzieje, co chce w życiu osiągnąć itd.
Drogie Dziewuszki......
Uświadomił mi gość, że mąż ma problem z akceptacją mnie, taką jaką jestem. Że gdyby wiedział sam co chce, dawno podjął by rzeczową decyzję-czy jestem z żoną , bo ją kocham taką jaką jest, czy spieprzam stąd, bo życie z "różnymi" kobietami jest fajniejsze. Powiedziałąm mu, że wiele razy czuje się winna, bo mąż za wszystko mnie wini, nawet za jego picie-on na to, że nie ma tu mojej winy, bo to on nie wie co chce, balansuje, nie ma celu, punktu zaczepienia, że to on manipuluje mną i doskonale opanował tą technikę,a ja dałam mu na to przyzwolenie.........
Dziewczyny-mam dziś wiarę w to, że coś się w końcu ruszyło i Wy bierzcie się w końcu w karby i szukajcie pomocy u specjalistów. Posłuchajcie dziewczyn, które tu radzą terapię, bo mają rację.Eureka
jakaś
Mój mąż też ma problem z akceptacją mnie i również balansuje, dzisiaj zasłania się dobrem dzieci, a przecież nie jest dla nich dobry...
ja tak jak Ty Liwio czuję się winna, tak jak opisałam historie z wigilią też czuję się winna, a przecież nic złego nie zrobiłam, ale mogłam też spróbować choćby ze względu na rodziców, urażoną dumę schować do kieszeni, przecież robiłam tak przez 16 lat... i dlatego czuję się winna... wiedziałam, że on nie lubi gości, a może miałam nadzieje, że będzie inaczej?
dobrze, Liwio, że znalazłaś miejsce, ludzi którzy Tobie, Wam pomogą, macie jeszcze szansę, a my już nie....
najgorsze jest to, że ta cała sytuacja bardzo mnie zmieniała, w złą kobietę, stałam się złośliwa, wulgarnie odnoszę się do męża, zgubiłam swoją kobiecość i delikatność.... ale teraz zrozumiałam, że nie tędy droga... muszę poszukać tą dobra Monikę, bo źle się czuję w tym wcieleniu... i rozumiałam, że rozwód uwolni mnie od niego, ale mam ogromne poczucie poczucie winy, że doprowadziłam do tak wrogiej atmosfery między nami, może chciałam jego ukarać za to co mi zrobił? a tak na prawdę skrzywdziłam siebie, bo zamiast miłości ma jad w sercu, no i dzieci, żałuję, że musiały patrzeć jak rodzice, najbliższe im osoby tak się zachowują, żałuje, że nie potrafiłam stworzyć im bezpiecznego świata...
Liwio.. życie mężowi oddałaś...
że mąż ma problem z akceptacją mnie, taką jaką jestem.
A czy terapeuta powiedział Tobie co Ty masz zrobić w takiej sytuacji? Mąż nie akceptuje Ciebie bo.... i podał wyjaśnienie jego zachowania, a co masz zrobić Ty? jak się zachowywać? jakie podjąć kroki? dopasować się do jego wymagań?
Mąż Cię nie akceptuje, a ty stajesz dla niego na głowie?
Liwio.. życie mężowi oddałaś...
Tak, czasem tak czuję i pytam siebie DLACZEGO? Oczywiście tłumaczę sobie, że to mój mąż, że kocham go, bo kiedyś był fajnym facetem, bo mam tyle dobrych wspomnień, bo jak nie pije jest między nami naprawdę dobrze, bo jest dobrym ojcem.
I tu Ankinom i Hm......
Właśnie wczoraj terapeuta zapytał mnie-po co chcę mu znów pomagać, skoro przez ostatni rok moje życie wyglądało opłakanie?-a ja nie znałam na to pytanie odpowiedzi...w końcu powiedziałam, że kocham go, a on na to-co to za miłość? Skro dobre wspomnienia mnie przy nim trzymają to mam sobie wywiesić na ścianie zdjęcia z tymi wspomnieniami i patrzeć codziennie na nie i wspominać, ale nie z nim
tylko sama. To że jest dobrym ojcem-ok, może nim być nie będąc ze mną. Pytał mnie czy mam poczucie stabilizacji, czy mogę zawsze na niego liczyć?-okazało się , że nie (co dawno wiedziałam, ale usłyszałam to z fachowych ust). W trakcie rozmowy wyszło, że mąż ma problem z akceptacją mnie taką jaką jestem i wyszło na to, że MY DZIEWCZYNY w takim przypadku mamy żyć sobą, o siebie się troszczyć, o swoich potrzebach myśleć, realizować to, czego dotąd przez męża nie zrealizowałyśmy, mamy znów poczuć się kobietami i zajmować się swoimi funkcjami w życiu jako matki i kobiety. A faceta/męża zadaniem jest określenie się w końcu-skoro żona mi nie pasuje to mam to wszystko w nosie i odchodzę. Bo mężowie w naszych przypadkach to doskonali manipulanci, my drobną manipulacją chcemy czasem nad nimi panować, ale tak naprawdę to oni są od nas lepsi. Wiedzą co powiedzieć, by zabolało, wiedzą co robić, by serce ukuło, wiedzą jak nami manipulować , by wyszło, że oni mają ręce czyste a my mamy wtedy poczucie winy i wyrzuty sumienia. Wg tego terapeuty-w niczym nie ma naszej winy, picie alkoholu przez mojego męża też nie jest moją winą. To oni-mężowie mają problem z akceptacją nas i nie mają konkretnego celu co do nas i stąd manipulacja. Poza tym nas kobiety gubi niekonsekwencja. A takiemu delikwentowi trzeba postawiać jasno i wyraźnie to czego od niego oczekujemy, jeśli tego nie ma z jego strony-trzeba wprowadzać w życie KONSEKWENCJE. A my nauczyłyśmy ich gderania i oni wiedzą doskonale, że pogdera i przestanie, zero w nas konsekwentnego działania. Z tego wszystkiego wynika, że mamy nad sobą pracować, aby zacząć siebie kochać, a to, że on czegoś w nas nie akceptuje to JEGO PROBLEM. Każdy "normalny" facet/człowiek podejmuje konkretne decyzje, a nie balansuje. I takim manipulantom nigdy się nie sprosta, bo on będzie wynajdywał co rusz inne haki na nas, a my w pogoni za tym, żebyśmy były takie jak on nas niby chce widzieć-zatracamy siebie całkowicie. Dla nich czy wedle nich nie możemy odgrywać ról jak aktorki, mamy być sobą i tyle, a jak jemu się to nie podoba to wyjazd.
Nie wiem, czy dobrze to wszystko ujęłam, ale mam nadzieję, że cokolwiek z tego potoku słów zrozumiałyście kobietki ![]()
najgorsze jest to, że ta cała sytuacja bardzo mnie zmieniała, w złą kobietę, stałam się złośliwa, wulgarnie odnoszę się do męża, zgubiłam swoją kobiecość i delikatność.... ale teraz zrozumiałam, że nie tędy droga... muszę poszukać tą dobra Monikę, bo źle się czuję w tym wcieleniu... i rozumiałam, że rozwód uwolni mnie od niego, ale mam ogromne poczucie poczucie winy, że doprowadziłam do tak wrogiej atmosfery między nami, może chciałam jego ukarać za to co mi zrobił? a tak na prawdę skrzywdziłam siebie, bo zamiast miłości ma jad w sercu, no i dzieci, żałuję, że musiały patrzeć jak rodzice, najbliższe im osoby tak się zachowują, żałuje, że nie potrafiłam stworzyć im bezpiecznego świata...
Wiem Moniko, doskonale Cię rozumiem. Ja w tak frustrującej sytuacji też przestałam być sobą. W stosunku do niego odezwała mi się złośliwość, również wulgarność. Czasem patrzeć mi się już nawet na niego nie chciało. Też doprowadzałam do takiej atmosfery jak u Ciebie, by poczuł, że boli, że nie będę mu dłużna. Ale to na nic. Nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem. Najwidoczniej tak mamy w życiu zapisane a nie inaczej. Teraz wszystko w naszych rękach i nie ma co żałować tylko trzeba brać się do pracy NAD SOBĄ I TYLKO DLA SIEBIE, NIE DLA NIEGO.
Mój mąż przeanalizował to co się stało, do czego doprowadza go alkohol, co dzieje się między nami. Z tego co powiedział wczoraj to wszystko siedzi w nim, to co było, gdy nie byliśmy ze sobą, że wtedy też pił, bo zalewał smutki i że to wszystko wtedy nie powinno mieć miejsca....Zgodził się na podjęcie leczenia. Nie wiem czy wytrwa w tym, bo wizytę ma w przyszłym tygodniu. Noc dziś była ciężka-bo po raz pierwszy od roku nic nie wypił wieczorem, a ja za każdym jego wstaniem z łóżka-myślałam, że idzie się napić. Na dzień dzisiejszy nie wiem co będzie. Wiem, że wszystko zależy od niego-czy widzi w końcu problem czy nie i czy sam weźmie się za siebie.....
A dlaczego on Ciebie nie akceptuje skoro jesteś jego żoną i w zasadzie czego nie akceptuje? A siebie akceptuje?
hm... napisał/a:Liwio.. życie mężowi oddałaś...
Tak, czasem tak czuję i pytam siebie DLACZEGO? Oczywiście tłumaczę sobie, że to mój mąż, że kocham go, bo kiedyś był fajnym facetem, bo mam tyle dobrych wspomnień, bo jak nie pije jest między nami naprawdę dobrze, bo jest dobrym ojcem.
I tu Ankinom i Hm......
Właśnie wczoraj terapeuta zapytał mnie-po co chcę mu znów pomagać, skoro przez ostatni rok moje życie wyglądało opłakanie?-a ja nie znałam na to pytanie odpowiedzi...w końcu powiedziałam, że kocham go, a on na to-co to za miłość? Skro dobre wspomnienia mnie przy nim trzymają to mam sobie wywiesić na ścianie zdjęcia z tymi wspomnieniami i patrzeć codziennie na nie i wspominać, ale nie z nimtylko sama. To że jest dobrym ojcem-ok, może nim być nie będąc ze mną. Pytał mnie czy mam poczucie stabilizacji, czy mogę zawsze na niego liczyć?-okazało się , że nie (co dawno wiedziałam, ale usłyszałam to z fachowych ust). W trakcie rozmowy wyszło, że mąż ma problem z akceptacją mnie taką jaką jestem i wyszło na to, że MY DZIEWCZYNY w takim przypadku mamy żyć sobą, o siebie się troszczyć, o swoich potrzebach myśleć, realizować to, czego dotąd przez męża nie zrealizowałyśmy, mamy znów poczuć się kobietami i zajmować się swoimi funkcjami w życiu jako matki i kobiety. A faceta/męża zadaniem jest określenie się w końcu-skoro żona mi nie pasuje to mam to wszystko w nosie i odchodzę. Bo mężowie w naszych przypadkach to doskonali manipulanci, my drobną manipulacją chcemy czasem nad nimi panować, ale tak naprawdę to oni są od nas lepsi. Wiedzą co powiedzieć, by zabolało, wiedzą co robić, by serce ukuło, wiedzą jak nami manipulować , by wyszło, że oni mają ręce czyste a my mamy wtedy poczucie winy i wyrzuty sumienia. Wg tego terapeuty-w niczym nie ma naszej winy, picie alkoholu przez mojego męża też nie jest moją winą. To oni-mężowie mają problem z akceptacją nas i nie mają konkretnego celu co do nas i stąd manipulacja. Poza tym nas kobiety gubi niekonsekwencja. A takiemu delikwentowi trzeba postawiać jasno i wyraźnie to czego od niego oczekujemy, jeśli tego nie ma z jego strony-trzeba wprowadzać w życie KONSEKWENCJE. A my nauczyłyśmy ich gderania i oni wiedzą doskonale, że pogdera i przestanie, zero w nas konsekwentnego działania. Z tego wszystkiego wynika, że mamy nad sobą pracować, aby zacząć siebie kochać, a to, że on czegoś w nas nie akceptuje to JEGO PROBLEM. Każdy "normalny" facet/człowiek podejmuje konkretne decyzje, a nie balansuje. I takim manipulantom nigdy się nie sprosta, bo on będzie wynajdywał co rusz inne haki na nas, a my w pogoni za tym, żebyśmy były takie jak on nas niby chce widzieć-zatracamy siebie całkowicie. Dla nich czy wedle nich nie możemy odgrywać ról jak aktorki, mamy być sobą i tyle, a jak jemu się to nie podoba to wyjazd.
Nie wiem, czy dobrze to wszystko ujęłam, ale mam nadzieję, że cokolwiek z tego potoku słów zrozumiałyście kobietki
o tak zrozumiałam, ja to wszystko wiedziałam, ale teraz przynajmniej potwierdził to fachowiec, kropka w kropkę potwierdził to co z nami robią nasi mężowie i jakie my jesteśmy - zdjęcie na ścianie....jedyna droga przed zatraceniem siebie do końca....
ja już tylko czekam na termin rozprawy, chociaż wiem, że i tak długa droga przede mną, abym w końcu uwierzyła w siebie, pokochała...
Witam, czytam dość długo wasze wypowiedzi, utożsamiam się z Wami, niedawno zrozumiałam, że jestem kobietą kochającą za bardzo. Jestem na etapie szukania psychologa, mam zamiar w niedługim czasie podjąć terapię, bo zupełnie sobie z tym nie radzę.
Mam pytanie, bo niektóre z Was są już bardzo doświadczone w patrzeniu na zwiazki ze świadomością, że jest się kkzb, czy terapia dla par może uratować związek? Rozstawaliśmy się 12 razy, on chce rozmawiać o powrocie, a ja boję się kolejny raz przez to przechodzić. Ja byłam toksyczna, z powodu syndromu kkzb, on unikał bliskości i okłamywał. On chce to ratować, a ja wiem, że "samo" się nie uratuje. Czy przejście przez terapię dla par daje szansę na to, że stworzymy zdrowy związek?
Ja mimo wszytsko, czy z nim, czy bez niego, zgłaszam się do psychologa, bo dłużej tak żyć nie dam rady.
A dlaczego on Ciebie nie akceptuje skoro jesteś jego żoną i w zasadzie czego nie akceptuje? A siebie akceptuje?
Tak naprawdę to mówi, że akceptuje, ale wiele w tym sprzeczności, bo ...to robię nie tak, tamto robię nie tak, to niedobrze, bo z psem nie wyszłam, bo jestem zmęczona po 5 h pracy, bo za długo śpię w soboty itd. A czy on siebie akceptuje-chyba tak, jednak jest bardzo często pogubiony w życiu i nie zna jego celu, nie ma hierarchii wartości.....
o tak zrozumiałam, ja to wszystko wiedziałam, ale teraz przynajmniej potwierdził to fachowiec, kropka w kropkę potwierdził to co z nami robią nasi mężowie i jakie my jesteśmy - zdjęcie na ścianie....jedyna droga przed zatraceniem siebie do końca....
ja już tylko czekam na termin rozprawy, chociaż wiem, że i tak długa droga przede mną, abym w końcu uwierzyła w siebie, pokochała...
Taj jak ja. Też niby wszystko wiem, ale konkretów w działaniu mało. Długa droga przed nami, ale może jednak do pokonania ![]()
Witaj Alex.....
12 razy to bardzo dużo. Może da coś wspólna terapia, ale miej siłę do walki o siebie....
ankinom napisał/a:o tak zrozumiałam, ja to wszystko wiedziałam, ale teraz przynajmniej potwierdził to fachowiec, kropka w kropkę potwierdził to co z nami robią nasi mężowie i jakie my jesteśmy - zdjęcie na ścianie....jedyna droga przed zatraceniem siebie do końca....
ja już tylko czekam na termin rozprawy, chociaż wiem, że i tak długa droga przede mną, abym w końcu uwierzyła w siebie, pokochała...
Taj jak ja. Też niby wszystko wiem, ale konkretów w działaniu mało. Długa droga przed nami, ale może jednak do pokonania
Witaj Alex.....
12 razy to bardzo dużo. Może da coś wspólna terapia, ale miej siłę do walki o siebie....
Wiesz Liwia, według mnie to jesteś w powiedzmy w gorszej sytuacji niż ja...
Twój mąż prowadzi z Tobą grę: kocham, nie kocham - i przez to od dwóch lat kręcisz się w kółko - chcesz być z nim, a za dwie godziny nie chcesz, znam to z autopsji i też wiem jak trudno podjąć decyzję o rozstaniu, ale przecież już raz ją podjęłaś, mieszkałaś chyba 1,5 roku bez niego, dawałaś sobie radę wiec czego się boisz? czy wtedy nie czułaś się "lżejsza", bardziej wolna, radosna?
teraz napiszę dlaczego ja mam lepiej: dziewięć miesięcy huśtawki, w końcu złożyłam pozew, ale było mi łatwiej bo mąż powiedział, że nie kochał i nie kocha, ba nawet jak chciał abyśmy do siebie wrócili to wyraźnie zaznaczył, że czuje się wypalony i muszę się z tym faktem pogodzić, żyć nadzieją, że może w końcu zasłużę sobie na jego miłość, otóż nie pogodziłam się z tym i bardzo się boje przyszłości, nigdy nie byłam sama, a tu dodatkowo dwoje dzieci na wychowaniu, ale wiem jedno: tak dłużej nie da się żyć, no nie da Liwio i Ty dobrze o tym wiesz, może któregoś dnia dojdziesz do tego samego wniosku co ja... może....bardzo tego Tobie życzę....
wiesz co mi pomaga jak łapią doły i chwile zwątpienia: wyobrażam sobie siebie za 10 - 15 lat, w tym samym miejscu co dzisiaj: sfrustrowana, bez chęci do życia, łaknąca miłości, uprawiająca seks bez czułości (ha dobrze jak jeszcze będę go uprawiać
).... przerażające co? mam inny plan na życie... a jeszcze jedno - dzieci, bo on jest taki dobrym ojcem, hmm mój ostatnio bardzo mnie zadziwia, ojciec do rany przyłóż, ale to dobrze nich dzieci korzystają póki jeszcze z nimi jest - wracając do dzieci, one kiedyś dorosną i odejdą i co wtedy Liwio, jak sobie wyobrażasz siebie, Wasz związek? Czy po prostu żyjesz nadzieją, że on się zmieni? oj zmieni na jeszcze bardziej starzejącego się marudę....
hm... napisał/a:A dlaczego on Ciebie nie akceptuje skoro jesteś jego żoną i w zasadzie czego nie akceptuje? A siebie akceptuje?
Tak naprawdę to mówi, że akceptuje, ale wiele w tym sprzeczności, bo ...to robię nie tak, tamto robię nie tak, to niedobrze, bo z psem nie wyszłam, bo jestem zmęczona po 5 h pracy, bo za długo śpię w soboty itd. A czy on siebie akceptuje-chyba tak, jednak jest bardzo często pogubiony w życiu i nie zna jego celu, nie ma hierarchii wartości.....
I to są według niego rzeczy nie do zaakceptowania? Czy to aby nie są pierdoły za przeproszeniem.
Ja mam różnie w związku,problemy z ogromnym bałaganiarstwem, z różnymi rzeczami, ale to jest do zrobienia małymi kroczkami, czy trzeba robić komuś krzywdę z tego powodu, że np. jest zmęczony po kilku godzinach pracy? Kurcze nie rozumiem. Jeśli się nie podoba to po co sie męczyć. Chyba, że chodzi o to, że jeśli ty jesteś zmęczona to on musi coś zrobić, to on musi wyjść z psem, itd. Czy nie chodzi tutaj o to, że jemu się nie chce nic robić, a zwala na Ciebie?
Jeśli przez lata się nie zmienił i zagląda w kielich to marne szanse. Przecież Liwio zasługujesz na lepsze życie. Czy to nie jest masochizm, żeby jawnie dawać się niszczyć. A kimże on jest?
Wiecie co. Ja mimo problemów typu brak kasy, co nie jest psikusem, bo sporo mam na głowie niedługo i nie wiem skąd wezmę. Więc mimo tego na tyle jestem zdystansowana i samodzielna, że jakiekolwiek głupie uwagi zwykłe, uporczywe i oskarżające obracam na swoją potrzebę w odpowiedni sposób, niejednokrotnie wykorzystując technikę drugiej strony, co jest w skutkach zadziwiające. Powiedziałam, że nie chcę psa w domu, on wziął i musi konsekwentnie po nim sprzątać, dbać o niego i wyprowadzać na spacery, wyjątek był tylko podczas choroby. To przykład. Ale ja nie jestem kochająca za bardzo, może na początku byłam kiedy dałam się zaślepić, w poprzednim układzie. Ale przejrzałam na oczy i teraz trwają sprawy. I nie dam się zrobić w balona bo miałam odwagę odejść, wyrzucić go z domu. Po moim trupie. On ofiarę będzie udawał. Mimo, że miał kilka spraw karnych, które umorzono i dzięki temu czuje się bezkarnie. Mam nadzieję, że długo to nie potrwa. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która przeżyła coś podobnego i bezkarność jej idioty skończyła się w sądzie podczas rozpraw rozwodowych. Taki był mądry, rodzinę miał za sobą. Kiedy wygrała, dziecko zostało z nią on został sam, stracił całe wsparcie, które miał.
I trochę mnie jej sytuacja uspokoiła.
Ankinom - masz świętą rację , co do mnie. Nie wiem, która sytuacja z naszych jest bardziej beznadziejna, ale wiem jedno-dość już tego wszystkiego. Zaczynam stawiać wszystko na jedną kartę i mam zamiar JA być szczęśliwą, JA robić i działać w życiu jak kiedyś, JA chcę zacząć w końcu kochać siebie. Postanowiłam, że spróbuję "wyciągnąć" męża z pijaństwa, z jego nieradzenia sobie, ale na dzień dzisiejszy wiem-że już NIE za wszelką cenę. Mam zamiar "pochodzić" jeszcze do tego terapeuty i zacząć wmawiać sobie to co jest faktem-jestem samodzielna, mam pracę, wykształcenie i wiesz Hm....rzeczywiście , mimo wielu targających mną emocji, gdy z mężem nie byłam-doskonale dawałam sobie radę. Tak naprawdę brak poczucia spokoju, brak stabilizacji przy mężu sprawia, że zaczynam widzieć, że i tak czy on tu jest czy go nie ma - muszę sama dawać sobie radę.
Na siłę nie będę próbowała wpływać na niego, pilnować go, wciąż prowadzić za rączkę, czy coś w tym rodzaju. Zdeklarowałam się przed jego rodziną, że spróbuję mu pomóc (znów!) i dotrzymam słowa, bo oni tez są dziwnie nieporadni, nawet nie nazywają po imieniu faktu, że syn/ brat pije. Ale już nic na siłę. Nie chcę męczyć się do starości i pluć sobie w twarz, że życie uciekło mi między palcami.
I masz rację Hm...to o co on się czepia to pierdoły, o które czepiać się może smarkaty chłopiec, a nie dorosły facet.
Bo oni często tak mają, że czepiają się o pierdoły, a rzeczy naprawdę ważne pomijają.
Na upartego zawsze jest się do czego przyczepić.
Podziwiam Cię bardzo.
Ja dziś zakańczam stare sprawy. Jeśli nie zmieni się bezczynność niektórych nie będę się szczypać. Zajmę się sobą sama, a może znajdzie się ktoś kto też będzie chciał się zająć, bo ten co jest wcale nie chce. Nawet nie stać go na szczerość, na jeden gest, na jakiekolwiek wyjaśnienie. Udaje tylko, że to nie problem, ze mnie robi potwora, który myśli tylko o jednym.
A czy ja nie mam prawa być szczęśliwa, cieszyć się każdą chwilą, czuć się dobrze? Tylko mam być poniewierana i odpychana, wciąż i wciąż. Ale nie ma problemu przecież. Zapytałam dziś ile jeszcze mam czekać, i choćbym wiedziała, że jest na co. A ja nic nie wiem. Tu jedna sprawa, tam druga. Jak nie psychopata to oziębły nie wiadomo czy nie gej, bo jak tak się zachowuje od takiego czasu to jest to co najmniej dziwne.
Więc ma czas do dziś. Tylko, żeby nie miał żalu potem i pretensji.
Najłatwiej olać sprawę a potem płakać. Nie obchodzi mnie to, koniec. Mam to w głębokim poważaniu. Tak jak on mnie.
Ze łzami w oczach... Nie, z całą odpowiedzialnością i odwagą. Jeśli nie zmienisz swojego postępowania z ulgą powiem, spadaj.
Dziewczyny nie dajmy się, szkoda czasu. Szkoda się męczyć. Szkoda.
Jakoś sporo osób chce mnie wykorzystać, jemu nawet się udało. Tak żeby im było dobrze, a my? Gdzie jest miejsce dla nas i kim my właściwie dla Was jesteśmy? KIM do cholery?
On mnie nie słucha, jak grochem w ścianę, a mnie szlak trafia. Wkurza mnie to.
Hm...jakbym czytała fragmenty o sobie. Ja też mam zamiar porządkować w końcu życie i nie mam zamiaru być więcej męczennicą i wciąż go ratować. Mam zamiar wprowadzać swój plan coraz bardziej w życie i go realizować konsekwentnie! Trudno-najwyżej znów ja podejmę decyzję i zostanę sama z dzieckiem, a on niech robi co chce, wtedy nie ruszę palcem w jego stronę. Niech nawet pije do upadłego i leży pod mostem, to będzie jego wybór.
"Dziewczyny nie dajmy się, szkoda czasu. Szkoda się męczyć. Szkoda." - niech to zdanie Hm, będzie myślą przewodnią.........
Nie dajmy się. Nigdy się nie dajmy.
Kochanie za bardzo to choroba-trzeba sobie to uświadomić i się z tego leczyć.Dla mnie tacy ludzie są toksyczni.
Ankinom - masz świętą rację , co do mnie. Nie wiem, która sytuacja z naszych jest bardziej beznadziejna, ale wiem jedno-dość już tego wszystkiego. Zaczynam stawiać wszystko na jedną kartę i mam zamiar JA być szczęśliwą, JA robić i działać w życiu jak kiedyś, JA chcę zacząć w końcu kochać siebie. Postanowiłam, że spróbuję "wyciągnąć" męża z pijaństwa, z jego nieradzenia sobie, ale na dzień dzisiejszy wiem-że już NIE za wszelką cenę. Mam zamiar "pochodzić" jeszcze do tego terapeuty i zacząć wmawiać sobie to co jest faktem-jestem samodzielna, mam pracę, wykształcenie i wiesz Hm....rzeczywiście , mimo wielu targających mną emocji, gdy z mężem nie byłam-doskonale dawałam sobie radę. Tak naprawdę brak poczucia spokoju, brak stabilizacji przy mężu sprawia, że zaczynam widzieć, że i tak czy on tu jest czy go nie ma - muszę sama dawać sobie radę.
Na siłę nie będę próbowała wpływać na niego, pilnować go, wciąż prowadzić za rączkę, czy coś w tym rodzaju. Zdeklarowałam się przed jego rodziną, że spróbuję mu pomóc (znów!) i dotrzymam słowa, bo oni tez są dziwnie nieporadni, nawet nie nazywają po imieniu faktu, że syn/ brat pije. Ale już nic na siłę. Nie chcę męczyć się do starości i pluć sobie w twarz, że życie uciekło mi między palcami.
I masz rację Hm...to o co on się czepia to pierdoły, o które czepiać się może smarkaty chłopiec, a nie dorosły facet.
Tak na prawdę, obie mamy trudną sytuację - Ty w związku bez poczucia stabilizacji, ja coraz bliżej rozwodu - obie w jakimś sensie poniosłyśmy porażkę.
Jeżeli czujesz, że dasz radę jemu pomóc wyjść z nałogu to ok, pewnie robisz to dla siebie, bo jeżeli dla niego, to nie dobrze, bo później będziesz oczekiwała wdzięczności, a możesz jej nie otrzymać i znowu będziesz sfrustrowana, że ja dla ciebie tyle poświęciłam....
Ja już nie chcę się poświęcać, może zabrzmi to egoistycznie, ale nawet dzieci nie są dla mnie "czynnikiem", który mnie przy nim zatrzyma, ja już chyba osiągnęłam to swoje dno, o którym pisały dziewczyny... nie ma siły dalej żyć, nie, nic sobie nie zrobię, nawet nie wiesz jak bardzo jestem tym zmęczona, każda rozmowa z nim wysysa ze mnie energię, czuję się sfrustrowana - miałam chęci i ochotę zmienić nasze życie, ale jego słowa, sposób patrzenia na życie jest dla mnie niezrozumiały, on tak świetnie mną manipuluje, że za każdym razem czuję się wszystkiemu winna, nawet temu, że przestał mnie kochać....
hm - wiesz, że kiedyś mąż powiedział,że przestała mnie kochać, bo m.in. za długo śpię w soboty, a wczoraj stwierdził, że nie umiem stworzyć rodzinnej atmosfery bo na spacerze powiedziałam, że jest mi zimno i chce iść już do domu...
Tragedia. Nie masz prawa odczuwać tego czy tamtego.. Ale jaja. To jest kosmos.
Ja widzę jeden czynnik. Jeśli chory układ się nie ruszy to ucierpisz Ty i dzieci.
Jeżeli czujesz, że dasz radę jemu pomóc wyjść z nałogu to ok, pewnie robisz to dla siebie, bo jeżeli dla niego, to nie dobrze, bo później będziesz oczekiwała wdzięczności, a możesz jej nie otrzymać i znowu będziesz sfrustrowana, że ja dla ciebie tyle poświęciłam....
Ja już nie chcę się poświęcać, może zabrzmi to egoistycznie, ale nawet dzieci nie są dla mnie "czynnikiem", który mnie przy nim zatrzyma, ja już chyba osiągnęłam to swoje dno, o którym pisały dziewczyny... nie ma siły dalej żyć, nie, nic sobie nie zrobię, nawet nie wiesz jak bardzo jestem tym zmęczona, każda rozmowa z nim wysysa ze mnie energię, czuję się sfrustrowana - miałam chęci i ochotę zmienić nasze życie, ale jego słowa, sposób patrzenia na życie jest dla mnie niezrozumiały, on tak świetnie mną manipuluje, że za każdym razem czuję się wszystkiemu winna, nawet temu, że przestał mnie kochać....
hm - wiesz, że kiedyś mąż powiedział,że przestała mnie kochać, bo m.in. za długo śpię w soboty, a wczoraj stwierdził, że nie umiem stworzyć rodzinnej atmosfery bo na spacerze powiedziałam, że jest mi zimno i chce iść już do domu...
Być może jakoś uda mi się wyciągnąć go z picia, ale nie mam pewności co do niego, bo on jest jak wiatr-raz w prawo, raz w lewo. Nie chcę robić już tego dla niego, tylko dla siebie i na tym koniec.
Co do rodzinnej atmosfery i spania w sobotę....jakbym słyszała mojego męża, dokładnie to samo. Hm..ma rację, to jest kosmos, musiałybyśmy być takie, jak oni chcę, a nie tym kim jesteśmy. Mimo naszego starania i tak zawsze byłoby coś nie tak, no takiego gościa nie zadowolisz chociażby nie wiem co. Mizoginista w wielu aspektach.
Aaaaaa.........i nie poddawaj się Ankinom za żadne skarby. Teraz liczysz się TY, a on...kiepsko widzę go bez Ciebie, ale to niech nie ma już dla Ciebie znaczenia. Gdybyś była z moich "okolic" zaraz dałabym Ci namiary na tego terapeutę.......
Witajcie kochane kobietki. Dawno mnie tu nie było i muszę nadrobić zaległości.
Zacznę od życzeń
W Nowym Roku każdej z Was życzę wiary w siebie, spokoju, spełnienia marzeń i oczekiwań. Życzę też dużo zdrowia i pogody ducha.
wiem jak trudno podjąć decyzję o rozstaniu, ale przecież już raz ją podjęłaś, mieszkałaś chyba 1,5 roku bez niego, dawałaś sobie radę wiec czego się boisz? czy wtedy nie czułaś się "lżejsza", bardziej wolna, radosna?
zgadzam się z Tobą i wiem jak trudno podjąć decyzję o rozstaniu. Przecież jest rodzina, dzieci, dom, zobowiązania, plany i nadzieje. Nie jestem z mężem od kilku miesięcy i nie tęsknię za nim....ale ....no właśnie cały czas jest to ale. Jestem świadoma, że nie kocham go i nie chcę z nim być a jednak nie jestem w pełni szczęśliwa. Nie wyobrażam sobie już bycia z nim a jednak ....sama nie wiem jak to nazwać.
teraz napiszę dlaczego ja mam lepiej: dziewięć miesięcy huśtawki, w końcu złożyłam pozew, ale było mi łatwiej bo mąż powiedział, że nie kochał i nie kocha
nie zgadzam się z tym co napisałaś. Jeśli ktoś dojrzał do decyzji rozstania to nie ważne jest czy druga osoba kocha czy nie. Ważne jest co my czujemy.Gdyby mój jeszcze mąż błagał , skomlał , przysięgał to nic to nie da. To ja już go nie chcę i nie interesuje mnie czy on kocha czy nie.
żyć nadzieją, że może w końcu zasłużę sobie na jego miłość
Tak masz rację to jest okropne uczucie....nadzieja na jałmużnę , na łaskę......wszystko jest lepsze od tej nadziei.
wiem jedno-dość już tego wszystkiego. Zaczynam stawiać wszystko na jedną kartę i mam zamiar JA być szczęśliwą, JA robić i działać w życiu jak kiedyś, JA chcę zacząć w końcu kochać siebie. Postanowiłam, że spróbuję "wyciągnąć" męża z pijaństwa, z jego nieradzenia sobie, ale na dzień dzisiejszy wiem-że już NIE za wszelką cenę. Mam zamiar "pochodzić" jeszcze do tego terapeuty i zacząć wmawiać sobie to co jest faktem-jestem samodzielna, mam pracę, wykształcenie i wiesz Hm....rzeczywiście , mimo wielu targających mną emocji, gdy z mężem nie byłam-doskonale dawałam sobie radę. Tak naprawdę brak poczucia spokoju, brak stabilizacji przy mężu sprawia, że zaczynam widzieć, że i tak czy on tu jest czy go nie ma - muszę sama dawać sobie radę.
Na siłę nie będę próbowała wpływać na niego, pilnować go, wciąż prowadzić za rączkę, czy coś w tym rodzaju. Zdeklarowałam się przed jego rodziną, że spróbuję mu pomóc (znów!) i dotrzymam słowa, bo oni tez są dziwnie nieporadni, nawet nie nazywają po imieniu faktu, że syn/ brat pije. Ale już nic na siłę. Nie chcę męczyć się do starości i pluć sobie w twarz, że życie uciekło mi między palcami.
I masz rację Hm...to o co on się czepia to pierdoły, o które czepiać się może smarkaty chłopiec, a nie dorosły facet.
Miło czytać te słowa
Cieszę się, że wiesz jakie masz rozwiązania swojego problemu i powoli godzisz się z przegraną w walce o niego ale nie o siebie. Miło się czyta inną Liwię i tak trzymaj !
Zazdroszczę Ci dobrego terapeuty. Trudno o takich. Trzymam za Ciebie kciuki.
Czytam Was kochane i dochodzę do wniosku, że my przestajemy siebie lubić i akceptować po ich narzekaniach i frustracji. Zatracamy sie i gubimy a odnaleźć się nie jest łatwo......może właśnie to mój problem. Może muszę sie na nowo odnaleźć i przede wszystkim sobie pokazać czy udowodnić, że jestem fajna i można ,mnie lubić, że sama siebie mogę lubić. Ważne są dla mnie miłe słowa. Wiele radości i dumy czułam po słowach starszego syna: mamo wszyscy znajomi jednogłośnie powiedzieli, że mam bardzo fajną mamę i mocno mnie uściskał. Popłakałam się. Te słowa były dla mnie bardzo ważne. Wiedziałam, że jestem fajną mamą ale te słowa aż mnie rozczuliły. Był dumny i ja też. Czuję, że potrzebne mi takie słowa. Potrzebuję akceptacji. To chyba normalne po kilku latach upokorzeń i wydziwiania męża.
Tamten rok był dla mnie okropny. Co kilka miesięcy coś złego wydarzało się. Przed Świętami rozmawiałam z koleżanką, która jest chora. Od kilku lat zmaga sie z chorobą nowotworową....słowa jej były wypowiadane z trudem. Wiedziałam, ze jest źle....drugiego dnia Świat umarła. Odeszła bardzo mi bliska osoba. Kochałam ją jak siostrę. Zostawiła dwoje dorosłych ale jeszcze niesamodzielnych dzieci i męża, kochającego ją nad wszystko.....widocznie w życiu nie można mieć wszystkiego....
Nie udało mi się też uzyskać rozwodu...mam nadzieję, że na następnej sprawie już go dostanę.
Mam też nadzieję, że ten rok będzie nie tylko dla mnie łaskawszy.
ankinom napisał/a:Jeżeli czujesz, że dasz radę jemu pomóc wyjść z nałogu to ok, pewnie robisz to dla siebie, bo jeżeli dla niego, to nie dobrze, bo później będziesz oczekiwała wdzięczności, a możesz jej nie otrzymać i znowu będziesz sfrustrowana, że ja dla ciebie tyle poświęciłam....
Ja już nie chcę się poświęcać, może zabrzmi to egoistycznie, ale nawet dzieci nie są dla mnie "czynnikiem", który mnie przy nim zatrzyma, ja już chyba osiągnęłam to swoje dno, o którym pisały dziewczyny... nie ma siły dalej żyć, nie, nic sobie nie zrobię, nawet nie wiesz jak bardzo jestem tym zmęczona, każda rozmowa z nim wysysa ze mnie energię, czuję się sfrustrowana - miałam chęci i ochotę zmienić nasze życie, ale jego słowa, sposób patrzenia na życie jest dla mnie niezrozumiały, on tak świetnie mną manipuluje, że za każdym razem czuję się wszystkiemu winna, nawet temu, że przestał mnie kochać....
hm - wiesz, że kiedyś mąż powiedział,że przestała mnie kochać, bo m.in. za długo śpię w soboty, a wczoraj stwierdził, że nie umiem stworzyć rodzinnej atmosfery bo na spacerze powiedziałam, że jest mi zimno i chce iść już do domu...
Być może jakoś uda mi się wyciągnąć go z picia, ale nie mam pewności co do niego, bo on jest jak wiatr-raz w prawo, raz w lewo. Nie chcę robić już tego dla niego, tylko dla siebie i na tym koniec.
Co do rodzinnej atmosfery i spania w sobotę....jakbym słyszała mojego męża, dokładnie to samo. Hm..ma rację, to jest kosmos, musiałybyśmy być takie, jak oni chcę, a nie tym kim jesteśmy. Mimo naszego starania i tak zawsze byłoby coś nie tak, no takiego gościa nie zadowolisz chociażby nie wiem co. Mizoginista w wielu aspektach.
Aaaaaa.........i nie poddawaj się Ankinom za żadne skarby. Teraz liczysz się TY, a on...kiepsko widzę go bez Ciebie, ale to niech nie ma już dla Ciebie znaczenia. Gdybyś była z moich "okolic" zaraz dałabym Ci namiary na tego terapeutę.......
a z jakich jesteś okolic, bo ja z nad morza ![]()
właśnie mam zamiar kupić tą książkę, której fragmenty cytowałaś, bo wypisz wymaluj zachowanie mojego męża....
to prawda, takiej osoby nie zadowolisz.... ja przez 16 lat ( o naiwna, głupia baba!) ciągle dążyłam do spełnienia wymagań, ale dzisiaj wiem, że to syzyfowa praca.... ja mnie się udało "spełnić" jego jakieś oczekiwanie to za chwilę było inne, bo jednak nie o to jemu chodziło...można normalnie zgłupieć....
ankinom napisał/a:wiem jak trudno podjąć decyzję o rozstaniu, ale przecież już raz ją podjęłaś, mieszkałaś chyba 1,5 roku bez niego, dawałaś sobie radę wiec czego się boisz? czy wtedy nie czułaś się "lżejsza", bardziej wolna, radosna?
zgadzam się z Tobą i wiem jak trudno podjąć decyzję o rozstaniu. Przecież jest rodzina, dzieci, dom, zobowiązania, plany i nadzieje. Nie jestem z mężem od kilku miesięcy i nie tęsknię za nim....ale ....no właśnie cały czas jest to ale. Jestem świadoma, że nie kocham go i nie chcę z nim być a jednak nie jestem w pełni szczęśliwa. Nie wyobrażam sobie już bycia z nim a jednak ....sama nie wiem jak to nazwać.
ankinom napisał/a:teraz napiszę dlaczego ja mam lepiej: dziewięć miesięcy huśtawki, w końcu złożyłam pozew, ale było mi łatwiej bo mąż powiedział, że nie kochał i nie kocha
nie zgadzam się z tym co napisałaś. Jeśli ktoś dojrzał do decyzji rozstania to nie ważne jest czy druga osoba kocha czy nie. Ważne jest co my czujemy.Gdyby mój jeszcze mąż błagał , skomlał , przysięgał to nic to nie da. To ja już go nie chcę i nie interesuje mnie czy on kocha czy nie.
ankinom napisał/a:żyć nadzieją, że może w końcu zasłużę sobie na jego miłość
Tak masz rację to jest okropne uczucie....nadzieja na jałmużnę , na łaskę......wszystko jest lepsze od tej nadziei.
Witaj Zofio, ja również życzę szczęścia i spokoju w Nowym Roku ![]()
Nie zrozumiałaś mnie - chodziło mi o Liwie, że jest jej gorzej odejść, bo ona męża kocha i mąż ja też, no przynajmniej tak deklaruje i dlatego trudno jej odejść, bo ma jeszcze nadzieje .... i jeżeli sama Liwa któregoś dnia stwierdzi, nie kocha męża to nie będą dla niej ważne uczucia jej męża....
Mnie też nie było łatwiej podjąć taką decyzję, ale fakt, że maż mnie nie kocha to mi sprawę ułatwiło, bo nie chce żyć z osobą która myśli o innej kobiecie, ale wierz mi, że wolałabym mieć pełną i kochającą się rodzinę....
wierz mi, że wolałabym mieć pełną i kochającą się rodzinę....
Jak każdy.
Wychodziłam za mąż chcąc stworzyć szczęśliwą rodzinę. Mój mąż był taki dobry i uroczy, że z nim musiała być pełna i szczęśliwa rodzina. Inne małżeństwa mogły sie rozpaść ale nie moje. On przecież tak kochał i był taki dobry. Inni mogli nie mieć pieniędzy a mój mąż taki obrotny......marzenia, złuda. Dzisiaj ja nie chcę go i nie liczy sie co on chce. Chciał wrócić ale ja go juz nie chciałam i nie byłam zainteresowana co mówił i co chciał. Liczyłam sie ja i moje emocje. Co z tego, że mówił o miłości, pożądaniu, rodzinie jak ja go już nie chciałam. Nie interesowały mnie jego emocje, uczucia i słowa. Wiedziałam czego ja chcę a chciałam rozwodu i alimentów i krok po kroku realizuję swoje zamiary. Z uśmiechem na ustach myślę o małym mieszkaniu, ciszy i spokoju. A on ? nie jestem nawet zainteresowana co robi i z kim jest. Jego już nie ma. Nie ma go w moich myślach nawet jako ojca moich dzieci, jest tylko płatnik, płatnik alimentów.
Czytam Was kochane i dochodzę do wniosku, że my przestajemy siebie lubić i akceptować po ich narzekaniach i frustracji. Zatracamy sie i gubimy a odnaleźć się nie jest łatwo......może właśnie to mój problem. Może muszę sie na nowo odnaleźć i przede wszystkim sobie pokazać czy udowodnić, że jestem fajna i można ,mnie lubić, że sama siebie mogę lubić. Ważne są dla mnie miłe słowa. Wiele radości i dumy czułam po słowach starszego syna: mamo wszyscy znajomi jednogłośnie powiedzieli, że mam bardzo fajną mamę i mocno mnie uściskał. Popłakałam się. Te słowa były dla mnie bardzo ważne. Wiedziałam, że jestem fajną mamą ale te słowa aż mnie rozczuliły. Był dumny i ja też. Czuję, że potrzebne mi takie słowa. Potrzebuję akceptacji. To chyba normalne po kilku latach upokorzeń i wydziwiania męża.
Tamten rok był dla mnie okropny. Co kilka miesięcy coś złego wydarzało się. Przed Świętami rozmawiałam z koleżanką, która jest chora. Od kilku lat zmaga sie z chorobą nowotworową....słowa jej były wypowiadane z trudem. Wiedziałam, ze jest źle....drugiego dnia Świat umarła. Odeszła bardzo mi bliska osoba. Kochałam ją jak siostrę. Zostawiła dwoje dorosłych ale jeszcze niesamodzielnych dzieci i męża, kochającego ją nad wszystko.....widocznie w życiu nie można mieć wszystkiego....
Nie udało mi się też uzyskać rozwodu...mam nadzieję, że na następnej sprawie już go dostanę.
Mam też nadzieję, że ten rok będzie nie tylko dla mnie łaskawszy.
Przykro mi z powodu koleżanki ...
Masz rację Zofio, ja też mam problem z akceptowaniem siebie... wiesz maja ułomność polega na tym, że całe swoje dorosłe życie uzależniłam od zasłużenia sobie na miłość męża - kiedy mąż oświadczył,że już od dawna mnie nie kocha to moja rozpacza brała się z tego, że już nie mam szans, aby w końcu usłyszeć, że mnie kocha... to jest chore...
uczę się lubić siebie - bardzo to trudne - i jeszcze coś, jak już kiedyś o tym pisałam, że rozpad każdego związku są winne dwie osoby, a ja mam problem bo tak do końca nie potrafię znaleźć winy w sobie, to nie chodzi o to, że uważam się za idealną, ale te moje wady, według mnie, były do zaakceptowania, tak jak wady męża, które ja akceptowała, umiałam z nimi żyć, bo wtedy tych zalet było więcej... a mój mąż nie potrafił zaakceptować tego, że dłużej śpię to co mówić o większych błędach, pomyłkach..
a to nie niespodzianka, nie wiedziałam, że wystąpiłaś o rozwód
a dlaczego nie dostałaś rozwodu, przecież masz już dorosłe dzieci i mąż Ciebie zdradził... to ja na pewno go nie dostanę, mamy małe dzieci. ![]()
Witajcie,
pisałam tu 2 strony temu i wtedy byłam w nieciekawym nastroju. Myślę że jest ze mną coraz lepiej, choć jeszcze w 100% nie uwolniłam się od myśli o nim. Teraz co prawda widzę bardziej klarownie jego wady i niewłaściwe zachowania. Pisze do mnie, przeczytał książkę, którą mu wysłałam o związkach, widzi swoje błędy i części mnie to odpowiada... choć chyba tej mniejszej. Po przeczytaniu większej części tego wątku raczej na słowa nigdy już się nie złapię. A jednym z odkryć było to iż ten mój ex był bardzo dobrym bajkopisarzem ;P Właściwie to chyba był związek oparty na tym co będzie kiedy w końcu coś tam się stanie ( a to studia się skończą, a to pracę lepszą znajdziemy i się od rodziców wyprowadzimy... cała masa)... Związek marzeń i obiecanek.
Pękło coś we mnie w sylwestra... Złożył mi życzenia, pięknie oczywiście. Że chciałby abym była szczęśliwa czy to z nim czy z kimś innym itd. No wzruszyłam się, przez chwilę miałam nadzieję że zrozumiał że był nie w porządku... Pisał że nie wytrzyma beze mnie bla bla i że chciałby bardzo się spotkać, chociażby żeby oddać mi moje rzeczy. Zgodziłam się bo akurat dysponowałam chwilą czasu 1 stycznia. Umówiliśmy się więc, miał przyjechać do mnie na 14. O 12 napisał że się nie wyrobi bo musi pomóc z czymś rodzicom... Tego chyba nikt nie miał tutaj ;P Jak wasi exowie na kolanach przyłazili, to przynajmniej się starali w tej jednej chwili a ten najwyraźniej uważa że ja czekać będę w nieskończoność... Zdenerwowałam się... przypomniało mi się jakie emocje mną targały kiedy robił wcześniej coś podobnego, taki ucisk za mostkiem, przyspieszone bicie serca, oddech i mord w oczach... Ochłonęłam jednak zanim napisałam że ja czekać nie zamierzam, mam inne plany. Moje drogie nawet nie przeprosił... Napisał potem po 18 że przedłużyło się niestety...
To chyba taki miły zimny prysznic na początek nowego roku. Postanowiłam sobie że 2012 będzie moim rokiem. Teraz staję na nogi i w końcu czas zrobić porządek z nieśmiałością i niską samooceną. Czas też nauczyć się racjonalnie oceniać ludzi i swoje możliwości.
Zauważyłam że w obu związkach jakie dotąd miałam, starałam się nad wyraz
Działo się to podświadomie, na tyle że ja tego do niedawna nie widziałam. A potem się dziwiłam że przyłażą po zerwaniu bo nie mogą o mnie zapomnieć.. No tak, jak mogą zapomnieć jak ja się starałam ponad siły
Byłam najlepsza w kuchni, najlepsza w robieniu prezentów, najlepsza do rozmowy, najlepsza w łóżku bo spełniałam ich fantazje... Czemu tu się dziwić.. A na koniec miałam depresję... I to tylko w 3-4 lat.
Nie wiem też jak u was się objawiał sprzeciw wewnętrzny? Moje poczucie winy po zerwaniu wzięło się z tego, że owy Ex ostatni nie umiał poradzić sobie z moimi impulsywnymi nerwami. Nie rzucałam szklankami, nie nie. Wkurzałam się jak robił coś nie tak jak chciałam, jak nie był wyrozumiały, jak nie był taki jakiego potrzebowałam.. zamiast odejść ja robiłam wtedy awantury. Jak dziecku tłumaczyłam że tak nie wolno, że to nie w porządku, że mi się to nie podoba bo czuję się z tym źle, że mnie obraża... A On szedł w zaparte bo nie robił nic złego (czasem nie czasem tak) i tylko prosił żebyśmy nie kłócili się o pierdoły XD na to słowo ja reagowałam jak byk na czerwoną płachtę... Na koniec powiedział mi że byłam irracjonalna, że wina leży po mojej stronie bo nie umiem utrzymać emocji na wodzy i wpadam w furię... Stąd te 2 miesiące biczowania się... Potem przyznał się że nie akceptował mojego światopoglądu i próbował go zmienić a więc że nie tylko ja byłam winna... A ja co na to? Ojej w końcu przyznał sie do winy, cudownie, może coś zrozumiał i się zmieni...
To paranoja jakaś.. jak na to patrzę dzisiaj.
Masz rację Zofio, ja też mam problem z akceptowaniem siebie... wiesz maja ułomność polega na tym, że całe swoje dorosłe życie uzależniłam od zasłużenia sobie na miłość męża - kiedy mąż oświadczył,że już od dawna mnie nie kocha to moja rozpacza brała się z tego, że już nie mam szans, aby w końcu usłyszeć, że mnie kocha... to jest chore...
...no właśnie akceptować siebie po latach w "chorym związku" nie jest łatwo. Ja nie umiem wybaczyć sobie...... . Ty uzależniłaś się? to co ja mam mówić. Liczył sie tylko on jego praca jego odpoczynek, jego samopoczucie. Nie pracowałam zawodowo i obudziłam sie jako stara kobieta nic nie znacząca. Nie mająca swojego miejsca w realu. Ciężko mi sie podnosić. Zdaję sobie też sprawę, że to ja będę spłacała długi męża. Bez pracy i z długami - tak zaczynam swoje nowe życie a mąż nie poczuwa się nawet płacić na syna. Nie jest zainteresowany czy będzie miał co jeść. Smutne ale mam to przez swoją naiwność, głupotę. Mnie życie nauczyło, że ważna powinna być kobieta dla samej siebie. Powinna realizować siebie i swoje plany a nie patrzeć na partnera. Nie traktowałam męża jak bankomat ale dzis wiem , że powinnam. Powinnam siebie zabezpieczać w jakikolwiek sposób.
że rozpad każdego związku są winne dwie osoby, a ja mam problem bo tak do końca nie potrafię znaleźć winy w sobie, to nie chodzi o to, że uważam się za idealną, ale te moje wady, według mnie, były do zaakceptowania, tak jak wady męża, które ja akceptowała, umiałam z nimi żyć, bo wtedy tych zalet było więcej... a mój mąż nie potrafił zaakceptować tego, że dłużej śpię to co mówić o większych błędach, pomyłkach..
Dłużej śpisz ? Przecież należy Ci sie odpoczynek i masz prawo odpoczywać jak lubisz. Nie akceptuje Cię ? ....no nie ma przymusu ale jest z tego wyjście - rozstanie.
Nie zgadzam się z Tobą, że za rozpad związku odpowiadają dwie strony. Gdyby tylko Twój mąż umiał rozmawiać myślę, że dogadalibyście się. Każdy związek ma lepsze i gorsze dni, miesiące. wiele można załatwić rozmową ale to sztuka mówić o swoich uczuciach. Łatwiej jest wykrzyczeć oczekiwania. Łatwiej jest oskarżać jak rozwikłać problem. Rozmowa to sztuka.
a to nie niespodzianka, nie wiedziałam, że wystąpiłaś o rozwód
a dlaczego nie dostałaś rozwodu, przecież masz już dorosłe dzieci i mąż Ciebie zdradził... to ja na pewno go nie dostanę, mamy małe dzieci.
Spokojnie ! Nie dostałam rozwodu bo mój mąż nie stawił sie w sądzie. Sędzia potraktował moją sprawę jak i inne tzn. jak kolejny numer. Na pierwszej sprawie nie doszło do przesłuchania. Nie stawił się mąż i sędzia dał mu kolejna szansę na stawienie się. Przy kolejnej były już przesłuchania mnie i świadków. Sąd był bardzo zainteresowany czy kocham męża i czy jest jakaś szansa na trwanie tego związku. Przesłuchiwana byłam chwilę. Sąd nie był zainteresowany co wydarzyło sie w naszym związku. powiedziałam, ze były zdrady i sąd nie czekał na opowieść od razu zadał mi kolejne pytanie. Moje zeznania trwały kilka minut. Sąd też nie chciał nic słyszeć o przemocy psychicznej. Tak to trochę dziwnie się odbywało. Kolejną szansę dostał mój mąż - czyli odbędzie sie jeszcze jedna rozprawa i jeśli on znowu się nie stawi sąd zapewnił mnie, że dostanę rozwód zaocznie. Ponieważ nic na temat mojego małżeństwa właściwie sąd nie wie więc na koniec rozprawy przekazałam wszystkie dowody a kolejnego dnia dołączyłam opis co złożyło się na rozpad tego związku jak i opis dowodów.
Ankinom sąd jest zainteresowany by za WSZELKĄ cenę małżeństwo trwało. Dla sądu ważne jest dobro dzieci a według praw naszych mąż może bić, poniżać oby dzieci miały pełną rodzinę. Trzeba w sądzie udowodnić przy małych dzieciach, że nie ucierpi ich dobro i bez ojca będzie się im żyło lepiej. Ja mając prawie dorosłego syna też musiałam mówić, że dobro dziecka nie ucierpi a wręcz przeciwnie będzie ono szczęśliwsze bez ojca. Ważne by w sądzie powiedzieć: NASTĄPIŁ CAŁKOWITY ROZPAD MAŁŻEŃSTWA I DZIECI NA TYM NIE UCIERPIĄ. Trzeba mieć świadków i dowody, że mąż nie zajmował sie dziećmi , nie poświęcał im czasu , nie rozwijał w nich zainteresowań. Sąd też pytał od kiedy nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa i od kiedy ze sobą nie sypiamy. Jeśli myślisz o rozwodzie musisz udowodnić, że Twoje dzieci nie ucierpią na tym, że nie będą z ojcem. Dziwne to prawo. Powinnaś zbierać dowody np. rysunki dzieci czy nagrania jak ojciec zwraca się do nich jak je traktuje. Nie ma rzeczy niemożliwych jeśli przygotujesz się dostaniesz rozwód. Musisz też mieć na uwadze, że jeśli nawet oboje w sądzie powiecie, że nie chcecie ze sobą żyć to sąd będzie brał pod uwagę dobro dzieci a nie wasze zdanie. Wiele kobiet z małymi dziećmi dostaje rozwód więc jeśli będziesz przygotowana to i Ty go dostaniesz.Trzymam za to kciuki. Sąd to tez ludzie i różnie sędziowie podchodzą do sprawy. Ja trafiłam na sędziego, który lubi konkrety, dlatego tez nie bawił się w pytania : a dlaczego ? jaki powód? od kiedy? Jemu wystarczyło jedno słowo : zdrady, przemoc, zaniedbanie rodziny. Gdyby były problemy z rozwodem syn był gotowy świadczyć przeciwko ojcu ale dzięki Bogu nie doszło do tego. Rozwódką powinnam być za kilka tygodni ![]()
Wita Zofio, wszystkiego najlepszego w Nowym Roku dla wszystkich.
LIwio, ja nie rozumiem, jak on kocha skoro nie akceptuje? Matko.
Buttercup ja myślę, że stało się tak dlatego, żeby przypomnieć Ci, że w tym roku jego nastawienie nie ulegnie zmianie. I trzeba żyć swoim życiem i jeśli on chce to niech się dostosuje i postara a ty nie musisz robić nic. Ewentualnie znaleźć czas, nie pasuje do widzenia. Najpierw ty, potem reszta. Nie możemy się winić za czyjeś coś.
Witam Szanowne Panie i zycze wspanialego Nowego Roku:)
a poniewaz, jak to mowia "jak sobie poscielesz tak sie wyspisz" wiec wiele od nas samych zalezy jaki ten nowy rok bedzie. Ja przynajmniej bede sie z calych sil starac pozalatwiac pewne sprawy do konca tak aby moc juz w pelni cieszyc sie nowym zyciem z nowym mezczyzna.
Nie wiem czy wypada tak pozytywnie tu pisac ale troszke oslody moze sie przyda. Moje swieta byly wspaniale, inne niz te w Polsce (oj daleko Czechom do naszej Wigili:), troszke dziwnie sie tez czulam otoczona obcymi mi ludzmi i to w duzej ilosci (zlot rodzinny! masakra) i tesknilam tez za moimi bliskimi (pierwsze swieta bez dzieci). Ale przy calym tym stresie i metliku uczuciowym moj mezczyzna okazal sie byc prawdziwym najlepszym przyjacielem i opiekowal sie mna jak nikt nigdy wczesniej.Wiedzial, ze potrzebuje jego wsparcia i pomocy by przetrwac jakos wsrod tylu nowych osob i byl przy mnie caly czas, do tego widac bylo, ze on robil to z przyjemnoscia...chwilami nawet jakby z duma:). Okazal mi tyle milosci i czulosci a takze zrozumienia dla moich zmiennych nastrojow (chwilami bylo ciezko wytrzymac ciagla obecnosc babc, cic, wujkow, kuzynow, rodzicow itp.) ze ten wspolny czas byl naprawde cudowny.
A zeby bylo ciekawiej to dodam, ze spotkalismy tez (przypadkiem na spacerze) jego eks zone z dziecmi i zrobilo sie...wielce ciekawie:)) Przezylismy i to i nawet wyszlismy z tego silniejsi i bardziej pewni swoich uczuc.
Teraz wiem na pewno, ze jesli ma sie przy sobie wlasciwa osobe to mozna wszystkie problemy rozwiazac i wszystkie trudnosci przezyc cieszac sie z kazdego dnia razem spedzonego. A jesli u boku jest ten niewlasciwy on to zeby sie czlowiek w chinskie dzin dobry wyginal i tak nic to nie da.
Zycze Wam Drogie Panie w Nowym Roku duzo milosci od tych co Was kochaja i od samych siebie a tym co juz zdecydowaly, ze chca swe zycie odmienic na lepsze, duzo sil i cierpliwosci i wiary, ze sie uda. Bo udaje sie zawsze jesli tylko sie tego chce.
Witam Szanowne Panie i zycze wspanialego Nowego Roku:)
Zycze Wam Drogie Panie w Nowym Roku duzo milosci od tych co Was kochaja i od samych siebie a tym co juz zdecydowaly, ze chca swe zycie odmienic na lepsze, duzo sil i cierpliwosci i wiary, ze sie uda. Bo udaje sie zawsze jesli tylko sie tego chce.
I wzajemnie Mussuka ![]()
Twoje doświadczenia dają wiarę, że może być lepiej i tego będę się trzymała, choć nie powiem często dopadają mnie lęki, ale co tam gorzej już nie może być....
gorzej już nie może być....
gorzej na pewno nie:) bedzie zdecydowanie lepiej i musisz w to wierzyc:)
czytalam o Twoich kolejnych nieudanych swietach, o Twoim zlosliwym czy wulgarnym stylu...wszystko to sama przerobilam. Nie martw sie, to jest naturalna reakcja, samoobrona zranionej osoby. I to Ci tez minie tak jak nie ...jak odsapniesz od swojego Giga Malkontenta meza i zaczniesz zyc wedlug wlasnych regul i wlasnego widzimisie.
Jak sobie przypomne moje malzenstwo i to ile i JAK wrzeszczalam na bylego meza to az mi sie wierzyc nie chce, ze czlowiek moze przejsc taka metamorfoze. Normalnie z Mr Hyde'a zmienilam sie w Dr Jackyla bez zadnej terapii czy operacji mozgu. Sprzeczki z obecnym tez mamy, mamrotac tez mi sie zdarza ale to jest 1 promil tego co dzialo sie z eksem. My nie potrafimy na siebie gniewac sie, obrazimy sie a za chwile przytulamy. Ani razu odkad zamieszkalismy razem i nawet podczas najwiekszych klotni nie uzylam brzydkiego czy wulgarnego okreslenia na swojego mezczyzne, ani razu nie powiedzialam mu, ze jest np. glupi, idiota, len, egoista..i nie robie tego swiadomie, nie gryze sie w jezyk, po prostu nie moglabym i juz. Jak mialabym obrazic kogos, kto jest dla mnie taki dobry i kogo tak bardzo kocham? Naturalnie jakos pozbylam sie pokladow zlosci, goryczy, rozdraznienia, rozczarowania jakie we mnie tkwily jak zadra w d..podczas poprzedniego zwiazku. To jest takie widoczne, ze ja i moj eks po prostu nie bylismy sobie pisani a z obecnym uzupelniamy sie jak dwie polowki. Zreszta to po nas widac na kazdym kroku i cala jego rodzina plus wszyscy znajomi jakich tam poznalam przez tych 10 dni tak o nas mowili:) Oprocz bylej zony rzecz jasna;) Ona chyba byla innego zdania ale to na szczescie nie moj cyrk i nie moja malpa:)
Tobie ankinom tez sie uda, masz wsparcie w rodzicach i to tez jest bardzo wazne, oni Cie nie zgania (moja mama byla nieco odmiennego zdania nt. rozwodu ale to nie jej zycie tylko moje:) wiec sama nie zostaniesz po rozwodzie. Glowa do gory i blbotami (to po czesku glupoty;)) sie nie przejmuj tylko przyj do przodu jak Rudy.
Mussuka czytam twoje posty jednym tchem i powiem, że bardzo mnie interesują bo mam bardzo podobne doświadczenia życiowe :-)
Napisz cos wiecej jak to spotkanie z eks i dziećmi wyglądało i jak dzieci na to reagują?
Może miałabyś coś do dodania w moim wątku na temat finansów w "związkach po przejściach"
Pozdrawiam :-)
Dziękuję hm... Dzisiaj przeczytałam też "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" i hmm miła dziewczyna ze mnie była, aż za bardzo
Więc może teraz czas stać się Zołzą
Kto startuje ze mną do konkursu na Zołzę roku? ;D Skoro wcześniej robiłam absolutnie wszystko żeby być dla niego/dla nich najlepszą dziewczyną na świecie, to może teraz czas żeby być największą Zołzą ? :> Co wy na to? ![]()
ankinom napisał/a:gorzej już nie może być....
gorzej na pewno nie:) bedzie zdecydowanie lepiej i musisz w to wierzyc:)
czytalam o Twoich kolejnych nieudanych swietach, o Twoim zlosliwym czy wulgarnym stylu...wszystko to sama przerobilam. Nie martw sie, to jest naturalna reakcja, samoobrona zranionej osoby. I to Ci tez minie tak jak nie ...jak odsapniesz od swojego Giga Malkontenta meza i zaczniesz zyc wedlug wlasnych regul i wlasnego widzimisie.
Jak sobie przypomne moje malzenstwo i to ile i JAK wrzeszczalam na bylego meza to az mi sie wierzyc nie chce, ze czlowiek moze przejsc taka metamorfoze. Normalnie z Mr Hyde'a zmienilam sie w Dr Jackyla bez zadnej terapii czy operacji mozgu. Sprzeczki z obecnym tez mamy, mamrotac tez mi sie zdarza ale to jest 1 promil tego co dzialo sie z eksem. My nie potrafimy na siebie gniewac sie, obrazimy sie a za chwile przytulamy. Ani razu odkad zamieszkalismy razem i nawet podczas najwiekszych klotni nie uzylam brzydkiego czy wulgarnego okreslenia na swojego mezczyzne, ani razu nie powiedzialam mu, ze jest np. glupi, idiota, len, egoista..i nie robie tego swiadomie, nie gryze sie w jezyk, po prostu nie moglabym i juz. Jak mialabym obrazic kogos, kto jest dla mnie taki dobry i kogo tak bardzo kocham? Naturalnie jakos pozbylam sie pokladow zlosci, goryczy, rozdraznienia, rozczarowania jakie we mnie tkwily jak zadra w d..podczas poprzedniego zwiazku. To jest takie widoczne, ze ja i moj eks po prostu nie bylismy sobie pisani a z obecnym uzupelniamy sie jak dwie polowki. Zreszta to po nas widac na kazdym kroku i cala jego rodzina plus wszyscy znajomi jakich tam poznalam przez tych 10 dni tak o nas mowili:) Oprocz bylej zony rzecz jasna;) Ona chyba byla innego zdania ale to na szczescie nie moj cyrk i nie moja malpa:)
Tobie ankinom tez sie uda, masz wsparcie w rodzicach i to tez jest bardzo wazne, oni Cie nie zgania (moja mama byla nieco odmiennego zdania nt. rozwodu ale to nie jej zycie tylko moje:) wiec sama nie zostaniesz po rozwodzie. Glowa do gory i blbotami (to po czesku glupoty;)) sie nie przejmuj tylko przyj do przodu jak Rudy.
To mnie trochę uspokoiłaś, bo trochę się bałam, że po prostu jestem taką złą kobietą - faktycznie, przed zdradą nawet jak się bardzo pokłóciliśmy to nie bluzgałam, a teraz czuję wewnętrzną potrzebę zranienia jego, a jak nie czynem to chociaż słowem... a mój mąż taki świetny manipulant to tak to obróci, że potem to ja głupio się czuję, ach znowu to cholerne poczucie winy, że tak się zachowałam, no przez 16 lat nieźle mnie "wytresował"....
Mussuka czytam twoje posty jednym tchem i powiem, że bardzo mnie interesują bo mam bardzo podobne doświadczenia życiowe :-)
Napisz cos wiecej jak to spotkanie z eks i dziećmi wyglądało i jak dzieci na to reagują?
Może miałabyś coś do dodania w moim wątku na temat finansów w "związkach po przejściach"
Pozdrawiam :-)
Spotkanie z eks?:) Nie ma czego opisywac. Sa kobiety, ktore potrafia sie pozbierac i ulozyc sobie zycie a dawne zale odpuscic i sa takie, ktore do konca zycia beda w swej zlosci, zawisci i goryczy sie gotowac. Szkoda mi takich straconych juz za mlodu kobiet. One nigdy nie beda szczesliwe, na wlasne zyczenie. Ta eks mojego partnera taka wlasnie jest, widac to w jej oczach i po jej zachowaniu. Rozdygotana, roztrzesiona..delikatnie ujmujac - histeryczka na pierwszy rzut oka. A ma wlasciwie wszystko, nowego meza, dwoje teraz dzieci, piekny dom, kasy wystarczajaco na dobre zycie..niczego jej nie brak poza usmiechem.
A samo spotkanie odbylo sie tak: w pierwszy dzien swiat po tym przypadkowym spotkaniu na ulicy przyszla do domu jego rodzicow i zazadala aby stawil sie u niej o 21-ej . On to olal i napisal, ze sa swieta, on jest z rodzina ktorej rok nie widzial i zeby przyszla nastepnego dnia (jak bylo umowione juz wczesniej z jego rodzicami i nia) z mala do nich po prezenty. Odmowila i kazala (ona nie prosi) aby to on byl u niej o 9-tej rano nastepnego dnia. Oczywiscie nie poszlismy, poniewaz moj pan spodziewal sie tam tez obecnosci jej ojca despoty i wariata ("pomogl" im sie m.in. rozwiesc). W takich warunkach nie ma mowy o dyskusji, sa tylko krzyki. Dla dzieci super atmosfera swiateczna. W poludnie kiedy nas nie bylo znowu przylazla i zrobila awanture jego mamie na cala ulice, ze czekala od rana i on nie przyszedl. Mama zapraszala ja do siebie aby na nas zaczekala albo przyszla pozniej ale nie, tylko u niej i juz. No to nastepnego dnia moj pan i ja poszlismy do Mahometa, dac prezenty malej i rozmowic sie z ta pania..o co jej chodzi.
W sumie miala tylko 3 zadania: moj partner ma podpisac zgode na zmiane nazwiska malej (na obecne matki, czyli obecnego jej meza), ma uchylic czy zmienic postanowienie sadu o spotkaniach z mala co 14 dni (on teraz mieszka za granica wiec mala i tak widuje tylko dziadkow a jego wtedy kiedy przyjezdza do nich ale byla nie chce jej tam prowadzac w ogole) i ma placic dwa razy wiecej kasy na alimenty niz teraz (takie jakie mu wyznaczyl sad takie placi). Podsumowujac - ma sie odsunac on i jego rodzina od malej a on ma placic wiecej. Doszly jeszcze jakies gorzkie zale z ich krotkiej przeszlosci ale to olalam, bo to nie moj problem.
Ze swoich zadan nie uzyskala nic (powiedzial jej, ze moze sobie isc z tym do sadu) ale po malej widac jakie piekne pranie mozgu przeszla i jak przez ten miniony rok wybito jej ojca z glowy. Az smutno bylo to obserwowac z boku. Ta eks nawet poprosila mame mojego partnera aby do malej (jego corki a ich wnuczki) nie mowiono o nim tata tylko po imieniu. Zeby dziecku nie mieszac w glowie. To juz moim zdaniem szczyt bezczelnosci i na to nikt sie nie zgodzil.
Ogolnie to ja sie eksow nie czepiam i nie interesuja mnie ani ich obecne problemy ani te z przeszlosci, dopoki one same nie zaczynaja bruzdzic w moim zyciu. Ta pani chyba jeszcze da o sobie znac ale jest na szczescie tak daleko, ze nie jest zbyt grozna:) A mnie tez asertywnosci, jakby co, nie brak;)
No i tyle calej historii, nic ciekawego.
To mnie trochę uspokoiłaś, bo trochę się bałam, że po prostu jestem taką złą kobietą - faktycznie, przed zdradą nawet jak się bardzo pokłóciliśmy to nie bluzgałam, a teraz czuję wewnętrzną potrzebę zranienia jego, a jak nie czynem to chociaż słowem
no coz, Jezus na drugie nie masz wiec niby czemu mialabys drugi policzek nadstawiac? Ja sama tez wulgaryzmow nie popieram ale jak czlowieka nagla krew na jawna niesprawiedliwosc zaleje to mu sie nie raz i nie dwa mniej parlamentarne slowo wymsknie. Normalna ludzka reakcja, nie demonizuj tego. Ale tez nie idz w druga strone...niestety dzieci tez uszy maja:( Najlepsza bron na typa jak Twoj maz to tzw. olewka, robienie swojego i wypuszczanie drugim uchem tego co wpadlo przez pierwsze. Plus jasne okreslenie swego terytorum i konsekwencja w dzialaniu. Czcze gadanie splynie po nim jak woda po kaczce.
... a mój mąż taki świetny manipulant to tak to obróci, że potem to ja głupio się czuję, ach znowu to cholerne poczucie winy, że tak się zachowałam, no przez 16 lat nieźle mnie "wytresował"....
To sie "odtresuj". Odtresuj, odstresuj, wystroj i idz pobawic z kims fajnym:) Mloda jestes a tak Ci zycie przez palce ucieka, szkoda tych lat.
No i tyle calej historii, nic ciekawego.
No wręcz przeciwnie :-) Powiem Ci masz dziewczyno stalowe nerwy :-)
Mussuka napisał/a:No i tyle calej historii, nic ciekawego.
No wręcz przeciwnie :-) Powiem Ci masz dziewczyno stalowe nerwy :-)
To moze tez ale przede wszystkim to mam cudownego partnera, przyjaciela przez wielkie P. Wiec wspieramy sie nawzajem oboje wtedy kiedy tego potrzebujemy, raz ja raz on. A wiadomo..w kupie sila;))
Nareszcie wróciłaś Mussako
Również wszystkiego, co najlepsze na ten Nowy Roczek :*
Witajcie kolejne kobitki - dla Was oczywiście też szczęścia w NR ![]()
Ankinom - poczytaj jeszcze "Dlaczego on nie kocha, a ona za nim szaleje" - polecam, może znajdziesz tam coś o sobie i....o nim ![]()
Hm... mój mąż twierdzi, że kocha, że akceptuje, jednak ja jego akceptacji nie odczuwałam. Wciąż w zasadzie wg niego coś było ze mną nie tak-to za długo spałam, to "ta" koleżanka mu nie odpowiadała, to za długo wracałam z pracy. Nie wiem, być może to nie sama kwestia akceptacji, ale jego charakteru - Piotruś Pan to mało powiedziane.
A on sobie Liwio nie przeszkadza?
Mussuko, witaj po długiej nieobecności. To ładne były świąteczne przygody. Bój w sądzie będzie czuję. Dziecko zabierać! Czy coś. Jak matka głupia to już dziwnie się robi.
Podoba mi się wasza dywagacja o zwrotach nieparlamentarnych. Przyklnąć czasem aż się prosi, ale ile radości daje jak się właśnie odpowiednich, ładnych słów użyje, a bardziej wyszukanych. Czasem efekt jest lepszy.
Aniknom, nie próbowałaś odwrócić kota do góry ogonem tak jak on to ma w zwyczaju? To super działa, mówię poważnie, satysfakcja gwarantowana, efekt też. Opadnie mu szcęka. Wiem, że potrafisz. Daj na luz i nawet tak odpowiadaj jak on na Twoje pytania. Wiesz co mam na myśli.
Buzaik:)
A on sobie Liwio nie przeszkadza?
Mussuko, witaj po długiej nieobecności. To ładne były świąteczne przygody. Bój w sądzie będzie czuję. Dziecko zabierać! Czy coś. Jak matka głupia to już dziwnie się robi.
Podoba mi się wasza dywagacja o zwrotach nieparlamentarnych. Przyklnąć czasem aż się prosi, ale ile radości daje jak się właśnie odpowiednich, ładnych słów użyje, a bardziej wyszukanych. Czasem efekt jest lepszy.
Aniknom, nie próbowałaś odwrócić kota do góry ogonem tak jak on to ma w zwyczaju? To super działa, mówię poważnie, satysfakcja gwarantowana, efekt też. Opadnie mu szcęka. Wiem, że potrafisz. Daj na luz i nawet tak odpowiadaj jak on na Twoje pytania. Wiesz co mam na myśli.
Buzaik:)
Niestety w odwracaniu kota ogonem jest w tym najlepszy, zaczynam mówić: oskarżasz mnie o kłamstwo, a on: a ty jak się zachowałaś w Święta i tym sposobem zapominam o pierwszym zdaniu i próbuje sobie przypomnieć co takie zrobiłam w te wspomniane święta, a może miał na myśli inne święta...:D
szkoda na to mojego czasu i energii.....
Nie trzeba dużo energii, wystarczy jeden tekst. Taki na odczepnego.
Życze miłego weekendu.
Trzeba sobie nie dać.
To tak jak dziecko, któremu ktoś dokucza i mówi, mamo bo on mi tak powiedział i tak. Więc broń się i powiedz co czujesz. Jesteśmy sami na polu bitwy. Musimy sami stawić czoła. Czasem nie wiele trzeba.
Nawet gdyby to trochę energii pochłonęło czy nie warto pokazać, że jego uwagi nic dla Ciebie nie znaczą, że może sobie bleblać?
Strony Poprzednia 1 … 128 129 130 131 132 … 405 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Warto przeczytać w tym dziale
Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2026