Mussuka napisał/a:ankinom..a jestes juz pewna, ze chcesz zmian na lepsze (na gorsze juz sie nie da po tym co przeczytalam)? Bo dzis jestes slna a jutro znow jakis sms, mailik, telefon od kochanki numer 15, bajdurzenie o wspolnym mieszkaniu ale przedzielonym drutem kolczastym..i znow bedziesz w rozsypce.
Fajny spis wymagan ma ten Twoj, pozal sie Boze, Romeo.
To zdanie mnie z lekka zdenerwowalo (dzis mam dzien eufemizmow, bo moglabym to dosadniej ujac;)
"mój problem: niskie poczucie własnej wartości i stąd te ciągłe wypełnianie jego niekończących się wymagań..."
Twoj problem to nie tylko wypelnianie wymagan, to rowniez brak wymagan z Twojej strony.
On Ci zrobil liste i wypunktowal kwalifikacje zony idealnej, ktorych chyba nawet super cyborg by nie spelnil..a TY? Czy Ty czegokolwiek i kiedykolwiek wymagalas od niego? Zastanow sie, jak szybko tracisz szacunek do osob az nadto usluznych. Niby tak ie powinno byc, za dobroc powinnismy odplacac dobrocia ale niestety..w czlowieku drzemie maly egoista (juz od dziecka) i jesli nie wyznaczysz mu granic tego egoizmu to bedzie sondowal i probowal dostac wiecej i wiecej. Ty zadnych granic egoizmu swojemu jeszczemezowi nie wyznaczylas i on poszedl na calosc. Bo wiedzial, ze moze sobie na to pozwolic. Jak dziecko, ktore mama wychowuje "bezstresowo".
To odnosnie wymagan ale summa sumarrum..to jest wielkie "g" a nie normalny zwiazek. I nie rozumiem Cie dlaczego w nim na sile tkwisz.
Moim zdaniem, Ty nie chcesz rozstania..mimo wszystko. Gdybys naprawde chciala, Twoj maz lowelas, juz by zniknal z Twjego (nie waszego - zofia ma 100% racji) zycia. A Ty zamiast szukac wyjasnien dla jego chorych zachowan, mialabys juz w tej chwili swiety spokoj. W ten sposob stoisz w miejscu. Szukasz wyjasnien i pretekstow dlaczego jestescie razem..to oszukiwanie samej siebie.
Masz 36 lat, mloda, ladna, inteligentna kobieta..teraz wyobraz sobie siebie z nim za lat 20. 56-latka..nadal upokarzana i niekochana,z kazdym dniem coraz bardziej samotna (dzieci odejda) i nie widzaca juz zadnych perspektyw na zmiane na lepsze.Tego chcesz? A 20 lat to szmat czasu (drugie takie malzenstwo) i mozesz je przezyc zupelnie inaczej, wspaniale i wedlug wlasnego widzimisie, mozesz zaznac tyle milosci ile sama potrafisz dawac. Ale najpierw odetnij te 16 zmarnowanych lat z Twojego mlodego zycia. Zrob cos, zeby on wiedzial, ze to naprawde koniec waszego pseudo zwiazku.
Mussuka, ja też miałam wymagania i jasno to określałam, czasami "to" dostawałam czasami "nie" i wiedziałam jaki chce stworzyć związek...
Byliśmy ze sobą 16 lat, przynajmniej w początkowej fazie naszego związku, było jakieś tam uczucie, dlaczego nam się nie udało 2 powody:
1. Miałam i mam niskie poczucie własnej wartości, to nie jest tak, że nagle przestałam w siebie wierzyć, to był proces od najmłodszych lat:
-alkohol w domu
-bieda
-brak akceptacji wśród rówieśników, wynikające z powyższych punktów
jeżeli chodzi o rodziców zawsze mnie kochali i we mnie wierzyli, miałam i mam w nich oparcie, nigdy nie zaznałam przemocy ani fizycznej ani psychicznej - ale w życiu każdego człowieka jest okres kiedy najważniejsza jest akceptacja koleżanek, ja jej nie miałam, wyrosłam na cichą, nieśmiałą kobietę, nie potrafiącą zawalczyć o siebie, nie potrafiłam określić granic mojej "nietykalności", jeżeli ktoś na mnie nakrzyczał zamykałam się w sobie , ale nie potrafiłam się obronić... dlaczego? może jedynie psycholog umiałby na to odpowiedzieć...
2. Mój mąż zakochał się we mnie, no może raczej zauroczył, według niego od samego początku nie byłam tą "idealną", ale miał nadzieję, że "zajmie " się mną, pokieruje, nada odpowiedni kierunek. Dzisiaj mąż przyznaje, że popełnił błąd, bo nie da się zmienić czyjeś osobowości, te wszystkie wymagania odnośnie mojego wyglądu, sposobu zajmowania się domem były dla mojego dobra, że wymagając i krytykując zmobilizuje mnie do działania - on w to wierzył, a ponieważ ja nie potrafiłam walnąć ręką w stół, z powodów wyżej opisanych i powiedzieć co o tym myślę, doszliśmy do sytuacji, że mąż przestał mnie kochać, a ja całkowicie straciłam resztki godności, hmm czy ja ją w ogóle miałam?
Zauważcie, kobieta, która nigdy w siebie nie wierzyła, chciała być kochana, nagle dowiaduje się, że przez 16 lat była manipulowana i że manipulantowi to się znudziło, więc ją zostawił, czy taka osoba potrafi podnieść głowę i iść dalej? Ja podłam na kolan i próbuję poradzić sobie z uczuciem ODRZUCENIA, ja nie błagam i nie proszę o jego powrót, mam na tyle w sobie "mądrości", że wiem, że już nas nie ma...
Od dzisiaj przyrzekam nigdy więcej ŻADNYCH ŁEZ!
kluczem do mojego "uwolnienia się" jest przestać żyć przeszłością, bo to "ona" jest powodem moich łez : bo kiedyś mnie przytulał, bo kiedyś ze sobą rozmawialiśmy, bo... i tego jest mi brak, no i moje marzenie o pełnej szczęśliwej rodzinie, tak jak na obrazkach moich dzieci: mama, tata , brat, siostrzyczka... tego już nie ma,
teraz czas na przewartościowanie swojego życia, musimy razem mieszkać - ok, ale mieszkamy jak lokatorzy, według męża da się, wystarczy, że nie będziemy się kłócić i najważniejsze ja muszę ODPUŚCIĆ, przestać robić z siebie OFIARĘ, bo on nie zrezygnuje ze swojej wolności i nie ma zamiaru rezygnować ze spotkań z innymi kobietami, bo przecież z nimi nie sypia, wiec po co robię z tego powodu aferę.
.... tyle było rozmów, kłótni, wałkowania w kółko tego samego i dopiero wczoraj coś "pękło" - dopiero teraz ZROZUMIAŁAM!
Muszę nauczyć się "żyć" sama, bo najpierw dom rodzinny, później mąż, nigdy sama nie decydowałam o swoim życiu, czas dorosnąć i ponosić konsekwencje za swoje wybory, bo przecież nikt mnie nie zmuszał do małżeństwa, był czas, kiedy mogłam się wycofać , nie zrobiłam tego, dzisiaj "płacę" za to i ważne wynieść z tego naukę: nie popełniać tych samych błędów
To wszystko nie oznacza, że jestem już "zdrowa..
Jak znowu , o nie dopiero uwierzyć w siebie? poczuć się wartościową osobą, czy jest jakiś sposób. aby pokochać siebie?