Smutna kołysanka
Witam. Nick oznacza kłamca-manipulant-seksoholik (później wyjaśnię). 33 - wiek (później też wyjaśnię). Na wstępie radzę "zapiąć pasy". To nie będzie miła historia. W zasadzie miałem to napisać na jakimś forum katolickim, ale uznałem że mam pewną "misję" ewangelizacyjną, bo przekonanego nie trzeba przekonywać, a tu może ktoś się dzięki mojej historii mocniej zwiąże z Bogiem i nauką Pisma Świętego.
W naszej rodzinie od pokoleń istniał jakiś niewytłumaczalny dramat, ból i grzech. Pamiętam jak matka, ciotka czy wcześniej prababka często budziły się po nocach i mówiły że były "duszone", "dręczone". Zawsze się z tego śmiałem.
W rodzinie od strony matki były samobójstwa (dziadek umarł jak ja jeszcze w planach nie byłem), podobnie w rodzinie ojca. Z tego co mi opowiadała ciotka, wujkowie mieli też coś koło 33-35 jak "wybrali" sznurek itp. "rozwiązania".
No i najgorsze to to, że każde kolejne pokolenie przenosiło na kolejne te pokaleczenia emocjonalne. Moja babka zostawiła dziadka z gromadką dzieci, w tym moim ojcem, wybrała bowiem życie z kochankami (podobno mawiała "chłopa muszę" tyle wiem z opowieści zaufanej osoby w rodzinie). Ze strony matki tam też pradziad zostawił prababkę z 5 dzieci, wyjeżdżając za granicę, a jak przysyłał raz na rok list, to pisał "miłość to ja mam tu na ulicy". Skończył źle, przez kolejną młodą "siksę" z "kolekcji".
No niestety, rodziców się nie wybiera. Mój ojciec to erotoman i babiarz.
Jestem "typowym" dzieckiem z "wpadki", tzn. matka zaufała mu, w końcu 20 lat miała, młoda i naiwna była, on nie bardzo się spieszył do ślubu, wolał "zaliczanie", w końcu jednak rodzina matki nalegała na ślub że wszystko się ułoży. Prababka, która wycierpiała się na wojnie cudem unikając śmierci nie raz, a potem cierpiąc przez pradziadka, mówiła wówczas jednak: on mi nie pasuje, krętacz i tyle, i "postulowała" żeby matka wychowywała mnie samotnie.
Jednak był ślub, i praktycznie zaraz musiały się tam zacząć jakieś problemy - matka miała iść na studia (wzorowa uczennica) i z tego tytułu nie poszła, ojca chyba od początku nie było w domu, pamiętam że bywał raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie, potem raz na miesiąc. Jak przyjechał to tylko bił, często przyjeżdżał pijany.
Jednak od czasu do czasu odwiedzała nas babka i ciotka, wtedy "tatuś" robił się kochający. Prezenty, itp.
Miałem jakieś 5-6 lat kiedy nastąpił dramat. Zaczęli się kłócić i wyzywać, nie rozumiałem tego. Pamiętam że matka grzebała ojcu po spodniach, ciągle kontrolowała, ten ciągle przyjeżdżał w "zapachach" perfum, słyszałem tylko wynoś się straszne bójki i rękoczyny, czasem jedno z nich brało mnie jako tzw. żywą tarczę i przykładało nóż albo jakiś kij "połamię mu giry" itp. odzywki.
Ogólnie jak byłem sam w domu to najlepiej się czułem. Albo z babcią. Miałem 4 czy 5 lat, jak już czytałem, mając 3 lata nauczyłem się będąc samemu robić "kanapki", mając 6 lat znałem już dziesiątki haseł z encyklopedii. Miałem np. zabawkę grę z państwami świata i stolicami, i kiedy szedłem do rodziców (akurat sensacja się nie kłócili jak się kłócili drżałem w obawie o życie ich, bo wpadali w coraz większe furie latające talerze wybijane szyby w drzwiach, ale i swoje życie) pobawcie się ze mną, to było tak: ja wiedziałem wszystkie hasła, oni niewiele, ja wtedy "prowadziłem w meczu", a oni zamiast pochwalić, to a baw się sam.
W zasadzie pochwały słyszałem tylko od babci, ciotki, pań w przedszkolu, no i miałem nawet "przyjaciółkę". Z rodziną ojca nie utrzymywaliśmy kontaktów.
Pewnego razu matka która coraz bardziej "wariowała" przez ojca i nadal "spała" ze mną, a miałem już ok. 6 lat, wciągnęła mnie do siebie i chyba doszło do tzw. nieświadomego kazirodztwa, pokazała mi "za dużo" zresztą nie mam całego "slajdu" i wolałbym go nie widzieć. Kilka tygodni temu pokazał mi się jeszcze straszniejszy "slajd" jak leżę na brukowanej ulicy (drodze?) a obok wywrócony bokiem wózek. Sam chyba bym nie wypadł, mam nadzieję że to nie matka mnie wyrzuciła, a kto wie może tak było bo wpadła np. w złość po coś się urodził.
Tak więc idąc do zerówki, lub podstawówki praktycznie już przestałem mówić mamo. Pojawiło się wreszcie "życie", czyli szkoła.
A że bieda była straszna, nędza PRL, czyli salceson, ale i ojciec co rusz "szalał", tzn. zarabiał nie najgorzej (na dzisiejsze jakieś 3000 matka rzadko kiedy tam pracowała) ale przywoził "grosze", można się domyślać na co i kogo wydawał, tak więc psychika się powykrzywiała bardziej. Nic tak nie niszczy psychiki w sensie kompleksu niższości jak bycie biednym czyli gorszym. Wtedy to jeszcze nie było widoczne - bo większość żyła na mniej więcej podobnym poziomie, ale ja to odczuwałem.
Kolejne klasy w szkole, świadectwa z "paskiem", obiady z "opieki" w szkole, naprawdę było miło. Lekcje na następny dzień robiłem w szkole, lubiłem przesiadywać w świetlicy, potem były kółka komputerowe, matematyczne, sportowe, jakieś zajęcia plastyczne i gazetki ścienne, uwielbiałem szkołę, w której mogłem spędzać 24 h na 24. Wracałem do domu, mało co się uczyłem, jak już to tylko jakieś czasem zadanka na jedynym w domu stole w kuchni. Ciągle jednak słyszałem wynoś się, po co mi tu przeszkadzasz, po co to piszesz co ci to da, a jak nie robiłem lekcji to po żeś się k***o urodził, trzeba było cię potopić po urodzeniu.
W tym momencie ojciec przywiózł jakąś kolejną chlamydiozę, czy inną opryszczkę, znów przepraszał, błagał, zapewniał, za tydzień wracał, potem potrafił twierdzić że jedzie w delegację (miał gotowe "papiery"), a jak się okazało dzięki życzliwym, siedział u kochanicy na osiedlu.
Zaczął naprawdę dobrze zarabiać, jakieś 7000 na dzisiejsze. Wreszcie nie musiałem się wstydzić w szkole z ubrań. Wreszcie kompleksy przestały mi dokuczać, do tego średnia w szkole 4.7 do 5.2, kolejne zainteresowania, ogniska, wyjazdy w góry, krótkofalarstwo, modelarstwo, PTTK, klocki Lego o czym kiedyś mogłem tylko marzyć, stałem się domowym "ekspertem" od VHS, miałem Commodore 64, Amigę 500, normalnie żyć nie umierać.
W tzw. międzyczasie dojrzewałem "normalnie", tzn. na Andrzejkach poznałem dziewczynę o imieniu Ania, pamiętam jak koleżanka na osiedlu się śmiała że ty się chyba zakochałeś, były małe "przytulanki", no i w końcu masturbacja chyba 13 r.ż. jakoś tak to było.
No a ojcu zaczęło świetnie iść, zaczął otwierać stoisko (tzw. "szczęki"), kupiliśmy parę sprzętów, remont w chacie. "Niestety" urodził się brat. Chwilę potem ojciec "ulotnił się", tzn. znów zaczął jeździć w tzw. delegacje. Wymyślił kretyn takie oto wytłumaczenie: haruję na ten dom, i muszę jeździć po hurtowniach. Jak się okazało, miał "kumpli" którzy za grosze odwalali "czarną robotę" (zresztą czasem ja stałem na stoisku za
"kieszonkowe": "tylko nie mów matce"). Ja jako "solidarny" nie mówiłem.
Okazało się później że jeździł po baletach, i do Renatek, Marzenek, Irenek, i agencji, bo te zaczęły chyba koło 90-92 roku powstawać. W końcu się wydało, że ojciec zarabiał nie tyle co przynosił do domu (2-3 "średnie" pensje) ale około 8-10 "średnich". Znów chwila odpoczynku od nałogu panienkowego, kupił samochód, zaczął przynosić prezenty, mi zabawki, bratu zabawki, matce wspólne wypady do restauracji (!), kwiatki, ciuszki. Kupił sobie pan i władca domu "święty spokój". Podobnie zresztą zrobił ze swojego domu i ze swoją żoną jego brat wojskowy, typowy tzw. "trep".
No i w końcu miałem już 18 lat, świetnie mi szło w szkole i poza nią
(żadnych tam używek, "panienek", dużo przyjaciół, kolegów, świetna "forma" sportowa, naukowa że tak powiem) Wszystko było pod kontrolą. Masturbacja to chyba nawet rzadziej niż raz na miesiąc, filmik czasem się obejrzało po 23:00 na niemieckim kanale, zresztą wtedy jeszcze leciało sporo tzw. "softu" także na Polsacie chyba. Za to codziennie rower, bieganie, wysiłek fizyczny, siatkówka, albo piłka, do 23 na dworze, do tego praktycznie byłem już "małym inżynierem". Wymiana koła zajmowała w rowerze mi jakieś 10 minut, montowałem całkiem ciekawe układy, w zasadzie posiadałem już dużo wiedzy z teoretyczną wiedzą z I roku studiów włącznie.
Planowałem ogólnie jakąś szkołę chorążych (radiotechniczna albo przeciwlotnicza) bo wiedziałem że na "cywilne" studia jestem "za tępy" i "nie będzie mnie stać", gdyż ojciec ostatecznie uciekł "w swój świat", przysłał list do matki, że chce zacząć "wszystko od nowa".
Zostałem na parę miesięcy przed maturą z matką bez pracy, bez dochodów, z małymi oszczędnościami, no i z długami.
Na szczęście "zawczasu" udawało mi się jak ojciec był pijany albo spał
"wyciągnąć" mu z kieszeni kilkadziesiąt lub sto tysięcy zł i tak uzbierałem
sobie na parę miesięcy "na przód" na skromne funkcjonowanie. Zresztą człowiek wychowany w biedzie umie tak zorganizować sobie życie za 200, 300, 400 zł, w tym i jedzenie, wszelkie przedmioty potrzebne do życia, nic się u mnie nie marnowało. Niektórzy nazywali to dziwactwem, znosi i znosi tylko do piwnicy.
To później mnie troszkę uratowało. Dodatkowo wpadła jakaś kasa, typu
malowanie, praca wakacyjna, troszkę załatwiano przez szkołę różne możliwości dorobienia. Po maturze matematyka 6, polski 4 (a spodziewałem się ja i moja polonistka 2 i to "przy dobrych wiatrach"), angielski 4 wahałem się, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Wychowawczyni chciała żebym szedł na najlepszą polibudę na jaką się da, wojskowe szkoły odpadały (polikwidowali), poszedłem na najbliższą możliwą polibudę (taką "średnią") ale na dość ciężki kierunek.
Bo nigdy nie lubiałem łatwizny, taki ze mnie masochista. Nigdy nie ściągałem w szkole, zawsze mój wewnętrzny rygorysta mówił mi masz tak napisać na ile umiesz. I nawet ta trójka wtedy cieszyła. Zresztą podzieliłem sobie świat szkoły na "cele". Z matematyki musiała być 5 lub 6, fizyka 4 lub 5, z chemii 5, z informatyki min. 4, z geografii, biologii musiała być 5, tak samo przysp. obronne, i WF, no i ZPT. Ulgowo traktowałem sobie j. polski (nie miałem warunków czytać lektur), historię, wos, muzyki, plastyki i tym podobne. Tam z reguły "zwisało" mi to ile miałem. A miałem a to 2, słabe 3, a to 5, czy nawet 6.
Zacząłem być coraz bardziej wymagający wobec siebie, i zaczęło mnie drażnić wszystko. Matka była już wrakiem psychicznym. Dostała alimenty na siebie, na mnie i brata. Później ojciec stwierdził że nie stać go płacić ("załatwił" sobie krętacz jakieś papiery że schorowany a dorabiał zapewne żeby mieć na "dupy" na czarno albo nawet za granicą), sąd okazał się bezradny. Zostaliśmy z alimentami z funduszu. Miałem jakieś 150 zł na miesiąc. Z tym że oddawałem to matce. Ja "żyłem" ze stypendium to było 200-300 zł, zdarzało się że miałem
też naukowe rzędu 90-100 zł. Na początku wystarczało, potem musiałem rezygnować z obiadów, na imprezę jak szedłem to tylko na jedno piwo i "dla relaksu", posiedzieć, pogadać. Zresztą zajęć bywało i 8-10 godzin dziennie, a sesje i zaliczenia odbywały się nawet po nocach.
No akademik jak to akademik, kumple, koleżanki, jakoś specjalnie żyjąc w tym dole psychicznym i finansowym niespecjalnie mnie to zajmowało, owszem oglądało się czasem na necie z kolegami "gołe baby" i "wyścielało się rozkładówkami" pokój, w końcu akademik to w 80% zamieszkały przez niewyżytych panów w wieku 19 do nawet ... 30 lat. Niestety także studentek, koleżanek studentek.
Poszedłem na jedną imprezę, nic nie robię, a tu "panienka" (Kasia) podeszła usiedliśmy pogadaliśmy. Dałem się omotać, może gdyby koledzy byli to bym się nie dał, ale oni gdzieś się ulotnili (z reguły oni się upijali do nieprzytomności, a ja 1-2 piwa, a potem "grzecznie lulu", bo generalnie brzydziłem się tą swobodą studenckiego życia). W zasadzie nie wiem jak to się stało, uległem wdziękom. Nigdy jej już nie spotkałem.
Była impreza na chacie, przyszły znów jakieś koleżanki koleżanek istny
babiniec, dziewczyny były naprawdę fajne, humor, oczytane itd. popiły
troszkę, no i wyszło tańce zabawa i potem w tajemnicy przed światem "ciało rzucone na łoże traci na oporze".
Czułem się podle następnego dnia, dodatkowo zaraz był kolejny ciężki egzamin. W tym czasie była kolejna dziewczyna, zaczęło się od zapukania do drzwi i poproszenia o "męską" pomoc w pokoju. Przyszła w dość mocno prześwitującej "halce".
Kumple oczywiście nie wszyscy (ci co mieli narzeczone a niektórzy nawet żony) szaleli, w zasadzie tryb studiów był tak stresujący ("rycie łba"), że niektórym naprawdę odbijało. Jeden kręcił z pięcioma pannami naraz - zresztą z tego co wiem, to dość szybko "wkopał się" w alimenty, jeden "chodził" z "małolatami" koło 17 lat. Jeden rwał na auto, dosłownie jeden krył drugiego. Taka "solidarność zawodowa" psia mać.
Szczytem wszystkiego było krycie kumpla, który umilał sobie życie z poznanymi w piątek a później w sobotę w barze koleżankami, kiedy w odwiedziny przyjechała z daleka jego przyszła żona.
Moja sytuacja w sumie i tak była już beznadziejna. Nauka mi szła, ale coraz ciężej, coraz większy stres, ciągłe zapalenia oskrzeli i płuc z
niedożywienia, nie było kasy, matka dostała kolejne prezenty od ojca czyli kupę długów do zapłaty (bodaj 8000 zł wszystkiego przy 600 dochodu jej i 500 mojego) trochę dorabiałem handlując niestety kompleksy z lat szczeniackich powróciły. Załamanie kolejne, poszedłem do wojska. Czułem że to ostatnia i jedyna nadzieja.
Nie wiem co dodają tam czy to rzeczywiście brom, ale ustanowiłem tam jeden z "rekordów" czyli ponad 50 dni bez masturbacji, po tych przygodach z dziewczynami było to raz na 2-3 dni a nie jak kiedyś raz na 7-30 dni.
Odzyskałem spokój, "dokarmili mnie". Nauczyłem się ciekawych rzeczy, niestety niektóre z nich wykorzystałem później w złym celu.
Powrót na studia próba walki, ale nie dość że nie miałem kasy, komputer był złomem, i w zasadzie byłem sam jak palec, nikogo nie miałem.
Dotrwałem do piątego roku, ale już na początku wiedziałem że ciężko będzie mi się utrzymać finansowo. Miałem za sobą jeden nie zdany egzamin, odebrali mi na pół roku stypendium tak socjalne jak i naukowe. Żyłem za 5 zł na dzień, bywały "weekendy" spędzone z wodą mineralną za 50 gr i chlebem jako zapychaczem żołądka.
Zrobiłem kolejną złą rzecz, zacząłem handlować alkoholem. Wpadłem na pomysł że przecież można kupować piwa tzw. sikacze, trzymać je w lodówce u kumpla, i potem sprzedawać w akademiku (oficjalnie nie wolno tam spożywać przechowywać i handlować alkoholem ale życie swoje). Kupowałem po 1.80 sprzedawałem za 2.50 potem 3.00 (taryfa nocna). Wielu studentów nie miało lodówki, a sporo było korytarzówek i innych imprez, i niejeden i co gorsza niejedna studentka przyłazili z lenistwa. Ja targałem po 40 kg na sobie w torbach i plecakach z dość odległych sklepów typu dyskont, a że nikomu się nie chciało latać, to sprzedawałem i jakieś grosze wpadały. Na bar mleczny miałem już.
Zresztą w wojsku też znalazłem swoją "niszę". Kupowałem na przepustce np. zupki chińskie po 49 groszy w ilości np. 50, a w jednostce realizowałem "zamówienia" tzw. kotom którzy nie mogli wyjść przez 50-80 dni nie tylko do domu po 1.70 za sztukę, ale nawet na tzw. miasto i już się robiło 60 zł w kieszeni a przy 100 zł żołdu to jakby nie patrzeć spory zastrzyk gotówki.
Niestety, zakochałem się na zabój w dziewczynie która pracowała w kiosku. Co ja mogłem jej zaoferować. Ani auta, ani kasy, co najwyżej umiejętności typu udzielanie korepetycji z rysunku technicznego. Odpuściłem, "i tak mnie nie zechce", "a nawet gdyby to jej rodzice nie będą chcieli takiego wyrzutka".
Załamałem się, w końcu nie dałem rady ze studiami. Psychika siadła, zabrakło mi dosłownie 1300-1500 zł na opłaty za akademik, plus na życie na koniec plus wydruki pracy dyplomowej kwiaty dla promotora marynarka etc. Nie wiedziałem co ze sobą począć. Szczerze mówiąc, zamknąłem się w łazience wziąłem miskę wody, żyletkę i postanowiłem zakończyć tą rozpacz z powodu ciągłej biedy z nędzą i nędzy z biedą podlanej pechem.
Pojechałem do kolegów, którzy kulali się w nędznej robocie, wsiadam do windy w bloku, patrzę jakieś dziewczyny wsiadają. Bez żadnego tam "napalania się". Okazało się że koledzy organizują mini imprezę ja dostałem 4 piwa w zamian za "transport" ... 40 z monopolowego. Niestety, na "baletach" dziewczyna z windy niejaka Dorotka poprosiła mnie do tańca. Często potrafiłem jeszcze w zaprzyjaźnionym klubie jak już pijane towarzystwo się ulatniało oddawać po 20 butelek pozostawionych na zalanych piwem stołach i kasować kaucję za zwrot po 50gr i wpadała kasa na ... obiad. Miałem jak zwykle "się pilnować" tzn. nie upić, trzymać "fason". Niestety strzał tzw. impuls. Taniec, szum, zapach perfum, no i ten czerwony sweterek. Kolejna na koncie.
Potem "kampania wrześniowa" czyli Sylwia, i Ewelina. Krycie się żeby nikt się nie dowiedział. Czułem się coraz bardziej podle, depresja zaczęła się nasilać coraz bardziej. Kolejne miesiące na bezrobociu i bez ubezpieczenia zdrowotnego (!), ale radziłem sobie, kulając się to tu to tam, waletowałem po różnych naprawdę miejscach.
Któregoś dnia poszedłem do Kościoła, tak po prostu odwiedzić to miejsce po "paru" latach, wychodzę, idę na ryneczek, gdzie różni żule sprzedawali klamoty, ale i książki czy płyty winylowe. Płyty po 50 groszy, po złotówkę (widać że handlowali mydłem i powidłem by mieć na nalewkę), Pan Tadeusz za złotówkę, encyklopedie, słowniki, różne całkiem unikalne książki.
Jako urodzony bibliofil (jedyne normalne uzależnienie jakie posiadam) wiedziałem co może przedstawiać wartość. A więc szybko załatwiłem karton i skupowałem książki po 1-5 zł, rzadkie winyle z lat 80-tych głównie, i potem sprzedawałem na allegro. Nie miałem komputera ani internetu, nie stanowiło to dla mnie problemu, dostęp miałem w bibliotece, urzędzie pracy (!), tam załatwiałem transakcje. Np. książka kupiona za 2 zł dała mi 48 zł zarobku, płyta po 2 zł - 18 zł, itd. Sprzedałem nawet kalkulator inżynierski za 350 zł.
Jakoś się skromnie "kulałem". Wpadła mi raz myśl, pójdę sobie na piwo. Kupiłem kebaba, piwo, potem jeszcze dwa, wyskoczyłem na imprezę. "Postanowiłem" że muszę iść w jakieś nowe miejsce, gdzieś z dala od znajomych mi miejsc. Trafiłem do ciekawego klubiku, fajna impreza, usiadłem przy barze, potem poszedłem na taras, znów przy barze, piję trzecie piwko, nagle przysiada się Aga. Była gdzieś ok. 22-23, bliżej 23 pewnie. Konsumpcja nastąpiła o 3 w nocy w toalecie. Szok.
Przez kolejne dni "wyłem psychicznie", co się dzieje na tym świecie. Nic nie robię, nie latam za dziewczynami, nie jestem jak te "dranie" co skaczą z tekstami cześć mała. A na palcach dwóch rąk mogłem policzyć imprezy na których "nie czekała na mnie niespodzianka". I zawsze to samo, jesteś fajny, oczytany, inteligentny, poczucie humoru, itd. Po prostu "byłem sobą". Niczego specjalnego nie robiłem.
Prawdziwe bagno dopiero się zaczynało. Nagle "odkryłem" że daje mi to "bombę" porównywalną chyba z jakąś morfiną, albo amfetaminą co najmniej (zawsze brzydziłem się ćpunami, narkomanią, dopalaczami i całą tą białą śmiercią, a nawet papierosami). Tytuł tej bomby brzmiał "ktoś mnie zechciał".
Poznałem dziewczynę "na parę razy", paliła papierosy. Też zacząłem palić. Jak szybko ją poznałem, tak szybko przeskoczyła na "innego kwiatka", ja zostałem wielbicielem fajek. Na szczęście nie zdążyłem się chyba uzależnić, bo po pół roku rzuciłem.
Postanowiłem się "zemścić". Poznałem Kaśkę, która ... paliła papierosy. 6 rano, trafiona zaliczona. Tak po prawdzie to dałem się znów "złapać" łatwo. Siedziała na ławce pod lokalem z założoną nogą na nodze. Niestety, dla słabego człowieka widok ud, oraz czarnej mini (miałem słabość do brunetek) działa jak "wyzwalacz". W lokalu skłamałem, twierdząc że pracuję w firmie budowlanej, poza tym studiuję zaocznie. Zacząłem dostosowywać teksty do "oczekiwań". To że bujda na resorach to nic, ja muszę. "Najpierw dowód, potem miłość", jak był dowód, to "wszystkie one są takie same".
Wymyśliłem kolejną "metodę". Zrywałem plakat czy afisz który wisiał w lokalu, i zaczynałem "zabawę" znaną z lat szkoły podstawowej, czyli przy okazji poznawania nowych osób (w zasadzie tylko dziewczyn) w nowych lokalach i krótkiej pogawędce szedłem na tzw. spontan czyli "wpiszesz mi się" z tyłu?
Działało w 100 procentach. Atmosfera robiła się coraz "fajniejsza",
dziewczyny zaraz mnie wyciągały, i teraz "najlepsze". Cel główny, czyli ta na której mi zależało, zostawała na koniec, albo w ogóle udawałem że mnie nie interesuje. W końcu kończyło się tak samo. Tak w ciągu 33 dni od 6 grudnia do 9 stycznia doszły do "łupów wojennych" Kaśka, Emilia i Wioletta. Dramat.
Impulsem pt. Emilia była fajna kurteczka, a pt. Wioletta kręcone włoski.
Oczywiście to nie tak, że leciałem na wszystko co się rusza. Miałem raczej dość "sztywne" zasady dotyczące "wymagań", spełniało je jakieś 10 procent dziewczyn, problem w tym, że jak obok buzi, był jeszcze duży dekolt i właśnie taki "dodateczek" typu "odzieżowego", typ chodu, uśmiech, to byłem załatwiony.
Któregoś razu dostałem od jednej z koleżanek maila, że jest impreza. Miałem w ten dzień urodziny, więc "muszę sobie sprawić prezent". Pojechałem kilkadziesiąt km, wracając pociągiem wysiadłem niewyspany, mało co nie wpadłem pod auto. Żeby dopełnić obrazu tego bagna (nie byłem wtedy akurat przy kasie), dodam że wydałem ostatnie 30 zł z portfela, żeby mieć na pociąg i piwo.
Jak byłem przy kasie, to brałem np. 20-30 zł do jednej kieszeni do tzw. puli dla siebie na piwo, a do drugiej np. 50-100 zł do tzw. puli inwestycyjnej na drinki, taxi, kwiatka, zamówienie piosenki.
Poszedłem do normalnej pracy, a że zajmowała mi mnóstwo czasu, nie miałem sił i głowy do imprezowania. Zająłem się znów przesiadywaniem z bibliotece, a nawet nauką angielskiego (!). Potem miałem małe problemy ze zdrowiem, zacząłem się udzielać jako wolontariusz. Nagle zdrowie zaczęło się normować, odłożyłem kasę, kupiłem sobie w końcu po latach oczekiwań prawdziwy komputer (wcześniejszy który złożyłem niemal "ze złomu" sam, służył mi do ... samouctwa komputerowego). Teraz założyłem sobie internet.
Znów bezrobocie, znalazłem pracę ale dość stresującą (tzw. mobbing) a przede wszystkim męczącą głównie nocki wychodziło po 200 h w mies. Po 3-5 nocek z rzędu.
Internet zaczął służyć jako źródło rozrywki. Do tej pory na kompie trzymałem tylko trochę rozkładówek soft typu CKM, Playboy. Teraz zaczęła się pornografia.
Znalazłem sobie - najstraszniejsze jest to, jak łatwo tam trafić, wystarczy tylko kliknąć "Enter" zamiast "Exit" - dwie ulubione "laseczki", z "mojego typu". Ściągnąłem kilkaset filmów, w zasadzie rzadko kiedy się oglądało je całe, czasem wystarczył nawet tylko sam początek, jak laska robi mini-striptiz.
W pracy robiłem zamiany harując nawet 22 h bez przerwy lub 18 na dobę tylko po to, by mieć wolne w sobotę (zdarzało się że musiałem w niedzielę być na 14 w pracy i musiałem oczywiście być trzeźwy).
Potem był schemat, planowanie operacji np. Pustynna Burza, Overlord, kryptonim Magda, przygotowywanie, "ostatnie poprawki", trochę gołych bab "co by sobie podładować się", i "na łowy".
I znów szok. Przychodzę na imprezę a było to po 8 piwach wypitych w domu co by taniej wyszło, siadam sobie koło damskiej torebki, wraca właścicielka na imię miała na pewno na A ale nie zapamiętałem w tym stanie jakie to imię (!) i po półtorej minuty rozmowy dotyczącej ... modeli telefonów komórkowych rzuca się niemal na mnie i "gdzie pójdziemy to zrobić". Ja po prostu nie wierzę że to tylko alkohol, co te "dziewczyny" (chyba ok. 40 lat bo nosiła "okulary do czytania") teraz biorą. A ja oczywiście szybko do kieszeni do puli "na wydatki wojenne" po kasę na piwo. Barmanka nie mogła się powstrzymać chyba ze śmiechu, jak widziała błagalne teksty zdziecinniałej bardziej niż ja panny "no chodź".
W inną sobotę kiedy impreza się kończyła, poszedłem oddać bodaj piąte czy szóste piwo, odwracam się, idę jeszcze zajrzeć może jakaś piosenka poleci, to zatańczę, a tu dziewczyna siedząca samotnie przy stoliku łapie mnie za rękę i mówi do mnie: siadaj. A u mnie znów zamiast obrócić to w żart, to "zasady" się odezwały. "Lepiej być erotomanem niż pedałem". "Panienka podpita panienka zdobyta, dlatego alkohol jest twoim sprzymierzeńcem".
Miałem serię dość bolesnych zabiegów, lekarka powiedziała przed rozpoczęciem w żartach niech pan skoczy sobie na jakąś dyskotekę. Nie wiedziała że skaczę prawie co tydzień. Poszedłem ewidentnie z zamiarem wyrwania panienki i żeby mieć odlotowy bombowy "filmik" o działaniu przeciwbólowym.
Ponadto na gg zacząłem korespondować z Olą, Renatą, Kaśką, Monisią, a przygotowywałem się już do "pogawędek" z kilkoma dziewczynami o różnych nickach, które zaczepiły mnie na maila, były też koleżanki z pracy. Na szczęście umówiłem się tylko z jedną. Po tym jak przyznała się że dwa dni wcześniej miała faceta "z netu" zastanowiłem się nad sobą. Oczywiście były też kilkugodzinne cyber"sesje" wykańczające fizycznie i psychicznie. Wychodziło po 35-40, a nawet raz chyba było 53 h bez snu, licząc 24 h w pracy, plus impreza, i przed komputerem.
W końcu impreza, znów impuls (blondyna z wylewającym się biustem). Krótka rozmowa, wszystko gra (sygnałki kobiece czyli jak ja to nazywałem tzw. "klasyka z poradnika"), no i skończyło się ... na przystanku autobusowym. Potem była jeszcze m.in. Grażyna i Baśka. Były też "operacje" przynoszące straty, jak zgubienie telefonu, zgubienie 50 zł ...
W końcu zrobiłem test na HIV, miałem humorystyczną sytuację, bowiem odmówiłem dziewczynie, powiedziałem zadzwonię jutro, a ta na mnie z łapami że ona chce teraz (!) tak była chyba napalona. Inna sprawa że sam sobie jestem winien, bo postawiłem jej dwa drinki. Numer telefonu wyrzuciłem, tzn. kupiłem nowy z kiosku.
Poznałem emerytowanego wojskowego, zobaczyłem na czym polega ten nałóg. Jaki to kamuflaż, a ja jako absolwent szkoły podoficerskiej rezerwy (sporo było zajęć z kodowania, szyfrowania i różnych "tajników") się też potrafiłem kryć. Facet w swoim telefonie tak ukrywał przed żoną kochanki: Renata była zapisana w kontraktach jako Rysiek, a Halina jako Heniek. Hotel do którego z nimi jeździł zaznaczył jako praca kadry. Mówię to żeby pokazać jacy potrafią być faceci, ku przestrodze. Która z żon nawet przeszukując telefon, kontakty wpadnie na pomysł by dzwonić "do kolegi Heńka", albo do "kadrowej do pracy"?
Skończyłem 33 lata, tzw. wiek Chrystusowy. Coś mnie tknęło, żeby zrobić porządki przedświąteczne. Za szafą znalazłem zakurzony totalnie przez 10-15 lat (?) obraz komunijny w ramce. Wytarłem szmatką, ukazała mi się czysta "szybka", i poczułem chęć spowiedzi. Pierwszej od dwóch lat, ale pierwszej uczciwej. Idąc na spowiedź czułem straszne lęki, jakby naokoło latało mnóstwo czarnych "ptaków", "stworzeń". Bałem się jak małe dziecko, że coś mi się stanie, i nie dotrę na spowiedź. W końcu udało się, wyszedłem z Kościoła, i okazało się, że lęki minęły.
Poszedłem do sklepu po zakupy, akurat wyszedł tego dnia CKM (datę wyjścia znałem oczywiście z poprzedniego numeru). I co się stało? Po raz pierwszy od długiego czasu nie kupiłem.
Włączyłem sobie w domu spokojną muzykę, sprzątnąłem pokój. Jeszcze miałem parę upadków pornograficznych (ściągnąłem jeden film), ale wkrótce wyrzuciłem całe to bagno z komputera.
Dwa tygodnie bez masturbacji, i coraz lepszy nastrój. Zacząłem chodzić na mszę co niedzielę. W Wielkanoc znów się wyspowiadałem z ostatniej "dawki" nałogu, i wkrótce przystąpiłem do Komunii po raz pierwszy od ponad dwóch lat. Najgorsze zawsze było na spowiedzi krycie grzechów szóstego przykazania. A tak po prawdzie to dopiero czytając na nowo Pismo Święte i modlitewnik komunijny zobaczyłem ogrom zniszczeń, jak posiadanie Bożka przyjemności, kłamstwo, "małe kłamstewka", wyzywanie podczas kłótni po co żeś mnie urodziła, złorzeczenie ojcu (akurat za "słaby" jestem żeby się za niego modlić), myśli samobójcze, planowanie samobójstwa, niezdrowy tryb życia, przeszkadzanie w modlitwie, gniew, nerwy (jak nie było "bomby") itd.
A tyle razy udało mi się ocalić od śmierci (cztery traumatyczne sytuacje wypadkowe podczas podróży i w wojsku). W ogóle jak doczytałem i z doświadczenia widzę że ludzie z PTSD kończą jako alkoholicy, erotomani, lekomani, hazardziści itp.
Wiem że wszystkie te moje "cudowne" ocalenia to fakt tego, że Bóg był zawsze przy mnie. Tylko ja od Niego odeszłem kiedyś, zresztą moi rodzice od 25 albo i więcej lat nie odwiedzili Kościoła, i chyba już nie odwiedzą. Bóg miał dość bagna, jakie się działo w tej rodzinie, i dał mi szansę, pokazując że jest silniejszy niż szatan. Że nawet kogoś, kto idzie coraz bardziej i coraz szybciej w bardzo złym kierunku, cały czas kocha, i czeka by się nawrócił.
Niestety ogrom bagna jest straszny, i nie ma tak dobrze, że już wszystko "będzie fajnie". Walka trwa, nikt nie mówił że życie Chrześcijanina jest łatwe. Mam teraz swojego kierownika duchowego, bardzo fajnego księdza. Poznałem w ogóle ciekawe towarzystwo, trochę inteligentnych ludzi, i mam grupę z którą mogę porozmawiać na każde tematy. Nagle się okazało, że "są jednak porządne kobiety". Inna sprawa, że ja teraz powinienem zamiast dostawać tą swoją nędzną wypłatę, harować za chleb i suchą wodę, a resztę przeznaczać na dom dla samotnych matek.
Modlitwa codzienna, msza co niedzielę, no i Różaniec. To najlepsza broń. A byłem taki słaby, zresztą znamienne jest to, że jedna z panien po imprezie rzuciła mi się niemal przy samym kościele całując i szepcząc "kocham cię". A ja uwierzyłem, potem oczywiście łapiąc doła na kolejne tygodnie. To kocham cię mówił po prostu szatan do swojego "poddanego".
"Szatan stara się usidlić kobietę, by przez nią dotrzeć do mężczyzny, tak jak Ewa skłoniła Adama, by popełnił grzech. Kobieta jest tutaj postrzegana jako narzędzie, poprzez które można uwodzić mężczyznę i doprowadzić go do grzechu, by odsunął się od Boga, by stał się ateistą. Wbrew pozorom, najważniejszą rzeczą dla szatana nie jest opętanie człowieka, lecz działanie mające na celu doprowadzenie człowieka do upadku, do grzechu. Kolejnym powodem częstszego opętania kobiet jest to, że szatan chce się zemścić na Maryi, jego wielkiej przeciwniczce".
A ja już od lipca bez kobiet, imprez, dyskotek, od lutego bez syfu z internetu, coraz rzadsze (raz na kilkanaście dni) masturbacja i piwo. I coraz mniej nerwowy.