heja!
parę razy zabierałam się żeby tu coś naskrobać, ale powiem Wam z ręką na sercu że stwiedzałąm, że jak znowu przeczytam żebym się ogarnęła bo to wszystko takie proste jak budowa cepa to mi niedobrze było
żeby było jasne - bardzo jestem wdzięczna za wiele postów, nie sposób mi nawet wymienic nicków osób które mi bardzo pomogły i pomagają dalej zresztą, ale mam poczucie że przez czarno-białe osądy niektórych ludzie mogą się zniechęcać by tu opisywać swoje prawdziwe odczucia. to tak przy okazji. no ale zaryzykuję 
przeczytałam sobie niedawno cały mój wątek i szczególną wartość widzę w pierwszych dwóch stronach, dobrze zrbić taką rewizję po czasie, jak juz nieco więcej rozsądku człowiek ma w sobie a mniej emocji i hormonów. w sumie to się bałam tego, pamiętam jak ulle mi napisała że jeśli prawdą jest co piszę o sobie (żem jednak silna osobowość) to za to co robię będę siebie kiedyś nienawidzić. ale wiecie, doszłam do wniosku że nie ma aż takiej tragedii jak niektózy chcieli sugerować i chociaż ogrooooom rzeczy bym zrobiła inaczej (jeśli nie wszystko) i przy niektórych się stukam w głowę co ja sobie myślałam, to jednak mój charakter teraz wychodzi - ja po prostu z tego wyciągam teraz lekcję czego na przyszłość nie robić a po drugie - w tamtym momencie to było najlepsze co potrafiłam. po prostu. po takiej lekcji łatwo być mądrym, w trakcie - naprawdę jest cholernie trudno.
doszłam też do wniosku, że to że byłam postrzegana jako słabiutka istotka - poza faktem że to był ogólnie słaby okres w moich życiu (i dalej jednak jest) ma związek z tym dlaczego tak bardzo się "uganiałam" za eks - bo był jedyną osobą przy której pokazywałam słabość. brakowało mi tego, bałam się utraty tego brzpiecznego miejsca, takie błędne koło. nie będę wnikać, pracuję nad tym na terapii i jak wszystko - wyszło z domu, ale właśnei forum mi to miejsce zapewniło. przychodziłam tutaj do tego wątku pokazać słabość. tu mogłam, nie znacie mnie.
no to tak słowem (przydługiego) wstępu. u mnie powiedzmy OK, przeżywam dalej żałobę, jestem cały czas w fazie złości która miesza się z innymi emocjami, teraz mam od wczoraj na nowo gorszy dzień z wielu względów no ale taka kolej rzeczy. jak to Windy cały czas tu powtarza "czas czas czas". staram się dbać o siebie w innych aspektach, wróciłam do jogi, chodzę na masaże i pracuję. dziecko i praca to teraz to moje dwa główne zajęcia. co wiecej, dopiero tak miesiąc temu zaczęłam naprawdę czerpać radość z macierzyństwa. wcześniej właściwie wegetowałam, wiadomo opiekowałam się dobrze swoich dzieciątkiem, uśmiech bąbelka był zawsze fajny, ale to nie było to. teraz NAPRAWDĘ czerpię ogromną radość z przebywania z córką a nie myślę że on nie jest z nami łe łę łe. po prostu sobie spędzamy fajnie czas, nigdy tak nikogo nie kochałam.
kwestie finansowe mam już prawie wszystkie ustalone. dla ciekawskich, przy rozmowie o alimentach wyszła nam "przez przypadek" ta rozmowa którą on tak niby chciał i moje podejrzenia były słuszne, de facto mi nawrzucał. i tym razem on zaczął, nie będę teraz opowiadać, bo to już dawno i nieważne, ale wyszły kolejne "problemy" - piszę w cudzysłowie, bo to co wymyśla teraz naprawdę mnie przekonało że rcjonalizacja idzie wciąż pełną parą. w każdym razie w kwestii alimentów mnie nieco znegocjował, ja się praktycznie od razu zgodziłam bo nie chciałam już tej rozmowy ciągnąć to na drugi dzień dostałam wiadomość że jego dziecko zawsze będzie miało godziwe życie i on zawsze da i że jak ja będę potrzebowałą to żebym też dała znać. tylko tym razem nie odebrałam tego jako "och jak on o mnie dba" tylko jako "znegocjowałem kasę na dziecko i mi trochę głupio to teraz muszę pokazać że nie żydzę żeby nie miała co opowiadać". w każdym razie podczas tej rozmowy powiedział że powinniśmy pójść do psychologa dziecięciego, z czym się zgodziłam, nawet go wybraliśmy (on zaprpopnował 3 opcje, ja wybrałam z tych 3) no i.. nie zapisał nas cały czas. tydzień po tej naszej kłótni przyszedł że myśli żeby pogadać jdnak przy osobie 3ciej (w sensie terapeucie par), powiedziałam ok, miał wysłać propozycję.. i oczywiście cisza
myślę, że przyszedł bo jednak pojechał po mnie mocno i chyba stwierdził że powiedział ża dużo. ale kto tam wie. mini gifty wciaż dostaję, a to mi kupił jeden drobiazg bo "sobie kupował" a to pół garnka zupy mi przyniósł a to przywiózł coś z wyjazdu. jak pomyślałam sobie, że jej też kupił pamiątkę to wylądowało to w koszu.
po miesiącu napisał że oczywiście pamięta o tych dwóch kwestiach (psycholog i terapeuta) tylko ma x, y i z. nie odniosłam się, on dalej nic do tej pory. ale do czego zmierzam. mam teraz jeden problem do którego nie do końća wiem jak podejść. mamy ustalone alimenty i kontakty. generalnie jesteśmy oboje elastyczni i oboje tej elastyczności drugiej strony potrzebujemy (chociaż on bardziej) i się tutaj dogadujemy, nie ma żadnych spin. on przychodzi 2x w tygodniu do dziecka do mnie plus zabiera ją co drugi weekend do siebie. jak jest u mnie to ja albo pracuję albo gdzieś wychodzę. i to powiedzmy grało. widziałam, że córka po takim weekendzie jest bardziej do mnie przyklejona, ale nic co by jakoś bardzo mnie martwiło. ale tak od miesiąca się to zmieniło. nie mogę zniknąć z zasięgu wzroku jak ojciec przychodzi. nie chce iść do niego na ręce, dzisiaj spała jak przyszedł i jak się obudziła i zobaczyła jego zamiast mnie to w ryk, 20 minut nie mógł jej uspokoić to poszłam i po minucie już się śmiała. i tak reaguje tylko na niego. ma nianię która jest u niej 5h dziennie, nie ma problemu żebym ją zostawiła, do mojego rodzeńśtwa idzie bez problemu i się przytula, moja mama ją widzi rzadko bo mieszkamy daleko, więc musi ją przekabacić czymś w stylu "idziemy do piesków" ale idzie. mój strzał jest taki że po prostu zaczęła kumać, że ojciec=brak matki. bo ogólnie on się nią dobrze zajmuje, bawi, tuli, itd. no i powiem Wam, że nie wiem co z tym zrobić. ostatnio powiedziałam mu że do tego psychloga powinniśmy pójść bo ona reaguje w ten sposób tylko na niego. na co on (w momencie kiedy córa zanosiła się płaczem bo ją wziął ode mnie) "wcale nie". *facepalm*. więc chyba nie bardzo go to zmotywowało, pójdę chyba sama się skonsultować, ale może Wy macie jakieś pomysły. bo co mogę? no tu nie ma dobrego rozwiązania. strasznie mnie to wkurza, nie odzywam się ale mam ochotę mu wykrzyczeć w twarz czy tego chciał dla diecka i czy to to życie które tak mówił że dla niej będzie lepsze
póki co jest lepsze chyba dla niego. (chociaż na super zadowolonego ostatnio nie wygląda wcale, jak zbity pies chodzi, nie wiem jak tematy z dziunią, ale mam poczucie że niekoniecznie tak dobrze jak by chciał)
a i pochwalę się, kupiłam auto
także kolejna nikta odcięta, dla mnie to ogromny krok naprzód bo bez tego w pewnych sprawach musiałam polegać na nim, jak choćby wizyty u lekarza czy wyjazd na święta. no i zacznie się faza wycieczek z moim dzidziusiem
także kongratki dla mnie 