Witam Was NETKobietki...
już ponad rok nie pisałam na forum... było dobrze, myślałam, ze wszystko się jakoś ułoży...
zachorowałam... potrzebowałam opieki, której mój narzeczony nie mógł mi zapewnić... zawsze miał swoje obowiązki. Pewnego dnia, zapytałam jak może zostawiać mnie w takich chwilach, dlaczego się o mnie nie martwi?? powiedział, żebym nie przesadzała, żebym wzięła się w garść... płakałam, prosiłam, żeby mnie nie ranił...przeszłam bardzo poważną operację na kobiecych narządach
próbowałam z nim rozmawiać... w pewnej chwili usłyszałam KIEDY ZDASZ SOBIE SPRAWĘ, ŻE NIGDY NIE BYŁAŚ I NIGDY NIE BĘDZIESZ NAJWAŻNIEJSZA!!!
zamarłam... usłyszałam to po 5 latach związku, 4 lata dzielenia mieszkania... zebrałam się w sobie i powiedziałam WYJDŹ STĄD!!!! żadne wynoś się, czy bluźnierstwo... zresztą ja nie bluźnię...
w sekundę nastąpiła reakcja.... wstał i zaczął demolować mieszkanie... pięścią rozwalił szafy, kopal we wszystko co stało na podłodze, w kuchni rzucał garami po ścianach.... na kuchence stał barszcz...który po chwili był wszędzie...
błagałam żeby przestał... wszystko działo się w ułamkach sekund... wpadł w jakiś amok, patrzyłam na niego i go nie poznawałam, nie reagował...próbowałam go uspokoić, żeby nie niszczył kolejnej szafy... kopał wszędzie, kopnął i mnie i wtedy
w końcu przestał, wyszedł z domu... stałam i trzęsłam się jak galareta... nie wiedziałam co powinnam zrobić najpierw... położyć się, żeby uśmierzyć ból czy zacząć sprzątać...rano mieli przyjść rodzice, w odwiedziny... tak bardzo się bałam i wstydziłam... oczywiście wzięłam się za sprzątanie...
na drugi dzień wylądowałam w szpitalu z krwotokiem...
on wrócił drugiego dnia, po pracy... nie miał zielonego pojęcia co się stało, nie pamiętał jak wiele zrobił. Jak wiele zła wyrządził. Rozmawialiśmy spokojnie, opowiedziałam mu wszystko, po kolei... leżąc w łóżku, bo nie mogłam się ruszać.... załamał się
nawet nie prosił o wybaczenie, poszedł do lekarza, naprawił szkody, chciał rozmawiać, zaczął szukać mieszkania...
powiedział, że jestem dla niego wszystkim i że sobie nie radzi z tym co się dzieje...
od tego wydarzenia minęło kilka miesięcy, nie wyprowadził się... ja nie potrafię już mu zaufać... czuję, że siedzę na bombie... a może powinnam mu pomóc? może nie radził sobie z tym co mnie dotknęło, nagromadziło mu się wiele emocji i wybuchł?
czuję się jak w matni...
pomóżcie... doradźcie...