Cześć,
Chciałabym napisać o czymś, co od pewnego czasu bardzo mnie męczy, a nie bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Może ktoś z Was był w podobnej sytuacji i znajdzie w tym coś znajomego.
Jestem w związku z mężczyzną, który ma córkę z poprzedniego małżeństwa. Oboje jesteśmy po czterdziestce. Ja mam dorosłego syna – ma 20 lat, studiuje i mieszka w innym mieście – więc myślałam, że etap codziennego wychowywania dzieci mam już za sobą. Tymczasem okazało się, że rzeczywistość potrafi zaskoczyć.
Mój partner i jego była żona mają dość nietypowy układ opieki nad córką. Zamiast klasycznego rozwiązania, w którym dziecko mieszka na stałe z matką, a ojciec widuje je w ustalonych terminach i płaci alimenty (tak jak to wygląda w 99% przypadków), oni postanowili, że córka będzie mieszkać na zmianę – dwa tygodnie u matki i dwa tygodnie u nas. Na papierze brzmi to nowocześnie i partnersko, ale w praktyce wygląda to jak życie na walizkach. Co dwa tygodnie przeprowadzka, zmiana otoczenia, rytmu dnia, zasad – zero prawdziwej stabilizacji.
Była żona mojego partnera to osoba, którą można by określić jako „nowoczesną”. Ma dobre relacje z byłym mężem, potrafią spokojnie rozmawiać, wspólnie ustalać sprawy dotyczące córki. Z zewnątrz wygląda to bardzo dojrzale i „światowo”. Ona sama jest też bardzo aktywna – dużo podróżuje, ma swoje pasje, dba o siebie, lubi mówić o samorozwoju i pozytywnym myśleniu. I choć to wszystko brzmi naprawdę dobrze, to czasem mam wrażenie, że w tym ich „nowoczesnym” układzie brakuje zwykłego, codziennego spokoju, którego dziecko po prostu potrzebuje.
Kiedy dziewczynka jest u nas, wszystko w domu kręci się wokół niej: plany, posiłki, codzienny rytm, nawet sposób spędzania wolnego czasu. Gdy wyjeżdża do matki, wszystko się zmienia – robi się spokojniej, ciszej, jakbyśmy wracali do zupełnie innego świata. I tak co dwa tygodnie: dwa różne tryby życia, dwa różne nastroje, dwa różne domy.
Nie mam do nikogo pretensji. Mój partner jest oddanym ojcem i bardzo go za to szanuję. Jego córka jest sympatyczna, miła, staram się, żeby czuła się u nas dobrze – choć zachowuję pewien dystans, bo wiem, że nie jestem jej mamą i nie chcę wchodzić w tę rolę. Mimo to bywa mi zwyczajnie trudno. Czasem czuję się trochę zawieszona między jego światem a swoim. Kiedy jest córka – dopasowuję się, gdy jej nie ma – wracamy do naszej codzienności. Ciągła zmiana rytmu bywa męcząca, emocjonalnie i organizacyjnie.
Dodatkowo jego była żona też ma już nowego partnera. Z jednej strony to dobrze – córka ma stabilne warunki po obu stronach. Z drugiej – mam wrażenie, że w tym całym układzie dziecko trochę gubi się między dwoma domami, zasadami i dorosłymi, którzy próbują to wszystko pogodzić.
I może to zabrzmi egoistycznie, ale czasem tęsknię za prostotą. Za spokojnym, przewidywalnym życiem. W głębi duszy wolałabym, żeby wszystko wyglądało „normalniej” – żeby córka mieszkała głównie z matką, a ojciec miał z nią regularny kontakt. Tak byłoby po prostu łatwiej ułożyć wspólne życie. A teraz mam wrażenie, że nie do końca wiem, w jakim rytmie żyję – swoim czy cudzym. Uważam też, że to byłoby lepsze również dla ich córki, bo jednak mimo wszystko uważam, że lepiej mieć stałe miejsce zamieszkania i stabilną sytuację, a nie raz tutaj, a raz tutaj. Dla dorosłego przeprowadzka bywa ciężka i stresująca, a tutaj mówimy o nastolatce, która co dwa tygodnie się przeprowadza. Nie mam zielonego pojęcia co im strzeliło do głowy, że taki sposób sprawowania opieki będzie najlepszy, trochę to z zewnątrz wygląda tak jakby przerzucali się tym dzieckiem jak workiem kartofli.
Nie szukam współczucia. Bardziej zależy mi na perspektywie. Może ktoś z Was był w podobnej sytuacji? Jak to ułożyć, żeby nie czuć frustracji, ale też nie zatracić siebie?