Po kursie też potrafisz podstawę i potem samemu szlifuje się swoją jazdę, nieprawdaż? Dopóki dziecko nie sparzy się ogniem, nie będzie wiedziało, że faktycznie parzy.
[b]I tu trafiłaś w sedno[b/], w całym tym sporze nie możemy się zgodzić tak naprawdę co do jednej rzeczy: Korzystając z przykładu z pianiniem- uważam po prostu że kurs i egzamin takie jakie są to w istocie znajomość jednego przełożenia ręki ale bez znajomości innych przełożeń, nut i bez umiejętności rozróżnienia akordu fałszywego od prawdziwego.
jeżeli ktoś mi wymusza to odruchowo hamuję, nie słabo, ale na tyle, że jestem w stanie się zatrzymać
To się tylko wydaje że to jest takie proste dopóki ktoś nam nie wymusi pierwszeństwa naprawdę w ostatniej chwili.
W przeciwieństwie do Ciebie nie próbuję ludziom wpierać swych racji.
A ze mną to co robisz ty i reszta koleżanek? Przedstawiłem swoje poglądy i od razu stałem się obiektem ataków.
I twierdzę, że jeżdżę na tyle dobrze, że nie trzeba mi wykładów na temat potencjalnych zabójców za kółkiem. Wszystkiego po kursie nauczyłam się sama, i jakoś jak widać żyję i miewam się dobrze.
I chwała ci za to, tylko lekceważysz jedną rzecz niezmiernie istotną: n/nieskończoność = 0 - to jest ogólny wzór o wartości doświadczenia. N - przypadków empirycznych / nieskończona ilość zdarzeń w rzeczywistości. Póki co ci się udawało, jutro może się nie udać.
Owszem, dam sobie spokój bo wszystko już napisałem i widzę że się nie dogadamy.
Jako że temat jest o radzeniu sobie ze stresem to wyciągnę konsekwencję ze swojego pierwszego w nim posta:
Jeżeli ktoś umie to czego wymagają na egzaminie to nie ma się czego bać, jedynie sam stres może właśnie przeszkodzić.