Do Legat
Właśnie o to muszę zawalczyć, by poczuć, że sama dla siebie jestem ważna i wartościowa, że żaden związek nie wypełni pustki, jeśli ja sama jej w sobie nie wypełnię.
Naprawdę czuję panikę przed blokadą go, bo dalej widzę tylko ciemność. Liczę na tę terapię, że da mi zobaczyć tam światło i będę mieć w nosie, co on myśli i czuje. To dopiero byłaby ulga.
Ale czy to się uda....
Solaris napisał/a:Tak więc zablokuj go gdzie się da. Na początku to może Cię przerazić i wywolać większy ból, bo będziesz to odbierała tak, jakbyś podcinała gałąź, na której siedzisz, ale z czasem Twój mózg się przyzwyczai, że gałąź ma się dobrze:)
Niestety to tak nie działa. Coś trzeba dać sobie w zamian. Jak sama pisze panicznie boi się końca i ciągle wraca do tej znajomości, bo w jej podświadomości dalej nie ma nic.
Terapia tylko i aż powinna zdjąć tę blokadę. Pokazać, że po drugiej stronie jest przecież lepiej.
Każdy w życiu ma jakiś motor, który ciągnie, dla którego chce się żyć. Trzeba cos sobie dać, żeby pojawiła się wiara, że po zmianie jest lepsze życie.
A tak to tylko jest katowanie siebie, bez perspektywy co da ta zmiana.
A nie mylisz przyczyny ze skutkiem? Ta blokada w jej głowie i strach przed pustką to efekt tego, że ona wciąż zostawia mu otwartą furtkę. Żadne chęci na coś nowego nie pojawią się w jej umyśle, dopóki ma fokus na niego. Terapia nie działa w próżni. Żeby w głowie zeszła blokada, najpierw trzeba odciąć źródło, które tę blokadę i lęk stale podtrzymuje.
Nie da się budować nowego życia w trakcie trwającego pożaru.
Do Legat
Właśnie o to muszę zawalczyć, by poczuć, że sama dla siebie jestem ważna i wartościowa, że żaden związek nie wypełni pustki, jeśli ja sama jej w sobie nie wypełnię.
Naprawdę czuję panikę przed blokadą go, bo dalej widzę tylko ciemność. Liczę na tę terapię, że da mi zobaczyć tam światło i będę mieć w nosie, co on myśli i czuje. To dopiero byłaby ulga.
Ale czy to się uda....
Musisz wierzyć, że się uda.
Solaris,
Ech...tak to chyba jest...Odkryłam, że nie zablokował mnie tylko na swoim fikcyjnym koncie na FB i nadal ma mnie tam w znajomych. Być może zostawił furtkę do żebrania albo podglądania mojego konta.
Właśnie wzięłam głęboki oddech i zablokowałam go na tym koncie. Pozostaje WhatsApp i jego numer telefonu. Usunęłam z kontaktów, ale znam na pamięć.
Trzeba będzie choć czuję autentyczną panikę...
Tak czułam;) Ja Cię rozumiem, bo schematy sa takie same, nie Ty jedna się oszukujesz, bo chyba większość. Śmierć nadziei zawsze wywoluje panikę. Dopóki go nie zablokowałaś, zostawiłaś sobie furtkę, żeby mógł napisać.
Dobrze, że w końcu zrobiłas krok naprzód:) ale zablokowanie go na jednym koncie to dopiero początek.
Będę zaglądać i pilnować czy nie robisz kroku w tył;))
Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy. Teraz zaczynam widzieć, ile miejsca w moim życiu wypełniał kontakt z nim. Na nikogo więcej nie miałam i nie chciałam mieć czasu.
I tak zostałam praktycznie sama z tym wszystkim.
Od 20 sierpnia wracam do pracy. Mam bardzo miłe grono bliższych i dalszych koleżanek i kolegów w pracy. Mam miłych sąsiadów i znajomych z osiedla. Mam mamę tu na miejscu, choć nic jej nie mówię, bo jest w żałobie po moim Tacie i ze względu na to ciężko znosi takie wieści. Poza tym mam fajnych, dorosłych synów, mieszkają daleko, ale odwiedzają mnie i dzwonią. Gdy on zaczął ich dewaluować i twierdzić, że poniosłam porażkę wychowawczą postanowiłam nic im nie mówić o tej relacji, a szkoda, bo pewnie kazaliby go pogonić.
Narobiłam wiele głupot. Nie stanęłam po swojej stronie. Muszę zdjąć z siebie ten ciężar winy.
Dobrze, że jesteście!
Do Solaris
Czy Ty aby nie jesteś psychoterapeutą? I potraktuj to pytanie jako szczery komplement
.
Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy. Teraz zaczynam widzieć, ile miejsca w moim życiu wypełniał kontakt z nim. Na nikogo więcej nie miałam i nie chciałam mieć czasu.
I tak zostałam praktycznie sama z tym wszystkim.
Od 20 sierpnia wracam do pracy. Mam bardzo miłe grono bliższych i dalszych koleżanek i kolegów w pracy. Mam miłych sąsiadów i znajomych z osiedla. Mam mamę tu na miejscu, choć nic jej nie mówię, bo jest w żałobie po moim Tacie i ze względu na to ciężko znosi takie wieści. Poza tym mam fajnych, dorosłych synów, mieszkają daleko, ale odwiedzają mnie i dzwonią. Gdy on zaczął ich dewaluować i twierdzić, że poniosłam porażkę wychowawczą postanowiłam nic im nie mówić o tej relacji, a szkoda, bo pewnie kazaliby go pogonić.
Narobiłam wiele głupot. Nie stanęłam po swojej stronie. Muszę zdjąć z siebie ten ciężar winy.
Dobrze, że jesteście!
Czym jest selektywna uwaga? Już pokazuje:
"Mam duze grono milych kolegow z pracy"
Brzmi dobrze
Zapamietalem to z calej wypowiedzi
73 2026-08-06 18:48:41 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-08-06 18:51:09)
Do Solaris
Czy Ty aby nie jesteś psychoterapeutą? I potraktuj to pytanie jako szczery komplement.
O jak miło, dziękuję:) Nie jestem, gdybym była to szewc bez butów by chodził, haha. Sama noszę bagaż niefajnych doświadczeń z dzieciństwa, które gryzą mnie do tej pory
Z facetami toksykami nie mam doświadczenia bo z żadnym nie byłam nigdy w związku. Ale to nie kwestia szczęścia, tylko silnego instynktu samozachowawczego. Nie mogłabym być z kimś kto mnie źle traktuje. Dobre traktowanie to dla mnie priorytet w relacji. Jak tego nie ma to nie ma związku:)
Niemniej psychologia toksycznych związków jest przewidywalna, wystarczy trochę o tym poczytać, żeby zacząć widzieć te wszystkie schematy jak na dłoni.
Pisz tutaj, jeśli to Ci pomaga. Czasem trzeba się wygadać, wysmarkać w czyjś życzliwy rękaw, położyć głowę na czyimś przyjaznym ramieniu... a czasem zostać lekko szturchniętym, żeby wskoczyć na właściwy kurs;)
74 2026-08-06 18:49:24 Ostatnio edytowany przez Alessandro (2026-08-06 18:50:14)
To co zrobiłaś , czyli odejście od niego i postanowienie walki o siebie, wymagało ogromnej siły, determinacji i odwagi. W dalszym ciągu będziesz tego potrzebować, tego całego potencjału, lecz tym razem do budowania swojej nowej przyszłości. Tylko Ty wiesz, ile Ciebie to kosztowało. I co ważne, idziesz dalej, nie zatrzymujesz się.
Bardzo dobrze, że masz wokół siebie wiele życzliwych Tobie osób, wliczając do nich także Twoich synów. Może warto byłoby porozmawiać z nimi na ten temat. To Twoje dzieci. Jeśli oni poznają prawdę, to będą wiedzieć jak postępować, co robić, aby jeszcze lepiej i skuteczniej wspierać, chronić i bronić Ciebie. Pomyśl o tym.
Bert44, faktycznie uwagę masz niezwykle selektywną
Solaris, jesteś kochana! Współczuję doświadczeń z dzieciństwa i jednocześnie zazdroszczę pozytywnej historii z mężczyznami. Gratuluję siły i determinacji w chronieniu siebie.
Alessandro, niestety to nie ja odeszłam, to on mnie porzucił, więc tu nie mam być z czego dumna
. To, że walczę żeby przetrwać po tym wszystkim, to pewnie jakiś tam powód do "pochwalenia" samej siebie po tym, jak pozwalałam się traktować.
Dziękuję Ci za wsparcie.
78 2026-08-06 22:53:16 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-08-06 22:54:07)
Solaris, jesteś kochana! Współczuję doświadczeń z dzieciństwa i jednocześnie zazdroszczę pozytywnej historii z mężczyznami. Gratuluję siły i determinacji w chronieniu siebie.
Pewnie, że jestem!;)) Ty też jesteś! Dobrze sobie posłodzić troszkę;) przyjemniej:))
Dziękuję. Każdy nosi jakiś swój krzyż. Czasem ciąży. A żyć trzeba.
Czy jestem silna, nie wiem, raczej nie. Nie mam jakiejś odporności psychicznej z żelaza. Ale jestem charakterna i dumna, więc chyba bardziej duma by mi nie pozwoliła być z kimś kto mnie traktuje byle jak.
Nawet gdybym kochała. Wolałabym odejść choćbym miała żreć gruz;)
Smuteczek25 napisał/a:Solaris, jesteś kochana! Współczuję doświadczeń z dzieciństwa i jednocześnie zazdroszczę pozytywnej historii z mężczyznami. Gratuluję siły i determinacji w chronieniu siebie.
Pewnie, że jestem!;)) Ty też jesteś! Dobrze sobie posłodzić troszkę;) przyjemniej:))
Dziękuję. Każdy nosi jakiś swój krzyż. Czasem ciąży. A żyć trzeba.
Czy jestem silna, nie wiem, raczej nie. Nie mam jakiejś odporności psychicznej z żelaza. Ale jestem charakterna i dumna, więc chyba bardziej duma by mi nie pozwoliła być z kimś kto mnie traktuje byle jak.
Nawet gdybym kochała. Wolałabym odejść choćbym miała żreć gruz;)
O to właśnie ja mam tak samo wolałam odejść z 3 miesięcznym dzieckiem na ulicę iść mieszkać do hostelu i do kumpeli zanim dostałam dom z urzędu niż być w wygodnym mieszkaniu ze zdrajca
Solaris, fajna metafora z tym gruzem...Aż się uśmiechnęłam pierwszy raz od dawna
.
81 2026-08-06 23:46:04 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-08-06 23:46:45)
Solaris, fajna metafora z tym gruzem...Aż się uśmiechnęłam pierwszy raz od dawna
.
O! I mi też od razu lepiej! Fajnie być pożytecznym a nie tylko bzdury klepać w internetach:)
Może zrobię z tego misję jakąś? Że codziennie będę wywolywać uśmiech na czyjejś twarzy? Zacznę rano próbę od lustra!;)
Bo ostatnio ten mój uśmiech trochę... krzywy jakiś haha.
Solaris napisał/a:Tak więc zablokuj go gdzie się da. Na początku to może Cię przerazić i wywolać większy ból, bo będziesz to odbierała tak, jakbyś podcinała gałąź, na której siedzisz, ale z czasem Twój mózg się przyzwyczai, że gałąź ma się dobrze:)
Niestety to tak nie działa. Coś trzeba dać sobie w zamian. Jak sama pisze panicznie boi się końca i ciągle wraca do tej znajomości, bo w jej podświadomości dalej nie ma nic.
Terapia tylko i aż powinna zdjąć tę blokadę. Pokazać, że po drugiej stronie jest przecież lepiej.
Każdy w życiu ma jakiś motor, który ciągnie, dla którego chce się żyć. Trzeba cos sobie dać, żeby pojawiła się wiara, że po zmianie jest lepsze życie.
A tak to tylko jest katowanie siebie, bez perspektywy co da ta zmiana.
Coraz bardziej wygląda, że obydwoje byli dla siebie toksyczni, więc i obydwoje mogą czuć się pokrzywdzeni, co wynika ze zrywań i powrotów czy brakiem definitywnych możliwości kontaktu.
Wieka, pewnie tak było. Lękowy styl przywiązania może być uciążliwy, choć nigdy w niczym nie ograniczałam partnera i do niczego nie zmuszałam. Po prostu kochałam za bardzo i nie wyobrażałam sobie, że może go zabraknąć. Mógł być zmęczony moimi lękami, ale dziś już wiem, że nic nie usprawiedliwia tak okrutnego i poniżającego potraktowania kogoś na pożegnanie. Zdeptanie, poniżenie drugiego człowieka i zrzucenie na niego całej winy za rozpad związku to egzekucja przemocy psychicznej. Patrzenie zimnym wzrokiem, jak ktoś nie ma siły mówić i iść z rozpaczy, porzucenie go na dworcu jak worek śmieci i odjechanie, to nie jest godne pożegnanie. On wiedział, że ja się po tym nie podniosę bardzo długo. To ja zawsze za swoje i nie swoje winy przepraszałam, kajałam się, żeby tylko było dobrze. Ja przez te 6 lat nigdy nie usłyszałam słowa: przepraszam, że Cię zraniłem.
Dlatego to pożegnanie złamało mnie w pół. Wiem, że nawet gdy miną miesiące i lata on nigdy nie pomyśli, że oboje byliśmy winni. I to boli najbardziej.
Wieka, chcę jeszcze powiedzieć, że pewnie nie doświadczyłaś nigdy skutków przemocy i manipulacji psychicznej. I bardzo dobrze, niech tak pozostanie. Ja doświadczyłam i płacę za to głęboką traumą, która nie wzięła się znikąd. W moim obecnym stanie sugerowanie, że krzywdziłam tego człowieka wpychają mnie w czarny tunel winy i sprawiają, że proces zdrowienia cofa się do początku. Nie umiem potem się pozbierać do życia. Proszę, pomyśl o tym i nie przydawaj mi bólu. Zachowaj te słowa dla siebie. Dziękuję.
niestety..strasznie manipulujesz autorko.
czy istnieją nowe poczatki po 50? Istnieją, ale pewną pracę trzeba wykonać, np nad tym, jak wygląda zdrowa relacja kobiety z mężczyzną.
terapeutkę sobie zmień na mężczyznę, bo Twoja Cię chyba na manowce prowadzi. Jesli terapeuta mówi Ci same miłe rzeczy, bo jak nie , to "cofasz sie do początku " to raczej wyciąganie kasy niż terapia.
na Twoim miejscu znalazłabym poważnego terapeutę w psychodynamicznym nurcie, bo musisz chyba wiele rzeczy w swoim życiu odkłamać, musi być coś w dzieciństwie, gdzie nie mogłaś być szczera, a tylko przez dostosowywanie się zasłużyłaś na miłość. Niestety wcale Cię to nie uszlachetnia i nie pomaga w związkach,
jak długo to potrwa? jak długo zechcesz.
jak długo będzieaz dostrzegać wartość w takiej postawie, nie pojawi się w Twoich relacjach bliskość.
Autorko to jest problem w tobie, a nie w tym panu. Sama go sobie wybrałaś bo widocznie takie masz potrzeby. Nie wybrałaś innego partnera, a dokładnie tego bo daje ci to czego szukasz. Ja mam czasem takie koszmary, że chce mnie pochłonąć jakaś zła siła - najprawdopodobniej to ja sam jestem w tych snach tylko pod postacią złych emocji, które mnie pochłaniają (choćby stres, lęk). Twoim największym wrogiem jest twój własny umysł, a nie tamten człowiek. Albo uporasz się sama ze sobą albo będziesz wracać do tego co Cię przyciąga. Zwróciłem Ci kiedyś uwagę na na postać Jadwigi Staniszkis. Poczytaj sobie o niej bo ona miała tego typu problemy. Jak toksyczny związek łączy się z seksem, a szczególnie gdy seks wszystko lepi to tworzy bardzo mocne uzależnienie. Ja nie wiem czy tam jest lub był seks, ale takie uzależnienie leczy się innymi nawykami - czyli choćby poznaj innego pana skoro sama nie potrafisz żyć w samotności.
To prawda, że problem leży w moim umyśle i dwa poważne związki przed tym ostatnim też się nie udały. Miałam zimny i surowy dom, z wymaganiami i oczekiwaniami ponad miarę.
Na przytulenie trzeba było sobie zasłużyć. Nie dostałam w dzieciństwie akceptacji i bezwarunkowej miłości. Nauczyłam się więc zabiegać ponad miarę. Panowie na początku byli zafacynowani i uroczy, potem już mieli mnie w garści.
Ten człowiek ujął mnie tym, że wiedząc o mojej przeszłości obiecał z niczego nie rozliczać i być na zawsze cokolwiek się zdarzy. Bez dramatów, bez zbytnich oczekiwań. Deklarował, że będzie plastrem na wszystkie lęki i rany. Oboje zaakceptowaliśmy to, że mamy pracę i obowiązki na drugich końcach Polski i postanowiliśmy stworzyć relację opartą na rozmowach i spotkaniach od czasu do czasu. Ten człowiek też miał dysfunkcyjny dom i to z czasem zaczęło się objawiać. Z tym, że u mnie to szło w nadmierne staranie i zabieganie o uwagę, u niego w unikanie i objawy paranoi, czasem okrucieństwa. Kiedyś mi powiedział, żebym uciekała, bo on potrafi być skurw....m. Nie mogłam w to uwierzyć i nie uciekłam.
Moja wina, że po niektórych jego zachowaniach nie potrafiłam uciec. Ale też nie potrafię usprawiedliwić jego okrucieństwa.
Nie narzekam na terapeutkę, ona wcale nie mówi mi miłych rzeczy. Właśnie odwrotnie, skupia się nad tym, co u mnie spowodowało tak burzliwe relacje i dlaczego nie umiem być wartością sama dla siebie. O nim mówi mało i krótko, raczej słucha jak to wyglądało.
To, że zdrowienie cofa się do poczatku, to moje odczucia. Piszę tak, jak czuję. Może czas przyniesie inne spojrzenie na to wszystko. Na razie jest świeża rana, a wtedy wszystko boli.
Pozdrawiam Was.
Wieka, chcę jeszcze powiedzieć, że pewnie nie doświadczyłaś nigdy skutków przemocy i manipulacji psychicznej. I bardzo dobrze, niech tak pozostanie. Ja doświadczyłam i płacę za to głęboką traumą, która nie wzięła się znikąd. W moim obecnym stanie sugerowanie, że krzywdziłam tego człowieka wpychają mnie w czarny tunel winy i sprawiają, że proces zdrowienia cofa się do początku. Nie umiem potem się pozbierać do życia. Proszę, pomyśl o tym i nie przydawaj mi bólu. Zachowaj te słowa dla siebie. Dziękuję.
Nie miałam takiego celu.
Nigdzie nie napisałam, że Ty go skrzywdziłaś.
Wieka, pewnie reaguję zbyt emocjonalnie, mam nadzieję, że to zrozumiesz...
90 2026-08-07 18:08:56 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-08-07 18:09:32)
Wieka, pewnie reaguję zbyt emocjonalnie, mam nadzieję, że to zrozumiesz...
Staram się ![]()
Zwróciłem Ci kiedyś uwagę na na postać Jadwigi Staniszkis. Poczytaj sobie o niej bo ona miała tego typu problemy. Jak toksyczny związek łączy się z seksem, a szczególnie gdy seks wszystko lepi to tworzy bardzo mocne uzależnienie. Ja nie wiem czy tam jest lub był seks, ale takie uzależnienie leczy się innymi nawykami - czyli choćby poznaj innego pana skoro sama nie potrafisz żyć w samotności.
Ta pani po prostu była typem człowieka, który potrzebował w związku potężnych i destrukcyjnych emocji, żeby w ogóle czuć, że żyje. Sama przyznawała, że normalne, stabilne relacje potwornie ją nudziły, a przyciągali ją faceci skomplikowani, z mroczną stroną ale tacy, ktorzy fascynowali ja intelektualnie bo to był dla niej silny afrodyzjak.
Taki przymus pakowania się w toksyczne układy często wynika z własnych, nieprzepracowanych deficytów z przeszłości.
Była mocno zafascynowana swoim mężem intelektualnie i bardzo go kochała i w imię tego pozwalała mu na przemoc ktorą usprawiedliwiała mówiąc, że, cytuję "ja w tym widziałam też coś ciekawego. To mi pozwoliło spojrzeć na przemoc jako na sposób komunikowania". Dla mnie masakra. Taka mądra, inteligentna kobieta a nie potrafiła się ogarnąć. Zamiast kopnąć go w dupę, że by leciał i leciał to nocami chodziła po knajpach szukając go, żeby zaprowadzić do domu a on potrafił przyłożyć jej kluczami w twarz, że potem długo nosiła bliznę.
Jak czytałam to aż gotowało się we mnie.
Biedna Jadźka z syndromem ratownika. A co śmieszne, to on ja zostawił. W sumie to dobrze, bo sama by pewnie jeszcze kolejne lata trwała w tym bagnie. Ale jednak wywraca to logikę do gory nogami.
Poczytałam trochę o pani Jadwidze i to faktycznie przerażająca historia, a jednak i w niej było coś pozytywnego.
Otóż pani profesor powiedziała po latach, że była to ważna, choć bolesna lekcja życia. Podsumowała ją tak, że "mimo ran była górą w tej relacji", bo po niej potrafiła się odbudować i stworzyć od nowa ciepły i szczęśliwy związek, bez burz i dramatów. Trwał on 15 lat i dał jej ukojenie. Natomiast Iredyński zaprzepaścił swoje życie, przepił i do końca był nieszczęśliwym człowiekiem.
Poczytałam trochę o pani Jadwidze i to faktycznie przerażająca historia, a jednak i w niej było coś pozytywnego.
Otóż pani profesor powiedziała po latach, że była to ważna, choć bolesna lekcja życia. Podsumowała ją tak, że "mimo ran była górą w tej relacji", bo po niej potrafiła się odbudować i stworzyć od nowa ciepły i szczęśliwy związek, bez burz i dramatów. Trwał on 15 lat i dał jej ukojenie. Natomiast Iredyński zaprzepaścił swoje życie, przepił i do końca był nieszczęśliwym człowiekiem.
To prawda, z drugim mężem, który był mega mózgiem więc kręcił ją intelektualnie, żyła spokojnie i szczęśliwie prawie 15 lat, ale niestety jemu pod koniec coś się przestawiło i ją zaczął zdradzać a co gorsze, uważał, że powinna to tolerować. I tu nasza pani profesor już postawiła twardą granicę - zero tolerancji! I zażądała rozwodu. Czyli nie powieliła już schematu z pierwszym mężem z ktorym miała piekło. Czyli jakąś lekcję wyciągnęła. Albo po prostu dojrzała, zmieniły się jej priorytety albo upodobania... W każdym razie, pokazała, że szacunek do samej siebie jest najważniejszy.
I Ty też, Smuteczku szanuj się!
Smuteczek25 napisał/a:Poczytałam trochę o pani Jadwidze i to faktycznie przerażająca historia, a jednak i w niej było coś pozytywnego.
Otóż pani profesor powiedziała po latach, że była to ważna, choć bolesna lekcja życia. Podsumowała ją tak, że "mimo ran była górą w tej relacji", bo po niej potrafiła się odbudować i stworzyć od nowa ciepły i szczęśliwy związek, bez burz i dramatów. Trwał on 15 lat i dał jej ukojenie. Natomiast Iredyński zaprzepaścił swoje życie, przepił i do końca był nieszczęśliwym człowiekiem.To prawda, z drugim mężem, który był mega mózgiem więc kręcił ją intelektualnie, żyła spokojnie i szczęśliwie prawie 15 lat, ale niestety jemu pod koniec coś się przestawiło i ją zaczął zdradzać a co gorsze, uważał, że powinna to tolerować. I tu nasza pani profesor już postawiła twardą granicę - zero tolerancji! I zażądała rozwodu. Czyli nie powieliła już schematu z pierwszym mężem z ktorym miała piekło. Czyli jakąś lekcję wyciągnęła. Albo po prostu dojrzała, zmieniły się jej priorytety albo upodobania... W każdym razie, pokazała, że szacunek do samej siebie jest najważniejszy.
I Ty też, Smuteczku szanuj się!
Jakby mnie jakiś facet powiedział "ze mam tolerować jego zdrady" To bym mu zrobiła chyba jesień średniowiecza z tego jego głupiego łba
95 2026-08-07 22:40:54 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-08-07 22:41:45)
Solaris napisał/a:Smuteczek25 napisał/a:Poczytałam trochę o pani Jadwidze i to faktycznie przerażająca historia, a jednak i w niej było coś pozytywnego.
Otóż pani profesor powiedziała po latach, że była to ważna, choć bolesna lekcja życia. Podsumowała ją tak, że "mimo ran była górą w tej relacji", bo po niej potrafiła się odbudować i stworzyć od nowa ciepły i szczęśliwy związek, bez burz i dramatów. Trwał on 15 lat i dał jej ukojenie. Natomiast Iredyński zaprzepaścił swoje życie, przepił i do końca był nieszczęśliwym człowiekiem.To prawda, z drugim mężem, który był mega mózgiem więc kręcił ją intelektualnie, żyła spokojnie i szczęśliwie prawie 15 lat, ale niestety jemu pod koniec coś się przestawiło i ją zaczął zdradzać a co gorsze, uważał, że powinna to tolerować. I tu nasza pani profesor już postawiła twardą granicę - zero tolerancji! I zażądała rozwodu. Czyli nie powieliła już schematu z pierwszym mężem z ktorym miała piekło. Czyli jakąś lekcję wyciągnęła. Albo po prostu dojrzała, zmieniły się jej priorytety albo upodobania... W każdym razie, pokazała, że szacunek do samej siebie jest najważniejszy.
I Ty też, Smuteczku szanuj się!
Jakby mnie jakiś facet powiedział "ze mam tolerować jego zdrady" To bym mu zrobiła chyba jesień średniowiecza z tego jego głupiego łba
Z dupy, kochana, z dupy! Szanujmy kultowe cytaty ![]()
Solaris....
Nie załączyło się: dziękuję, więc dołączam.
Ciekawa historią z panią profesor. Jednak wszystko jest po coś Szkoda tylko, że koszta takie wysokie.
Alessandro, niestety to nie ja odeszłam, to on mnie porzucił, więc tu nie mam być z czego dumna
.
a powinnaś
zapominasz bowiem, że on nie porzucił cię bez powodu
postawiłaś jakąś granicę, nie dałaś się więcej zmanipulować, nie pozwoliłaś, by ci "nasrał na głowę"
ZABLOKUJ WSZĘDZIE, NIE ODBIERAJ NIEZNANYCH TELEFONÓW, JEŚLI PRZYJDZIE JAKIKOLWIEK MAIL OD NIEGO - OD RAZU KASUJ BEZ CZYTANIA
będzie cię korciło, by odnowić kontakt, ale to tylko złudzenie
Smuteczek25 napisał/a:Alessandro, niestety to nie ja odeszłam, to on mnie porzucił, więc tu nie mam być z czego dumna
.
a powinnaś
zapominasz bowiem, że on nie porzucił cię bez powodu
postawiłaś jakąś granicę, nie dałaś się więcej zmanipulować, nie pozwoliłaś, by ci "nasrał na głowę"ZABLOKUJ WSZĘDZIE, NIE ODBIERAJ NIEZNANYCH TELEFONÓW, JEŚLI PRZYJDZIE JAKIKOLWIEK MAIL OD NIEGO - OD RAZU KASUJ BEZ CZYTANIA
będzie cię korciło, by odnowić kontakt, ale to tylko złudzenie
Dokładnie tak właśnie autorka powinna robić
Jedno już wiem na pewno - ta relacja nigdy nie miała żadnych szans na dobre zakończenie. I co by się nie działo, zawsze finalnie byłoby źle.
Ta pewność, w której się utwierdzam każdego dnia, jest najlepszą blokadą na przyszłość.
Jedno już wiem na pewno - ta relacja nigdy nie miała żadnych szans na dobre zakończenie. I co by się nie działo, zawsze finalnie byłoby źle.
Ta pewność, w której się utwierdzam każdego dnia, jest najlepszą blokadą na przyszłość.
Nie dość, że wiesz już o tym, to jeszcze to rozumiesz. To dobry znak i kierunek. Zatem alleluja i do przodu
Co do blokady, to proponuję przede wszystkim, jak zostało to powiedziane powyżej, zablokować jego i to z każdej strony.
Smuteczek25 napisał/a:Jedno już wiem na pewno - ta relacja nigdy nie miała żadnych szans na dobre zakończenie. I co by się nie działo, zawsze finalnie byłoby źle.
Ta pewność, w której się utwierdzam każdego dnia, jest najlepszą blokadą na przyszłość.Nie dość, że wiesz już o tym, to jeszcze to rozumiesz. To dobry znak i kierunek. Zatem alleluja i do przodu
Co do blokady, to proponuję przede wszystkim, jak zostało to powiedziane powyżej, zablokować jego i to z każdej strony.
Dokladnie zablokuj go wszedzie juz kolejna osoba Ci to pisze autorko
Dżaro2026 napisał/a:Zwróciłem Ci kiedyś uwagę na na postać Jadwigi Staniszkis. Jak toksyczny związek łączy się z seksem, a szczególnie gdy seks wszystko lepi to tworzy bardzo mocne uzależnienie. Ja nie wiem czy tam jest lub był seks, ale takie uzależnienie leczy się innymi nawykami - czyli choćby poznaj innego pana skoro sama nie potrafisz żyć w samotności.
Ta pani po prostu była typem człowieka, który potrzebował w związku potężnych i destrukcyjnych emocji, żeby w ogóle czuć, że żyje. Sama przyznawała, że normalne, stabilne relacje potwornie ją nudziły, a przyciągali ją faceci skomplikowani, z mroczną stroną ale tacy, ktorzy fascynowali ja intelektualnie bo to był dla niej silny afrodyzjak.
Biedna Jadźka z syndromem ratownika.
Mnie bardziej interesuje źródło poszukiwania tego typu emocji. Opisywała siebie jako seksualnie wyzwoloną. Jak na moje to zwykły seks ją szybko znudził (był zbyt częsty, łatwo dostępny albo zbyt powtarzalny) i potrzebowała dodatkowych, "ponadnormatywnych" emocji, stąd te upodobania. Mnie to się kojarzy z narkotykami i dosłownie ćpaniem miłości. Zaczęła od narkotyków słabych aż sięgała po coraz mocniejsze bo te standardowe nie dawały wystarczającego kopa. Ja to się zastanawiam czy niektóre kobiety nie robią tego podświadomie - w sensie specjalnie dążą do takich relacji, a czasem same je zaogniają by tego narkotyku później zażywać. Mówiła że sama nie pamięta ilu partnerów w życiu miała bo tak ich wielu - to co pamięta to te emocje bardzo ostre, wyraziste. Po pewnym czasie musiało być w jej życiu mocno by móc odczuwać cokolwiek. Zastanawiam mnie też wczesna i późna starość takich osób bo siłą rzeczy atrakcyjność i młodość przemijają. Co wówczas takiej osobie zostaje ? Coś mi się wydaje, że później często wiążą się już z byle kim bo same żyć nie potrafią, ale i tak pozostają nieszczęśliwe bo dawne uzależnienia ciężko wyleczyć - to tak jakby człowiek nieustannie był na głodzie.
W sumie zjawisko stare jak świat. W Księdze Przysłów jest napisane „Nie obcuj z człowiekiem gniewnym i nie zadawaj się z mężem porywczym, abyś nie nauczył się jego dróg i nie wpadł w sidła dla swej duszy” lub „Lepiej mieszkać w ziemi pustynnej niż z żoną kłótliwą i gniewiwą”. To jest to samo - bliskość takich osób wpędza człowieka w pewne koleiny z których później ciężko wyjść.
Solaris napisał/a:Dżaro2026 napisał/a:Zwróciłem Ci kiedyś uwagę na na postać Jadwigi Staniszkis. Jak toksyczny związek łączy się z seksem, a szczególnie gdy seks wszystko lepi to tworzy bardzo mocne uzależnienie. Ja nie wiem czy tam jest lub był seks, ale takie uzależnienie leczy się innymi nawykami - czyli choćby poznaj innego pana skoro sama nie potrafisz żyć w samotności.
Ta pani po prostu była typem człowieka, który potrzebował w związku potężnych i destrukcyjnych emocji, żeby w ogóle czuć, że żyje. Sama przyznawała, że normalne, stabilne relacje potwornie ją nudziły, a przyciągali ją faceci skomplikowani, z mroczną stroną ale tacy, ktorzy fascynowali ja intelektualnie bo to był dla niej silny afrodyzjak.
Biedna Jadźka z syndromem ratownika.Mnie bardziej interesuje źródło poszukiwania tego typu emocji. Opisywała siebie jako seksualnie wyzwoloną. Jak na moje to zwykły seks ją szybko znudził (był zbyt częsty, łatwo dostępny albo zbyt powtarzalny) i potrzebowała dodatkowych, "ponadnormatywnych" emocji, stąd te upodobania. Mnie to się kojarzy z narkotykami i dosłownie ćpaniem miłości. Zaczęła od narkotyków słabych aż sięgała po coraz mocniejsze bo te standardowe nie dawały wystarczającego kopa. Ja to się zastanawiam czy niektóre kobiety nie robią tego podświadomie - w sensie specjalnie dążą do takich relacji, a czasem same je zaogniają by tego narkotyku później zażywać. Mówiła że sama nie pamięta ilu partnerów w życiu miała bo tak ich wielu - to co pamięta to te emocje bardzo ostre, wyraziste. Po pewnym czasie musiało być w jej życiu mocno by móc odczuwać cokolwiek. Zastanawiam mnie też wczesna i późna starość takich osób bo siłą rzeczy atrakcyjność i młodość przemijają. Co wówczas takiej osobie zostaje ? Coś mi się wydaje, że później często wiążą się już z byle kim bo same żyć nie potrafią, ale i tak pozostają nieszczęśliwe bo dawne uzależnienia ciężko wyleczyć - to tak jakby człowiek nieustannie był na głodzie.
W sumie zjawisko stare jak świat. W Księdze Przysłów jest napisane „Nie obcuj z człowiekiem gniewnym i nie zadawaj się z mężem porywczym, abyś nie nauczył się jego dróg i nie wpadł w sidła dla swej duszy” lub „Lepiej mieszkać w ziemi pustynnej niż z żoną kłótliwą i gniewiwą”. To jest to samo - bliskość takich osób wpędza człowieka w pewne koleiny z których później ciężko wyjść.
Prsypomnial mi sie film "Gorzkie gody"
105 2026-08-08 18:46:05 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-08-08 18:46:42)
Solaris napisał/a:Dżaro2026 napisał/a:Zwróciłem Ci kiedyś uwagę na na postać Jadwigi Staniszkis. Jak toksyczny związek łączy się z seksem, a szczególnie gdy seks wszystko lepi to tworzy bardzo mocne uzależnienie. Ja nie wiem czy tam jest lub był seks, ale takie uzależnienie leczy się innymi nawykami - czyli choćby poznaj innego pana skoro sama nie potrafisz żyć w samotności.
Ta pani po prostu była typem człowieka, który potrzebował w związku potężnych i destrukcyjnych emocji, żeby w ogóle czuć, że żyje. Sama przyznawała, że normalne, stabilne relacje potwornie ją nudziły, a przyciągali ją faceci skomplikowani, z mroczną stroną ale tacy, ktorzy fascynowali ja intelektualnie bo to był dla niej silny afrodyzjak.
Biedna Jadźka z syndromem ratownika.Mnie bardziej interesuje źródło poszukiwania tego typu emocji. Opisywała siebie jako seksualnie wyzwoloną. Jak na moje to zwykły seks ją szybko znudził (był zbyt częsty, łatwo dostępny albo zbyt powtarzalny) i potrzebowała dodatkowych, "ponadnormatywnych" emocji, stąd te upodobania. Mnie to się kojarzy z narkotykami i dosłownie ćpaniem miłości. Zaczęła od narkotyków słabych aż sięgała po coraz mocniejsze bo te standardowe nie dawały wystarczającego kopa. Ja to się zastanawiam czy niektóre kobiety nie robią tego podświadomie - w sensie specjalnie dążą do takich relacji, a czasem same je zaogniają by tego narkotyku później zażywać. Mówiła że sama nie pamięta ilu partnerów w życiu miała bo tak ich wielu - to co pamięta to te emocje bardzo ostre, wyraziste. Po pewnym czasie musiało być w jej życiu mocno by móc odczuwać cokolwiek. Zastanawiam mnie też wczesna i późna starość takich osób bo siłą rzeczy atrakcyjność i młodość przemijają. Co wówczas takiej osobie zostaje ? Coś mi się wydaje, że później często wiążą się już z byle kim bo same żyć nie potrafią, ale i tak pozostają nieszczęśliwe bo dawne uzależnienia ciężko wyleczyć - to tak jakby człowiek nieustannie był na głodzie.
W sumie zjawisko stare jak świat. W Księdze Przysłów jest napisane „Nie obcuj z człowiekiem gniewnym i nie zadawaj się z mężem porywczym, abyś nie nauczył się jego dróg i nie wpadł w sidła dla swej duszy” lub „Lepiej mieszkać w ziemi pustynnej niż z żoną kłótliwą i gniewiwą”. To jest to samo - bliskość takich osób wpędza człowieka w pewne koleiny z których później ciężko wyjść.
Tolerancja na bodźce u osob lubiących silne emocje ciagle rośnie. Psychologia dobrze to wyjaśnia, ze im silniejszy bodziec na początku, tym bardziej resetuje się próg wrażliwości i potem potrzeba jeszcze mocniejszych wrażeń, żeby poczuć to samo. Granica się ciągle przesuwa.
Wiele ludzi lubi takie życie na krawędzi zarówno w sferze emocjonalnej i seksualnej, bo potrzebują ciąglej stymulacji.
Ale czy to jest podświadome dążenie do autodestrukcji? Nie wiem. To szeroki i skomplikowany temat, żeby otwierac tylko jedną szufladkę pod tytulem autodestrukcja;) Po prostu jest tyle różnych skomplikowanych zyciorysow, że nie zawsze da się je zamknąć w jednej prostej etykiecie patologii choć tak najprościej. Bo normalnemu czlowiekowi to się w glowie nie mieści.
Co do starości, to pewnie zależy od człowieka, ale ludzie przecież zmieniają się w czasie na wielu różnych płaszczyznach pod wpływem wieku, doświadczeń i dojrzałości, więc co kogoś jarało jak miał 20-30 lat może już go nie jarać w wieku 50-60. I biologicznie - po burzach mlodości jednak z wiekiem naturalnie przychodzi większy spokoj. Niektorym się nawet już nie chce seksić;) Skupiaja się i wyżywają w innych dziedzinach:)
A co im zostaje? Wspomnienia!:))
Piszę znów, bo może ktoś też doświadczył traumy brutalnego odrzucenia i będzie chciał się podzielić swoimi refleksjami.
U mnie mijają 3 tygodnie od porzucenia. To bardzo krótki czas, wiem...Miałam 3 sesje z psychotraumatologiem, bo tak zostałam skierowana na wstępnej konsultacji. Te 3 tygodnie to piekło, które trudno opisać. Ból psychiczny, bezsenność, pustka, lęk...Najgorsze, że wciąż trzyma mnie poczucie winy, że ja też pewnie raniłam. Na razie nie potrafię czuć złości do niego za okrucieństwo na pożegnanie, za wdeptanie mnie w ziemię. Psychotraumatolog przyznała, że ma ciary, gdy słucha o tym, jak się zachowywał, ale u mnie póki co jest pustka i tęsknota. Głód odstawienia jak najgorszy detoks. Zamiast pamiętać, jak ranił, ja ciagle widzę go jako bardzo przystojnego, niesamowicie charyzmatycznego i elokwentnego człowieka i katuję się myślami, że nigdy nikt mu nie dorówna. Najgorsza jest to zapętlenie myśli, którego trudno się pozbyć.
Terapeutka twierdzi, że fale tej rozpaczy miną, choć mi trudno w to uwierzyć.
Ponoć tak wygląda żałoba nawet po kimś, kto zadał ranę. Przede mną jeszcze 10 sesji i potem zobaczę, co dalej.
Przytulam wszystkich, którym też jest smutno.
Chyba rozumiem co możesz czuć, a przynajmniej tak mi się wydaje. Miałem trochę podobną sytuację, moja dziewczyna zniknęła z dnia na dzień po pół roku związku. Choć wiem, że nie zrobiła tego z własnej woli to taka nagła utrata już całkiem sporej części życia i codzienności bolała dość mocno, tak naprawdę wciąż boli choć minęło już kolejne pół roku. Przez pierwsze miesiące byłem totalnym wrakiem, gdyby nie terapia i leki od psychiatry mogłoby mnie już nie być. U mnie nie było porzucenia, zdrady ani niczego takiego ale poczucie bezsilności z powodu tego, że nie mogłem nic zrobić by temu zapobiec było i nadal jest czymś okropnym. Podobnie jak ty cały czas mam poczucie winy. Podobnie jak ty widzę moją dziewczynę jako jedyne światło jakie miałem w życiu, jedyny powód by wychodzić z domu. Cały czas mam myśli, że ona była jedyną, że już nigdy nikogo nie znajdę, a ona już nie wróci. Że miałem tylko jedną szansę na całe życie i już przepadła. Nie wiem czy to cię pocieszy ale z czasem robi się trochę łatwiej, nie boli aż tak jak na początku. Czy da się całkowicie od tego uwolnić nie wiem ale trzeba próbować jakoś żyć nawet jeśli masz wrażenie, że nic nie ma sensu.
107 2026-08-08 21:18:07 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-08 21:18:44)
Smuteczek25 napisał/a:Piszę znów, bo może ktoś też doświadczył traumy brutalnego odrzucenia i będzie chciał się podzielić swoimi refleksjami.
U mnie mijają 3 tygodnie od porzucenia. To bardzo krótki czas, wiem...Miałam 3 sesje z psychotraumatologiem, bo tak zostałam skierowana na wstępnej konsultacji. Te 3 tygodnie to piekło, które trudno opisać. Ból psychiczny, bezsenność, pustka, lęk...Najgorsze, że wciąż trzyma mnie poczucie winy, że ja też pewnie raniłam. Na razie nie potrafię czuć złości do niego za okrucieństwo na pożegnanie, za wdeptanie mnie w ziemię. Psychotraumatolog przyznała, że ma ciary, gdy słucha o tym, jak się zachowywał, ale u mnie póki co jest pustka i tęsknota. Głód odstawienia jak najgorszy detoks. Zamiast pamiętać, jak ranił, ja ciagle widzę go jako bardzo przystojnego, niesamowicie charyzmatycznego i elokwentnego człowieka i katuję się myślami, że nigdy nikt mu nie dorówna. Najgorsza jest to zapętlenie myśli, którego trudno się pozbyć.
Terapeutka twierdzi, że fale tej rozpaczy miną, choć mi trudno w to uwierzyć.
Ponoć tak wygląda żałoba nawet po kimś, kto zadał ranę. Przede mną jeszcze 10 sesji i potem zobaczę, co dalej.
Przytulam wszystkich, którym też jest smutno.Chyba rozumiem co możesz czuć, a przynajmniej tak mi się wydaje. Miałem trochę podobną sytuację, moja dziewczyna zniknęła z dnia na dzień po pół roku związku. Choć wiem, że nie zrobiła tego z własnej woli to taka nagła utrata już całkiem sporej części życia i codzienności bolała dość mocno, tak naprawdę wciąż boli choć minęło już kolejne pół roku. Przez pierwsze miesiące byłem totalnym wrakiem, gdyby nie terapia i leki od psychiatry mogłoby mnie już nie być. U mnie nie było porzucenia, zdrady ani niczego takiego ale poczucie bezsilności z powodu tego, że nie mogłem nic zrobić by temu zapobiec było i nadal jest czymś okropnym. Podobnie jak ty cały czas mam poczucie winy. Podobnie jak ty widzę moją dziewczynę jako jedyne światło jakie miałem w życiu, jedyny powód by wychodzić z domu. Cały czas mam myśli, że ona była jedyną, że już nigdy nikogo nie znajdę, a ona już nie wróci. Że miałem tylko jedną szansę na całe życie i już przepadła. Nie wiem czy to cię pocieszy ale z czasem robi się trochę łatwiej, nie boli aż tak jak na początku. Czy da się całkowicie od tego uwolnić nie wiem ale trzeba próbować jakoś żyć nawet jeśli masz wrażenie, że nic nie ma sensu.
Shini to inne swiaty. Nieporownywalne.
Autorka byla z chamem
Ty z fajna dziewczyna. Ty tesknisz za czyms pozytywnym, Autorka za czyms destrukcyjnym. Choc wydaje sie ze teskni coraz mniej dzieki Bogu
Shinigami,
bardzo mi przykro, że doświadczyłeś takiego rozstania. To bardzo bolesna strata i wiem, że nie jest łatwo zapomnieć.
Jednak, tak jak napisał Bert44, jakimkolwiek pocieszeniem u Ciebie jest to, że nikt Cię nie poniżył, nie zdeptał przy rozstaniu. Uwierz, że mimo bólu, potrafisz wtedy myśleć ciepło o tej osobie, po czasie nawet z wdzięcznością, że była w Twoim życiu. U mnie wszystkie dobre chwile zostały przekreślone przez okrutne potraktowanie i agresję, której doświadczyłam.
Bert ma rację, dzięki Bogu zaczynam to widzieć i rozumieć. Są takie chwile, że wraca tęsknota i fala bólu, ale zaraz za tym idzie też myśl, że nie ma tam już kogo szukać, bo dobry człowiek z nikim by tak nie postąpił. Ponoć właśnie chwila rozstania obnaża prawdziwą naturę danej osoby, a ja zobaczyłam twarz kogoś bardzo złego.
Shinigami, dobrze, że ratowałeś się terapią, że szukałeś pomocy. Dziękuję Ci za nadzieję, że będzie lżej. Na pewno jesteś wartościowym człowiekiem i znajdziesz szczęście w swoim życiu. Tego Ci życzę!
Sluchaj Smuteczek. Spoko sie wydajesz ale troche Ci doloze. Obawiam sie ze ta cala akcja to rodzaj strajku ktory sie za jakis moment skonczy. I wpadniesz w to samo bagno. Na dzien dzisiejszy wydaje Ci sie ze sie uklada ale jakis nastepny toksyk (jak ja nie lubię tego okreslenia ale tu pasuje) zaraz pojawi sie na horyzoncie. Swojego na chwile obecna i chyba na zawsze eks znasz i wiesz o co c'mon. Pojawi sie nastepny ktorego nie wyczujesz i zrobisz to samo. Haslo jestem "typ lękowy" to za malo. Musisz wiedziec dlaczego lękowy (raczej trudno zmienic ale mozna spod ziemi wyciagnac i na poziom swiadomy wejsc), skad sie wzial i jak na Ciebie dziala, dlaczego akceptacja ze strony faceta az tyle wazy, dlaczego zapominasz o sobie i nie potrafisz o siebie zadbac, dlaczego jestes druga pod wzgledem waznosci, dlaczego emocje Cie "odcinaja" od rzeczywistosci, dlaczego chwile sa dla Ciebie wazniejsze niz miesiace. Nie pokonasz tego bez wejscia w swoja historie (pewnie bolesna). To ze odetniesz swojego eks to na pewno sukces. Ale za malo na przyszlosc. Chcesz fajnego zycia to musisz niestety pojsc w "niewygode" poznania siebie. I pewnie przy okazji troche kasy wydac
. Ale jak chcesz fajnej przyszlosci to pozegnanie ze slabym facetem to za mało .Tego slabego zreszta wciaz widzisz jako silnego
Bert44, fajnie, że jesteś bezpośredni. Może czasem trzeba dostać po głowie
.
Powiem Ci, że masz doskonałą intuicję, bo dokładnie to samo słyszę na terapii. Na początku denerwowało mnie, że terapeutka mówi o nim krótko, gdy ja potrzebowałam się wygadać, ciągle nawiązując do mnie i do moich rekacji na jego zachowanie. Zadawała mnóstwo pytań o mnie. Podczas ostatniego spotkania powiedziała, że dalsza terapia ma rozwikłać ten bolesny supeł lękowego przywiązania i iść w kierunku pokazania, że to ja jestem bohaterem swojego życia.
Szczerze? Nawet przez chwilę nie pomyślałam na tym etapie o jakimkolwiek kolejnym związku. A już największym sukcesem będzie znaleźć sens i radość w delektowaniu się byciem sama ze sobą. Strasznie bym chciała to umieć. Robię małe kroki, dziś na przykład cieszyłam się zapachem chleba z pobliskiej piekarni. Przygarnęłam też małego kotka, który nie daje mi się zawieszać w smutku, bo wciąż jest go wszędzie pełno
.
Bardzo dziękuję Ci za wnikliwość.
Shinigami,
bardzo mi przykro, że doświadczyłeś takiego rozstania. To bardzo bolesna strata i wiem, że nie jest łatwo zapomnieć.
Jednak, tak jak napisał Bert44, jakimkolwiek pocieszeniem u Ciebie jest to, że nikt Cię nie poniżył, nie zdeptał przy rozstaniu. Uwierz, że mimo bólu, potrafisz wtedy myśleć ciepło o tej osobie, po czasie nawet z wdzięcznością, że była w Twoim życiu. U mnie wszystkie dobre chwile zostały przekreślone przez okrutne potraktowanie i agresję, której doświadczyłam.
Bert ma rację, dzięki Bogu zaczynam to widzieć i rozumieć. Są takie chwile, że wraca tęsknota i fala bólu, ale zaraz za tym idzie też myśl, że nie ma tam już kogo szukać, bo dobry człowiek z nikim by tak nie postąpił. Ponoć właśnie chwila rozstania obnaża prawdziwą naturę danej osoby, a ja zobaczyłam twarz kogoś bardzo złego.
Shinigami, dobrze, że ratowałeś się terapią, że szukałeś pomocy. Dziękuję Ci za nadzieję, że będzie lżej. Na pewno jesteś wartościowym człowiekiem i znajdziesz szczęście w swoim życiu. Tego Ci życzę!
Oczywiście, że z wdzięcznością, ona była najlepszym co mnie w życiu spotkało. Przez te pół roku bycia w związku byłem lepszą wersją siebie niż kiedykolwiek. Niestety to też nie jest tak super jak brzmi. Niedługo po tym wydarzeniu terapeutka powiedziała mi coś czego się domyślałem ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że faktycznie może tak być. To co teraz napiszę zabrzmi okrutnie i czuję się z tym okropnie ale taka jest prawda. Ja bardziej niż za nią tęsknię za tym co było dzięki niej. Za tym jak się przy niej czułem. Za tym, że dzięki niej stawałem się coraz lepszą osobą. Za tym, że miałem kogo obdarować moją czułością, opiekuńczością i chęcią ochrony. Za tym, że w niej widziałem nadzieję na zmianę mojego życia. Dzięki niej pierwszy raz w życiu miałem realną nadzieję na to, że ja też mogę mieć normalne życie i rodzinę. Te wszystkie nadzieje nagle prysły i do tej pory nie wróciły.
Twoja sytuacja faktycznie brzmi inaczej choć z psychologicznego punktu widzenia aż tak bardzo się nie różni. Oboje tęsknimy za pewną codziennością jaką mieliśmy dzięki tej drugiej osobie. Choć nie wiem co dokładnie się u ciebie wydarzyło to z nawet szczątkowego opisu brzmi to strasznie. Z tym, że znajdę jeszcze szczęście to raczej wątpię. Cały czas mam wrażenie, że te pół roku to było jedyne szczęście jakie mnie w życiu spotkało ale dzięki. Sam fakt, że żyjesz i piszesz o tym na forum dowodzi, że to jeszcze nie koniec twojej historii. Wiem aż za dobrze jak złe myśli może spowodować tego typu sytuacja. Sam nie raz miałem nadzieję, że nie obudzę się następnego dnia, nadal jeszcze mi się to zdarza. Mimo to żyję, twoja sytuacja była jeszcze gorsza i też żyjesz. Wiem, że ktoś kto miał i wciąż miewa myśli samobójcze nie jest najlepszą osobą do pocieszania czy tym bardziej wygłaszania mów motywacyjnych ale skoro dotrwaliśmy do tej pory to jest duża szansa, że damy radę dłużej. Pamiętaj, że nie jesteś sama w takiej sytuacji, to też trochę okrutne ale naprawdę potrafi pomóc przetrwać najgorsze momenty.
Shnigami, żyjemy i będziemy żyć. I damy radę!
Twoja terapeutka miała rację. Każda relacja, zwłaszcza ta dobra, sprawia, że mamy poczucie przynależenia do kogoś, posiadania swojego "kawałka podłogi" i tego, że nie pętamy się samotnie po świecie. Każdy związek ma swoje rytuały, nawyki, tworzy swoją przestrzeń. Gdy to znika, tracimy grunt pod nogami, bo nie ma już nic z tej naszej ostoi.
Mówię tu głównie o Tobie, bo ja byłam w pętli toksycznego uzależnienia, a z tego, co napisałeś, Ty miałeś piękny związek.
Pewnie jesteś młodym człowiekiem. Zastanawiam się, dlaczego tak pesymistycznie patrzysz w przyszłość, skąd pewność, że to była jedyna szansa na to, żeby być szczęśliwym? Czy próbowałeś przepracować to z terapeutą, żeby otworzyć się na to, co jeszcze przed Tobą? Uwierzyć, że nie wszystko stracone?
I nie miej poczucia winy, nie wstydź się tego, co czułeś będąc w tej relacji. To jest bardzo ludzkie i naturalne, tym bardziej, że pamiętasz to z wdzięcznością. Nie przydawaj sobie niesłusznie ciężaru.
Shnigami, żyjemy i będziemy żyć. I damy radę!
Twoja terapeutka miała rację. Każda relacja, zwłaszcza ta dobra, sprawia, że mamy poczucie przynależenia do kogoś, posiadania swojego "kawałka podłogi" i tego, że nie pętamy się samotnie po świecie. Każdy związek ma swoje rytuały, nawyki, tworzy swoją przestrzeń. Gdy to znika, tracimy grunt pod nogami, bo nie ma już nic z tej naszej ostoi.
Mówię tu głównie o Tobie, bo ja byłam w pętli toksycznego uzależnienia, a z tego, co napisałeś, Ty miałeś piękny związek.
Pewnie jesteś młodym człowiekiem. Zastanawiam się, dlaczego tak pesymistycznie patrzysz w przyszłość, skąd pewność, że to była jedyna szansa na to, żeby być szczęśliwym? Czy próbowałeś przepracować to z terapeutą, żeby otworzyć się na to, co jeszcze przed Tobą? Uwierzyć, że nie wszystko stracone?
Pewności co do tego nigdy nie można mieć ale na pewno możemy robić wszystko co się da by tak było.
Dokładnie tak, takie poczucie przynależności nie tylko do danej osoby ale do pewnego systemu w jakim jest większość ludzi. Na początku najbardziej mi przywaliło chyba właśnie to, że mieliśmy masę planów na nadchodzące miesiące. Mieliśmy mnóstwo rzeczy do zrobienia, do spróbowania i do zobaczenia. Na jedno wydarzenie już mieliśmy kupione bilety i przepadły. Ja już szukałem mieszkań na wynajem żeby zamieszkać razem. I to wszystko nagle zniknęło.
Jak pisałem takie sytuacje są bardzo trudne do wyjścia ale jakoś ci się udało i wciąż żyjesz. Czy mój związek był piękny tego nie wiem. Był na jeszcze wczesnym etapie kiedy wszystko było super, przyjemne i ekscytujące. Kto wie co by było gdybyśmy pomieszkali razem z rok lub dłużej. Tego już nie zdążyliśmy sprawdzić.
Patrzę tak pesymistycznie w przyszłość bo właśnie nie jestem już młody. Mam równo 30 lat, a ten związek był moim pierwszym. W pierwszy związek w życiu udało mi się wejść dopiero w wieku 29 lat. To była dosłownie jedyna dziewczyna przez całe życie, z którą miałem jakąś większą relację niż koleżeńska. Stąd moje myślenie, że mogła być moją jedyną szansą na normalne życie i rodzinę. Nigdy wcześniej nie byłem nawet blisko związku, a kiedy już się udało to po zaledwie pół roku zostało mi to odebrane w dość brutalny sposób. Sytuacja kiedy ją poznałem była totalnie fartowna, niesamowity zbieg okoliczności, który pozwolił nam się poznać. To były tak sprzyjające okoliczności i to wszystkie w jednym momencie, że ciężko uwierzyć by coś takiego mogło się powtórzyć. Pracuję nad tym z terapeutą od dawna i nadal nie mogę do niczego dojść. Zbyt trudno jest mi uwierzyć, że dla jeszcze kogoś mógłbym być atrakcyjny czy w ogóle by jeszcze ktoś chciał się do mnie zbliżyć na takim poziomie.
I nie miej poczucia winy, nie wstydź się tego, co czułeś będąc w tej relacji. To jest bardzo ludzkie i naturalne, tym bardziej, że pamiętasz to z wdzięcznością. Nie przydawaj sobie niesłusznie ciężaru.
Poczucie winy będę miał już zawsze. Może i to jest ludzkie ale nie powinienem tak reagować. To ona powinna jako konkretna osoba powinna być na pierwszym miejscu, to na niej powinno mi zależeć, a nie na moich własnych uczuciach jakie były dzięki niej. Nie ma wątpliwości, że dzięki niej zrobiłem, zobaczyłem i nauczyłem się więcej niż przez wcześniejsze 10 lat. Przez te pół roku wyszedłem z domu więcej razy niż przez wcześniejsze 10 lat. Zawsze będę jej za to wdzięczny.
A jak ty się teraz czujesz? Nasze rozmowy trochę pomogły czy nie bardzo?
Shinigami, dziękuję za tak obrazowy opis Twoich doświadczeń i emocji. Widać, że przeszłość jest w Tobie bardzo żywa i to ona determinuje Twój obecny stan. Dobrze, że jest lepiej niż było, ale mam wrażenie, że to, co przeżyłeś bardzo wpłynęło i nadal wpływa na postrzeganie samego siebie. Najbardziej porusza mnie to, że w tak bardzo pesymistyczny sposób myślisz o sobie i o swojej przyszłości. Wiem, że łatwo się tak mówi, żeby zamknąć przeszłość, ale Tobie brakuje nadziei i choć trochę wiary, że jeszcze dużo przed Tobą. Jesteś młody, to na pewno! W wieku 30 lat mnóstwo osób dopiero rozgląda się za kimś bliskim, planuje założyć rodzinę czy realizować inne zamierzenia.
Nie wiem, jak układa Ci się z terapeutą...czasem może warto zasięgnąć rady kogoś zupełnie nowego, ale to tylko sugestia.
Domyślam się, że raczej niechętnie wychodzisz do ludzi i przebywasz poza domem. Jak to u Ciebie wygląda? Dajesz się gdzieś zapraszać, szukasz nowych kontaktów?
Tak po ludzku z serca Ci współczuję, bo ja dopiero zaczynam drogę w kierunku otrząśnięcia się po trudnej relacji. Na razie jest sinusoida jak na odwyku...jedeń dzień trochę lepszy, gdy widzę, że świat wokół toczy się całkiem znośnie, potem 2 dni cierpienia i tak to wygląda.
Dziękuję Ci za troskę. Tak, rozmowy i to, że mogę o tym pisać nawet do nieznanych mi odób bardzo pomagają. Nie wolno zostawać z tym samemu. Pisz, jeśli przynosi Ci to ulgę.
Chcę Ci jeszcze powiedzieć, przy wspominaniu relacji, oprócz człowieka najbardziej kodujemy to, jak się przy nim czuliśmy. To udowodnione przez psychologów. Dlatego nadal uważam, że obwiniasz się ponad miarę za swoje emocje.
Jesteś młody, to na pewno! W wieku 30 lat mnóstwo osób dopiero rozgląda się za kimś bliskim, planuje założyć rodzinę czy realizować inne zamierzenia.
Nie wiem, jak układa Ci się z terapeutą...czasem może warto zasięgnąć rady kogoś zupełnie nowego, ale to tylko sugestia.
O popatrz Shini. Jeszcze jedna osoba uwaza ze mlody jestes. Na pewno!
I sugeruje nowego terapeute
To prawda, wciąż bardzo mocno żyję przeszłością i tym co utracone, a raczej co mógłbym mieć gdybym wcześniej wiedział to co teraz i gdybym wcześniej poszedł na terapię. Młody to jest 20 latek, ja mam 30 co oznacza, że 10 lat całkowicie zmarnowałem. A najgorsze jest to, że nadal nie wiem co dalej robić, tu akurat mam na myśli moją drogę zawodową. Do tej pory powinienem osiągnąć wręcz nieporównywalnie więcej, a nie mam nic poza czasem, którego nie potrafię zagospodarować.
Z terapeutką jest taka historia, że ona jest na NFZ, czekałem 2 lata na tą terapię. Nie mogę sobie jej tak po prostu zmienić, a prywatnie mnie nie stać. Poza tym ta terapeutka jest naprawdę w porządku, widać po niej doświadczenie i kwalifikacje, po prostu mój przypadek jest ciężki.
Do niedawna faktycznie tak było, że niechętnie gdziekolwiek wychodziłem i starałem się unikać ludzi, kiedyś izolowałem się na ile tylko to było możliwe. A teraz widać tego konsekwencje. Teraz chciałbym jak najczęściej wychodzić i przebywać poza domem tyle, że nie ma dokąd ani tym bardziej z kim. Przez te pół roku dziewczyna mnie od tego uratowała, już nie byłem sam i niemal co tydzień gdzieś wychodziliśmy, nawet byliśmy na wakacjach, moich pierwszych od prawie 20 lat. Jak ktoś mnie gdzieś zaprasza to prawie zawsze w to idę tyle, że to się bardzo rzadko zdarza. Nie potrafię szukać nowych kontaktów ani nawiązywać znajomości chyba, że znajdę się w jakiejś sytuacji, która do tego zmusza. Bez dziewczyny znów jestem sam, nie ma sensu nigdzie wychodzić ani tym bardziej gdzieś dalej wyjeżdżać. Pozostaje mi to tylko co znam od zawsze czyli na przykład trening.
Ja też tak miałem trochę wcześniej, jeden dzień był w miarę znośny, a kolejny był nie do zniesienia. Nadal jeszcze się to zdarza ale mniej niż wcześniej, u ciebie pewnie będzie tak samo. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale coś w tym jest, że "czas leczy rany". Na pewno nie wyleczy ich całkowicie ale powinno się robić coraz łatwiej z tym żyć.
Mi też to pomaga dlatego zapytałem czy ty masz podobnie. Jeśli nie mamy nikogo w realu to zostaje forum, ważne by nie zostawać z czymś takim całkowicie samemu bo tego chyba nikt nie wytrzyma. Tak naprawdę samotność to źródło większości problemów, a ja przez wiele lat starałem się do niej przyzwyczaić. Tak samo przez wiele lat robiłem wszystko co mogłem być nic nie czuć, by całkowicie odciąć się od uczuć i emocji. Naprawdę dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że to niemożliwe. Ludzie są bardzo słabymi istotami, nie da się ani pozbyć uczuć ani przyzwyczaić do samotności. Inni ludzie są dla nas wręcz niezbędni do życia, a coraz trudniej jest ich poznawać i tworzyć relacje. Nawet się mówi, że moje pokolenie jest całkowicie stracone dla ludzkości.
Jeśli chodzi obwinianie się to akurat nie za emocje tylko za to, że nie zapobiegłem temu co się wydarzyło. Nie mogłem nic zrobić ale i tak czuję, że to moja wina. Emocje to trochę inna kwestia, w tym przypadku bardziej niż poczucie winy czuję wstyd i niemal pogardę do siebie. Ty też pisz jak tylko będziesz mieć coś do wyrzucenia z siebie.
O popatrz Shini. Jeszcze jedna osoba uwaza ze mlody jestes. Na pewno!
I sugeruje nowego terapeute
A ja nadal tego nie rozumiem. Na prawdę gdzie wy wszyscy widzicie tą moją młodość? Są rzeczy, które dla 20 latka były możliwe, a teraz już nie są. Ludzie w moim wieku mają już swoje rodziny, domy lub mieszkania i dobre pozycje zawodowe. Ja nie mam ani jednej z tych rzeczy i nie jestem nawet blisko żadnej z nich. Chętnie bym pociągnął ten temat dalej ale to nie mój wątek i wołałbym go nie rozwalać. Na dyskusje na temat utraconej młodości zapraszam do mojego wątku.
Z terapeutką wiesz jaka jest sytuacja.
Shinigami, nie znam Twojego wątku. Znajdę go, poczytam i będę się tam odzywać.
Wczoraj zrobiłam coś, co jeszcze miesiąc temu było niewyobrażalne. Rozpaliłam w sadzie ognisko i wrzuciłam tam wszystkie pamiątki po tej relacji. Każda rzecz wywoływała we mnie ataki lęku i kołatanie serca. Dlatego postanowiłam nigdy już na nie nie patrzeć. Uczucie było straszne, jak gdyby stać nad urną pogrzebową.
Ponoć to może pomóc.
Wczoraj zrobiłam coś, co jeszcze miesiąc temu było niewyobrażalne. Rozpaliłam w sadzie ognisko i wrzuciłam tam wszystkie pamiątki po tej relacji. Każda rzecz wywoływała we mnie ataki lęku i kołatanie serca. Dlatego postanowiłam nigdy już na nie nie patrzeć. Uczucie było straszne, jak gdyby stać nad urną pogrzebową.
Ponoć to może pomóc.
Po maturze zrobilem to samo z zeszytami z pewnych przedmiotow. Oczyszczajace
Bert44,
w pełni rozumiem.
Wczoraj zrobiłam coś, co jeszcze miesiąc temu było niewyobrażalne. Rozpaliłam w sadzie ognisko i wrzuciłam tam wszystkie pamiątki po tej relacji. Każda rzecz wywoływała we mnie ataki lęku i kołatanie serca. Dlatego postanowiłam nigdy już na nie nie patrzeć. Uczucie było straszne, jak gdyby stać nad urną pogrzebową.
Ponoć to może pomóc.
Widać, że idziesz do przodu. Bardzo dobrze, że to zrobiłaś. To był Twój proces oczyszczenia, takie symboliczne pożegnanie i zamknięcie przeszłości. Nie było to łatwe jak mówisz, ale udało Ci się i to jest ważne. W tamtym momencie pokonałaś lęk. To dobry omen. Mimo to przed Tobą sporo pracy w zakresie przepracowania własnych emocji. Głowa do góry, dasz radę.
Dziękuję za wsparcie. Idę dzień za dniem, minął miesiąc od rozstania. To jedna wielka sinusoida emocjonalna. Próbuję obecnie uporać się z jego słowami że jestem "dnem i chorą psychicznie ". Mam jakąś obsesję, że cały świat też mnie tak postrzega:(. Muszę to przepracowac i odciąć się od tych słów. To bardzo boli. Zastanawiam się często, czym dla niego jest to porzucenie, czy czuje choć trochę żalu,.pustki...Wiem, że nie warto, bo nigdy się tego nie dowiem. Czuję wciąż niewidzialną smycz uzależnienia, która mnie jeszcze przy nim trzyma
.
Dziękuję za wsparcie. Idę dzień za dniem, minął miesiąc od rozstania. To jedna wielka sinusoida emocjonalna. Próbuję obecnie uporać się z jego słowami że jestem "dnem i chorą psychicznie ". Mam jakąś obsesję, że cały świat też mnie tak postrzega:(. Muszę to przepracowac i odciąć się od tych słów. To bardzo boli. Zastanawiam się często, czym dla niego jest to porzucenie, czy czuje choć trochę żalu,.pustki...Wiem, że nie warto, bo nigdy się tego nie dowiem. Czuję wciąż niewidzialną smycz uzależnienia, która mnie jeszcze przy nim trzyma
.
Smuteczek czy probowałas techniki niewysłanego listu?
To świetna metoda. Piszesz do niego list w ktorym chcesz mu powiedzieć to co teraz czujesz w środku, ale tak szczerze i bez krępacji.
Piszesz absolutnie wszystko, co Ci przyjdzie na myśl, to, jak bardzo cię zranił, i to, że wciąż tęsknisz czy kochasz lub jesteś wkur...ona.
Nie cenzurujesz się, nie dbasz o styl, formę. Możesz mu cisnąć, ile wlezie i w sposób w jaki chcesz;) Najważniejsze - robisz to tylko dla siebie, on tego nigdy nie przeczyta.
Jak skończysz, niszczysz, usuwasz plik z kompa.
To pozwala wyrzucić ten cały mętlik z głowy bez dawania mu jakiejkolwiek władzy nad Tobą.
Pisz takie listy tak często jak czujesz, ze emocje biorą górę. Nawet codziennie:)
Zawsze, gdy poczujesz potworną pokusę, żeby do niego napisać, sprawdzić jego profil, albo gdy w środku nocy dopadnie Cię żal to siadaj i pisz.
Za każdym razem, gdy skończysz, możesz przeczytać ile razy chcesz, ale zniszcz go, usuń z kompa.
Rób to tak długo, aż pewnego dnia usiądziesz i poczujesz, że nie masz mu już absolutnie nic do powiedzenia:)
Dziękuję Solaris, spróbuję, jasne. Chwytam się wszystkiego, żeby nie siedzieć i nie lamentować.
Pozdrawiam.
Psychotraumatolog przyznała, że ma ciary, gdy słucha o tym, jak się zachowywał, ale u mnie póki co jest pustka i tęsknota. Głód odstawienia jak najgorszy detoks. Zamiast pamiętać, jak ranił, ja ciagle widzę go jako bardzo przystojnego, niesamowicie charyzmatycznego i elokwentnego człowieka i katuję się myślami, że nigdy nikt mu nie dorówna. Najgorsza jest to zapętlenie myśli, którego trudno się pozbyć..
Obejrzyj sobie Plac Zbawiciela - film o tym, jak to jest, gdy jedna strona kocha/chce za bardzo i za cholerę się nie szanuje. Jak bardzo wtedy kogoś takiego obdarzać jakimkolwiek szacunkiem. No tak to jakoś działa.
Smuteczek, te listy to się wielu sprawdziły. Inny wariant : napisz (ale ręcznie, nie na kompie) historię waszego związku, ale nie w pierwszej ale w trzeciej osobie, tak, jakbyś opowiadała historię jakiejś innej kobiety. Nadaj tej kobiecie imię i po prostu opisz, jak było. Okaże się napisanie tej historii niewyobrażalnie trudne, ale też wielu pomogło.
I trzymaj się, będzie lepiej, bo gorzej to już było ![]()
Dziękuję Samba. Film widziałam dwa razy, strasznie ciężko się na to patrzyło. Sytuacja tam była trochę inna, bo młode małżeństwo z dziećmi, teściowa, przemoc fizyczna...Nasz związek był na odległość, głównie oparty na komunikatorach. Jednak masz rację, że ta młoda kobieta kochała za bardzo, wybaczała. Dziś na pewno już nie obejrzałabym tego filmu. Nigdy nie doświadczyłam przemocy fizycznej, ale ta psychiczna też zostawia ślady.
Do Muqin: dziękuję, choć aż serce złomotało na samą myśl o napisaniu tej historii. Było dużo pięknych chwil, pięknych rozmów...Cóż z tego, tych złych było równie dużo. Trudne to będzie, ale może się zbiorę...