Na pytanie postawione w tytule Twojego posta tylko Ty znasz odpowiedź. Biorąc pod uwagę jednak Twój wiek oraz to, co napisałeś o swoim małżeństwie, myślę, że możesz mierzyć się z kryzysem wieku średniego. 40 lat to taka umowna "połowa życia", kiedy zwykle dzieci są odchowane (albo prawie odchowane), cele założenia rodziny, dorobienia się czegoś, zrobienia kariery zostały osiągnięte albo nie i nadchodzi czas podsumowań. Często takie podsumowanie daje wynik negatywny, a człowiekowi wydaje się, że mógł osiągnąć więcej, niż osiągnął. Dlatego często w tym wieku ludzie dokonują różnych dużych zmian (np. zmiana partnera, zmiana pracy, wyprowadzka na drugi koniec kraju) albo znajdują jakieś szalone hobby (motocykle, wspinaczki wysokogórskie), bo to pozwala poczuć, że życie wciąż jeszcze twa i można się nim nasycić trochę "od nowa".
W takim wypadku najlepiej chyba by było, gdybyś na spokojnie popracował z terapeutą. Zrozumiał dobrze czego chcesz, czego potrzebujesz, podłoże swoich wątpliwości i zdecydował, czy faktycznie rozstanie z żoną jest tym, czego naprawdę chcesz (niewykluczone, że tak jest, nie wszystkie związki trwają do końca świata). Może się też jednak okazać, że tak naprawdę nie chodzi o kondycję Twojego małżeństwa, a problem tkwi dużo głębiej?
Co więcej, mam wrażenie, że depresja Twojej żony zaburzyła mocno dynamikę Waszej relacji. Z partnera, męża i kochanka, stałeś się tak jakby jej "opiekunem", kimś, kto jest takim trochę rodzicem i nawet kosztem siebie stara się ją chronić przed brutalnym światem. Nie jest to zbyt romantyczna rola i może właśnie to odebrało Ci poczucie bycia kimś więcej niż dobry kumpel? A sprawiło, że do żony czujesz sentyment i przyjaźń? A nawet taką braterską potrzebę opieki nad nią?
Sam napisałeś, że decyzja o rozstaniu może żonie mocno zaszkodzić i boisz się, że żona sobie bez Ciebie nie poradzi. Z jednej strony, to mocne świadectwo Twojej troski o nią (niezależnie od rozterek, z którymi się borykasz), a z drugiej coś co może tylko bardziej Cię od niej oddalać, bo w takim układzie nie jesteście sobie równi. Może nawet gdzieś głęboko w podświadomości widzisz ją jako "balast", który musisz nieść, bo inaczej ona sama nie przetrwa, a to prowadzi do zmęczenia, frustracji, niechęci, złości, potrzeby uwolnienia się.
Masz rację, że depresja to choroba, która w każdym momencie może nawrócić i jeśli ostatecznie zdecydujesz się z żoną rozstać, należy się zatroszczyć o to, aby miała należne wsparcie, opiekę - ale sam o tym przecież wiesz. Niemniej, litość wobec partnera albo poczucie "że on sobie bez Ciebie nie poradzi" nie jest dobrym spoiwem w walce o utrzymanie relacji i wzniecenie "starego ognia", powiedziałabym nawet, że to jest coś, co ten związek prędzej czy później doprowadzi do katastrofy.
Trwanie w małżeństwie "dla dziecka" to też zwykle nie jest dobry pomysł - to zrzucanie odpowiedzialności na dziecko za trwanie w nieszczęśliwym związku. W moim otoczeniu mnóstwo jest ludzi, których rodzice rozwiedli się jak tylko ich najmłodsze pociechy wyfrunęły z domu. I dla nikogo taki obrót spraw nie był zaskoczeniem, a dodatkowo wyrobił w tych młodych ludziach postawę „cierpiętnictwa” i poświęcania się „dla innych”.
Nie chcę przez to napisać, że nie powinieneś starać się naprawić tej relacji i wzbudzić swoje zaangażowanie od nowa, tylko, że wyżej wymienione motywacje, mimo iż na pewno szczere i szlachetne, mogą nie być wystarczające, żeby ostatecznie cel udało się osiągnąć.
Twoje sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, ale też jest do uratowania, jeśli zrobisz uczciwy rachunek sumienia i sam przed sobą rozliczysz się ze swoich prawdziwych potrzeb i motywacji. Ćwiczenie, które Ci tutaj zaproponowano jest naprawdę super - wyobraź sobie, że możesz teraz zrobić cokolwiek chcesz i przeżyć następną dekadę jak Ci się podoba. Nie musisz tutaj pisać co Ci wyszło, po prostu przejdź przez to mentalnie.
Powodzenia!