Nikt mnie tutaj nie zna, ani nawet nie może się domyślać kim jestem w realnym świecie, więc nie mam powodów zmyślać. Pewnego razu poznałem niewiastę, o ironio również Katarzynę (tym razem imię prawdziwe) mamę wówczas ośmioletniego brzdąca. Bardzo fajny dzieciak, taki zupełnie nieprzeszkadzający mi, tym bardziej że mój młody od razu złapał z nim kontakt, co również mi odpowiadało, bo mogliśmy spotykać się razem w czwórkę i chłopcy zajmowali się sobą, a my sobą. Było tak przez jakiś czas, dopóki nie dowiedziała się o tym jedna z moich eks (nie mama mojego dziecka) i nie odstawiła akcji stulecia, której efektem miało być nasze zejście się z powrotem, co też niedługo potem się stało. Prawie dziesięć lat później zupełnym przypadkiem poznałem u mnie na siłowni, obecnego faceta tej Katarzyny od tego ośmioletniego synka. Ja tego typa skojarzyłem ze zdjęć Kaśki na fejsbuku, on do dzisiaj nie ma pojęcia kim jestem i że kiedyś latałem z jego obecną żoną. No i jak to na siłowni któregoś tam dnia samo jakoś się zgadało o naszych "synach" czyli o moim Bartusiu i o dziecku tamtej Kaśki, które dzisiaj jest już prawie dorosłe, ale nadal mieszka u mamusi, no więc mamy wspólny temat
Z tego co się dowiedziałem, to ten jej syn rozpieszczany przez mamusię do granic absurdu, wyrósł ostatecznie na dorosłą niedojdę, której jedynym celem istnienia i sensem życia, jest granie w gry na komputerze. Nie uczy się, nie sprząta w swoim pokoju, nawet się nie myje, tylko non stop gra i dostaje napadów furii, kiedy ktokolwiek mu przerywa, na przykład mama zbierając z biurka upierdolone kubki, talerze, torebki po czipsach, butelki po coli czy resztki niedojedzonych posiłków z kilku dni albo tygodnia... No i ten mój koleś Kaśki mąż, cały czas się o to z nią kłóci. Że co to ma być, że trzeba z tym skończyć, że to, że śmo, że burdel i syf, że do szkoły nie chodzi, tylko ciągle wymyśla wszystkie choroby świata, że gdyby on był jego ojcem...
W pewnym momencie dochodząc już na skraj wytrzymałości oznajmił swej małżonce, że on sobie nie wyobraża życia w związku, gdzie szczeniak rządzi dwójką dorosłych, ona nic z tym nie robi, a on ma chuj do powiedzenia. Więc albo coś się zmieni albo zostanie sobie sama w tym chlewie ze swoim synalkiem. I co się wtedy stało? Kaśka wzruszyła tylko ramionami i powiedziała - no to trudno - obserwując niewzruszona jak jej mąż pakuje swoje rzeczy i się wyprowadza zgodnie z zapowiedzią? Otóż no kurwa właśnie nie. Kaśka sama spakowała rzeczy, ale nie męża, tylko synusia. Zapakowała do samochodu i wywiozła w pizdu do jakiegoś zamkniętego ośrodka dla bachorów, które tam w odosobnieniu i przy zakazie niemal wszystkiego co znają ze świata zewnętrznego, dochodzą do ładu im dopiero wtedy mogą ten ośrodek opuścić i to tylko za zgodą rodziców.
Czego nas uczy ta historia... przede wszystkim tego, że jak się tylko chce, to da się. Wszystko się da i to przy ograniczonym do całkowitego minimum zbędnego pierdolenia o sprawach dla normalnych ludzi oczywistych. To jest tylko i wyłącznie kwestia chęci lub jej braku. No a przy okazji ta historia uczy nas tego, że kiedy facet poznaje laskę, która wychowuje samotnie dziecko, nigdy ale to absolutnie NIGDY nie może przewidzieć niczego i nie ma znaczenia ile ten dzieciak ma lat czy jest mały czy jest duży, niezależnie od tego ile i jakich błędów wychowawczych ktoś popełnił albo czy nie popełnił żadnych na przykład. Nikt tego nie może przewidzieć, pewnie nawet ona sama też nie, dopóki nie zostanie postawiona przed wyborem ostatecznym - zrób coś z tym szczeniakiem albo stracisz mnie na zawsze - i dopiero w tym momencie ktokolwiek może cokolwiek powiedzieć na pewno. Dopiero wtedy ktokolwiek może cokolwiek powiedzieć na temat relacji matki z dzieckiem czy wpływu wychowania dziecka na związki jego matki z mężczyznami lub na temat bycia złą lub dobrą matką albo żoną.
Spotykając obcą kobietę pierwszy raz w życiu nie możesz tego wiedzieć, choćbyś wcześniej obejrzał całego youtuba i przeczytał wszystkie fora. Bo ona może sobie być złą matką, może być dobrą matką, abstrahując już nawet od tego, kto i na jakich podstawach miałby to mniej lub bardziej rzetelnie oceniać, to nie ma to żadnego znaczenia aż do dnia w którym musi podjąć decyzję co wybrać - nadskakiwanie rozpuszczonemu gówniarzowi w imię chuj wie czego i tolerowanie czy poświęcenie w imię chuj wie czego małżeństwa - i tutaj pełna zgoda, że na podstawie tego co ostatecznie wybierze, każdy może sobie mieć własne zdanie na jej temat i tego jaką jest osobą, patrząc z perspektywy bycia z nią w związku.
Moje prywatne zdanie na ten temat nie pokrywa się akurat ze zdaniem większości forumowiczów, gdyż posiadając myślę dość obszerną wiedzę na temat relacji czy to z dziećmi czy to z partnerami związkowymi czy to relacji mojej własnej z moją osobistą małżonką, znacznie bardziej skłonny jestem spojrzeć na to wszystko z innej strony i z niekłamaną przykrością przyjąć za bliższe prawdy to, że głównym jeśli nie jedynym powodem naszego rozstania był mój nieugięty upór w podjętej przeze mnie decyzji o tym, że już nie zamierzam ani nawet jednej złotówki przeznaczyć na dalsze utrzymywanie Bartusia ani dłużej zgadzać się na to, żeby z nami za darmo mieszkał. Słysząc to Kasia uznała, że skoro takie jest moje stanowisko w tej sprawie, to w takim razie nie ma już dla mnie miejsca w tym domu. Koniec.
I nie chodziło wcale o żadne jej relacje z synem jak tu próbujecie dowodzić, tylko chodziło jedynie o to, że w głowie Kasi prawdopodobnie od dłuższego czasu kiełkował pomysł na to jak to wszystko urządzić, aby jej i Bartusiowi było dobrze i wygodnie, ale jeszcze lepiej i bardziej wygodnie byłoby wtedy, gdyby ktoś inny na to wszystko jebał lub przynajmniej w znaczącej części współfinansował nieróbstwo i leżenie do góry chujem pasożyta, bo Kasia sama jedna ze swoją skromną wypłatą... no to wicie, rozumicie. I dopóki pierdolnięty Czesio bez protestu pełnił taką rolę, to mógł tam sobie z nimi siedzieć. Ale jak się zaczął coraz częściej rzucać i coraz bardziej stawiać, a rozbawił wszystkich do rozpuku stawiając jakieś śmieszne i żałosne ultimatum, że albo będzie tak jak mówi albo odejdzie...
- Oj Czesio Czesio, ty mój mały słodki durniu, wiesz ilu takich jak ty ja tu mogę mieć w mniej niż trzy minuty po tym jak tylko zamknę za tobą drzwi? Proszę bardzo, chcesz to idź. Tylko nie rób za dużo hałasu, bo piesek ma wrażliwe uszka. No już już, zmykaj mały, zabieraj swoje walizeczki i na razie, pa.
To nie kwestia uczuć moim zdaniem. Jej do mnie czy do syna. To jedynie kwestia tego, żeby jej na koncie się zgadzało. Wynajmowanie dwóch oddzielnych mieszkań dla nas i dla Bartusia, to podwójny i niemały wydatek. A przecież Bartuś za swoje nie zapłaci, bo nie ma z czego, no więc finalnie ten obowiązek spadnie na Kasię czyli na mnie, a ja przecież nigdy się na tonie zgodzę. No to z dwojga złego niech już lepiej Bartuś siedzi dalej z nami, zawsze to o połowę taniej wychodzi, a to ile nas kosztuje jego utrzymanie jakoś tam się ukryje w sumie wszystkich naszych wydatków, żeby Czesio nie strzelał ogniem z dupy, że na darmozjada musi dawać. Prawda że proste? Jak chuj. No tylko, że nie wszystko poszło po jej myśli, więc bonwłajaż frajerze i tyle. Koniec