Witajcie.
Wiem, że tego typu tematów jest tu od groma - czytam je od pół dnia. Czytam, czytam i widzę, że choć wszystkie historie są podobne to żadna nie jest taka sama. Dlatego ostatecznie postanowiłam, że ja też wrzucę swoje ziarenko, dodam kolejną historię o pięknym początku i smętnym końcu, może ktoś zechce się wypowiedzieć, a ktoś inny, kiedyś znajdzie w niej pocieszenie. Od razu uprzedzam, że pewnie się rozgadam straszliwie, więc nie sądzę by wielu osobom chciało się to czytać.
Z moim partnerem byliśmy razem trochę ponad 5 lat, na początku miałam 19, on 21. Jestem okropnym samotnikiem, tym tzw. niedorobionym introwertykiem co to siedzi w kącie i nie bardzo wie jak się z niego wydobyć. Nie wiem dlaczego, w dzieciństwie miałam dużo znajomych, czasem się ze mnie śmiano przez jakieś głupie stroje czy inne głupoty, ale nie przypominam sobie żebym to przeżywała. Lubiłam być w centrum uwagi, wygłupy, była nawet jakaś paczka znajomych. Potem przyszło dojrzewanie i z jakiegoś powodu wycofałam się, została mi tylko jedna koleżanka, z którą dobrze się rozmawiało ze względu na jej inteligencję, ale nigdy jej nie ufałam, była raczej obłudna i nie mogłabym nazwać jej przyjaciółką. Właśnie przez nią poznałam człowieka, którego pokochałam. Spotkała go na jakiejś imprezie, spotykali się przez pół roku, przez ten czas ona wiele razy próbowała go zdradzać, w końcu porzuciła. Po tym ich rozstaniu on zainteresował się mną. Nie było to nic romantycznego, po prostu kręciłam go fizycznie i powiedział mi wprost, że chciałby seksu. Nie miałam wtedy wiele w głowie, może z miesiąc spotykaliśmy się, rozmawialiśmy i w końcu oddałam mu swoje dziewictwo. Nie jestem z tego dumna, ale też nie wiem po co się wypierać. Historia mogłaby się tak skończyć, wtedy pewnie on dalej by balował, a ja do końca życia wypominałabym sobie takie bezsensowne puszczenie się. Wyszło jednak inaczej, okazało się, że coś między nami jest i chociaż wiedziałam, że on ciągle kocha moją byłą koleżankę, chociaż wiedziałam, że to głupie to angażowałam się. Momentami było ciężko, ale zawsze był ze mną szczery odnośnie swoich uczuć. I w końcu też się zakochał.
Dzisiaj myślę, że pewnie podświadomie chciał odpocząć od świata gówniarskich imprez, puszczalskich i zdradzających dziewczyn, chciał na jakiś czas odgrodzić się od świata, a ja z moim wyciszeniem, spokojem i wyobcowaniem mogłam mu to dać.
Ale tak jak introwertyka nie można zmusić do wyjścia wbrew sobie, tak ekstrawertyka nie można zamknąć na zawsze. Zapragnął wrócić do ludzi, miłość i uniesienia przestały wystarczać. Liczne podobieństwa zaczęły przygasać przy licznych przeciwieństwach. Ja chciałam obejrzeć dobry film wtulona w ukochanego, on chciał wyjść do swoich nowych i starych, ale ciągle głupiutkich, niedojrzałych znajomych. Ja jak miałam wyjść wolałam towarzystwo ludzi uporządkowanych wewnętrznie, dojrzałych, on się przy nich dławił. Nie ukrywał tego, przed rozstaniem wiele razy mówił mi, że nie wie czy to się uda, że za dużo różnic, że wszystko powszednieje. Ja chciałam walczyć i walczyłam, chodziłam z nim na te głupie spotkania, ale to i tak nie było dobre. Nie potrafiłam się odnaleźć, oddaliliśmy się od siebie. Czułam, że przestaje być najważniejsza, że to nie mi się zwierza i nie ze mną bawi się najlepiej. I to wychodziło, psuło się, a gdy przychodziła kłótnia mówił, że to się nie uda.
Ci którzy całe życie czują się samotni kochają chyba najmocniej. I nie chce nikomu odbierać siły jego związku ani nic z tych rzeczy. Ale czy po rozstaniu nie łatwiej się pozbierać, gdy zawsze zostanie ktoś, kto pocieszy i pomoże stanąć na nogi? Miłość samotnych jest chorobliwa.
Miałam tylko jego, wiedziałam, że to może się tak skończyć. Ale kocham jak głupia i starałam się z całych sił, wierzyłam, że to miłość na całe życie. W zeszły weekend znowu pokłóciliśmy się o jakąś głupotę, on spędził imprezę ze znajomymi, a ja ze łzami w łóżku. Następnego dnia powiedział, że to już nie ma sensu, że za bardzo się różnimy, że pochodzimy z różnych światów, że mu spowszedniało, że mu przykro i "zasługuję na kogoś lepszego" (heh).
Następne dni to jakaś szalona mieszanka płaczu, udawania przez matką, że wcale nie płaczę, mdłości, biegunek, braku apetytu, pustki i obłędu, trudności ze snem i ponurych snów, gdy już zasnąć się udało. Zawsze myślałam, że taka wielka ze mnie twardzielka, a błagałam go jak głupia o ostatnią szansę. Ale ciągle się łudziłam. Gdy pytałam w smsach, czy rozstanie go uszczęśliwi, czy był ze mną nieszczęśliwy, czy już nie kocha, nie odpowiadał - jest nadzieja prawda? Wczoraj w końcu przemogłam się (ileż można mieć bezsensowną nadzieję) i zmusiłam go by przyszedł odpowiedzieć na moje pytania i zabrać swoje rzeczy, które przez te pięć lat nagromadziły się u mnie ("a może zostanie, może to wszystko nieporozumienie?"). Przyszedł i też płakał. Od pewnego czasu dławił się w tym związku, był nieszczęśliwy i starał się coś z tym robić, ale im bardziej się starał tym było gorzej. W oczy nie potrafiłam zapytać, ale gdy w zawoalowany sposób powiedziałam, że już nie kocha, nie zaprzeczył, spojrzał tylko ze smutkiem.
Nie mogę nawet się na niego złościć. Wiem, że tego nie chciał i że ze wzgląd na to, kim dla niego byłam też było to dla niego trudne. Wiem, że chce dla mnie jak najlepiej, ale wiem też, że nie może dać mi tego czego najbardziej pragnę. Ale to wszystko utrudnia. Czy nie łatwiej jest mieć powód by znienawidzić ukochanego, by złościć się na niego? Nie wiem.
Znowu ryczę, a apetyt nie wraca. Minionej nocy śniłam, że znowu był ze mną. Nie mam już nadziei, na własną prośbę wymusiłam zabicie jej, wiem, że to dobrze. Ale kiedy się nie pilnuję to znowu wraca, może zaraz zadzwoni, przyjdzie? Dopiero skończyłam studia, nie mam jeszcze pracy i absolutnie nie wiem, gdzie iść i co ze sobą zrobić. Nie mam nikogo bliskiego, żadnego znajomego z którym można wyjść. Nie potrafię nawet powiedzieć matce czy siostrze, że to koniec, przebąkuję tylko, że nie rozmawiam z (byłym już) partnerem. Nie umiem tego powiedzieć, bo boję się, że się rozpłaczę, a niestety ani siostra ani mama nie są mi tak bliskie, bym mogła swobodnie dzielić się swoją rozpaczą.
Siedzę tylko w domu i panicznie staram się wyszukiwać zajęcia, ale to nie pomaga. Nie wiem po co wychodzić, nie lubię składowisk obcych ludzi. Nie wiem co ze sobą zrobić i nie wiem jak pogodzić się ze stratą. Nie potrafię mu nawet źle życzyć, bo wiem, że nie zrobił tego z premedytacją. Brzydzę się swojej słabości i samotności i wiem, że użalanie się nic nie da, ale nie potrafię zabrać się za coś konstruktywnego. Próbuję czytać, ale potem w snach fikcja literacka miesza się z fikcją moich marzeń.
Ja nawet nie oczekuję, że kogokolwiek to zainteresuje, ale czuję, że muszę to gdzieś powiedzieć, a skoro nie zapracowałam sobie na przyjaciół, to chociaż wrzucę to do nieskończonej sieci. Czuję się pusta i boję się przyszłości. Mam 24 lata, wiem, że to mało, tyle przed mną, prawda? Ale nie umiem nawiązywać kontaktów z ludźmi, więc co mi po tym wieku? Nie wiem, co chcę robić, więc jedyne co mnie czeka to marna i nieciekawa praca. Nie potrafię spojrzeć na przyszłość optymistyczne.
Dlaczego właśnie to, co najbardziej kochamy tak często staję się przyczyną naszej zguby?
Podobne tematy
2 2016-08-26 08:00:08 Ostatnio edytowany przez verdad (2016-08-26 08:02:32)
Hej.
Trudniej Ci bedzie sie pogodzic ze strata chlopaka w z dwoch powodow.
Po pierwsze, z tego co piszesz, byl dla Ciebie dobry, rozumieliscie sie, nie chodzil na boki.Nie masz go za co znielubic, znienawidzic.Bo wtedy byloby tatwiej przecierpiec strate.Wplakac, wykrzyczec swoje zale.
Ale czy naprawde bylo az tak dobrze ?
Po drugie, Twoja postawa tez Ci w tym nie pomoze.W takich sytuacjach dziewczynom radzi sie - ubierz sie ladnie, umaluj, wyjdz do ludzi. Ale skoro Ty tego nie lubisz, nie ma co Ci takiej rady udzielac.Tak jakby ptakowi cale zycie mieszkajacemu w klatce kazano wyjsc na wolnosc.Tez niebylby szczesliwy.
Dlatego mysle, ze powinnas zastanowic sie nad soba.Dlaczego jestes zamknieta ? Co prawda piszesz, ze nic takiego sie nie zadzialo w Twoim zyciu, ale moze jednak ?
Mialas jedna kolezanke, i do tego falszywa.Dlaczego ? Nie chcialas pogada na powazniejsze i mniej madre tematy ?, powyglupiac sie, ? No i chlopak.Przejelas go po kolezance.Gdyby pomiedzy nimi bylo dobrze, albo gdyby go w ogole nie miala, to bys go nie poznala.Nie poznalabys ani jego, ani nikogo innego.Bo jestes introwertyczka.Jestes zamknieta na znajomosci, przyjaznie.Musisz to przeanalizowac znalezc przyczyne.
Sama gdzies poczytaj, zapytaj na forum,pogadaj z profesjonalista.
Bo tutaj nie chodzi o to, ze chlopak Cie zostawil.Bo to jest normalne, zyciowe.Tak bywa.Albo uczucie sie wypalilo, albo poczul, ze to nie to, ze chce czegos innego. Sa rozne powody rozstan. Chodzi mi o Ciebie.Dlaczego go wybralas.Bo sie nawinal ? Bo kolezanka go zdradzila a Ty go pocieszalas ? A na innych zwracalas uwage ?
Uwazasz, ze nie ma dziewczyn, ktore zaslugiwalyby na Twoja przyjazn ? Ze wszystkie sa falszywe i glupie ?
To moze zacznij od jakiejs znajomosci internetowej.Pogadac, wesprzec sie. Mysle o dziewczynie, nie o flirtach.
Znajdz przyczyne Twojej postawy i powoli wychodz do ludzi.
Jeszcze raz przejrzalam Twojego posta.
Nie jestes blisko ani z matka, ani siostra ? Nie mozesz sie wyzalic mamie ? Dlaczego ? Skad ta bariera ?
Dlaczego właśnie to, co najbardziej kochamy tak często staję się przyczyną naszej zguby?
Dlaczego podchodzisz do tego w taki sposób?
Już samym tytułem sugerujesz, że została Ci wyrządzona krzywda, on - winny, Ty - ofiara. A paradoksalnie za jakiś czas wyjdzie, że zrobił Wami przysługę. Niestety jak wielka ta miłość nie była, jeśli różni Was taka różnica osobowości to naprawdę jakbyś nie kochała i się nie starała, chleba byś z tego nie upiekła. To o czym marzyłaś - "miłość na całe życie", to nie kilka lat w sumie najlepszego wieku (20+) chodzenia za ręce, spontanicznego namiętnego seksu i beztroskiego życia we dwoje. To są dziesiątki lat razem w różnych sytuacjach, a wytłumacz, jak wyobrażasz sobie związek, kiedy Ty chcesz w domu oglądać film, a on zdobywać świat? Ile byłoby takich różnic przez x lat?
Hi,
Historia jakich wiele, odczucia jak najbardziej w takiej sytuacji naturalne. Wiem, że to mało pocieszające ale są o wiele bardziej dramatyczne doświadczenia. Wybacz tę szczerość. Musisz przez to przejść i tyle. Tak, wiem, wspomnienia, łzy, koniec świata, życie się wali etc. Brutalnie ujmę to tak: szkoda na to czasu i życia. Czym prędzej przyjmniesz do wiadomości, że to koniec tego związku, tym szybciej z tego sie wyliżesz. Pakuj manele, wykup jakąś fajną wycieczkę, jedź (leć) i idź między ludzi. Zobaczysz, że świat żyje
. Naprawdę ludziska normalne na tym świecie jeszcze funkcjonują. Odrzuć nadzieję, nie baw się w sms-y, bo to powoduje tylko większą schizę. Poduszki wypierz, pamiątki wywal, telefon wykasuj. Masa ludzi przez to przeszła. A za pół roku będziesz się z tego śmiać i być może (jak ja
) staniesz się komfortowo zimna na relacje damsko-męskie i po usłyszeniu słów "kocham cię", będziesz śmiać się do rozpuku. Czego Ci serdecznie życzę
. Tylko przyjaźń jest coś warta. Reszta przy tym to g...o
.
Imponderabilia, myslisz zbyt powierzchownie.
To nie chodzi tylko o to, zeby autorka posta sie pozbierala i zapomniala.
Chodzi o to, zeby naprawila swoje przyszle zycie, zeby nauczyla sie z niego korzystac, zeby widziala jego uroki.
A w takim stanie, w jakim teraz jest, nie jest to mozliwe.
Potrzebna jest gruntowa przebudowa siebie.Wycieczka jej w tym nie pomoze.
I nie zycze jej, zeby stala sie komfortowo zimna, jak Ty to ujelas.Niech sie zakocha szczesliwie.
Imponderabilia, myslisz zbyt powierzchownie.
To nie chodzi tylko o to, zeby autorka posta sie pozbierala i zapomniala.
Chodzi o to, zeby naprawila swoje przyszle zycie, zeby nauczyla sie z niego korzystac, zeby widziala jego uroki.
A w takim stanie, w jakim teraz jest, nie jest to mozliwe.
Potrzebna jest gruntowa przebudowa siebie.Wycieczka jej w tym nie pomoze.
I nie zycze jej, zeby stala sie komfortowo zimna, jak Ty to ujelas.Niech sie zakocha szczesliwie.
Verdad,
Każdy reaguje inaczej. Jak się pozbiera i zapomni, to zacznie się "naprawa" przyszłego życia. Skąd wiesz, że nie pomoże? Jak będzie w tym wszystkim się taplać, to może potrwać to jeszce miesiące. Trzeba wyjść do ludzi. Ręce ma, nogi ma, mam nadzieję, że zdrowie dopisuje, to czego trzeba więcej do szczęścia? Nie doceniamy tego co mamy. Zabija nas ego. "Jak mi źle, moje serce pęka, zabiję się z miłości itd...... Ja, ja i ja. Moje odczucia, moje cierpienie, mój ból" itd. Co to za brednie? Ludzie na świecie naprawdę cierpia, umierają a my pierdołami się przejmujemy. Pań Pani podziękował i tyle.
Może lepiej niech się nie zakochuje a poszuka przyjaciół na dobre i na złe. Te miłości jakoś widać nie służą ani rozumowi ani uczuciom. Żeby nie było, że taki (jestem płci męskiej) mądrala ze mnie. Dokładnie przez to samo przechodziłem i wyciągnąłem wnioski. Na szczęście. I masę głupot w życiu przez te miłości i cierpienia narobiłem. Część z nich do dzisiejszego dnia muszę odkręcać. Więc powtórzę: szkoda i czasu i życia. A tego rodzaju tragedie oby były największego kalibru jakich doświadczamy
. Napisz mi verdad, co ów stan "po rozstaniu" powoduje? KONIEC ŚWIATA
. Czyżby? Ja rozumiem....śmierć dziecka, osoby bliskiej, ciężka choroba....to rozumiem. A toto? Pan stwierdził, że Pani już nie kocha. To niech se Pani zmieni Pana na godnego Jej miłości, skoro już tak ta miłość jest istotna
. To nie jest moje powierzchowne myślenie. To jest moje myślenie w pełni racjonalne.
Pozdrawiam
Hej,
Dzięki wszystkim, którym chciało się przeczytać, a także tym, którym chciało się odpowiedzieć na te moje żale. Odniosę się po kolei do każdej (każdego?) z Was.
verdad
Masz oczywiście dużo racji. W samym związku były też niezbyt fajne chwile, kłótnie, ale takie jest życie. Ogólny rozrachunek był dla mnie na plus, było mi dobrze, dlatego nie widzę powodu by teraz rozpamiętywać te złe chwile (staram się też nie umartwiać myśląc o tych cudownych, ale to już nie takie proste). Zdaję sobie z nich sprawę, ale nie zamierzam przed sobą udawać, że było mi źle. Po co się oszukiwać?
Nad powodami tego, dlaczego uciekłam od ludzi zastanawiam się od dawna, ale wtedy naprawdę miałam sympatyczne życie. Mama była jeszcze w porządku i można było jej zaufać, miałam dobrych znajomych i przyjaciół, tata pracuje za granicą, ale zawsze można było odczuć jego troskę. I nagle trach, coś się podziało i odsunęłam się od wszystkich. Miałam fajne dzieciństwo, bez żadnych traum, więc chyba po prostu tak miało być.
A tamtej kumpeli łatwo się było trzymać. To nie było tak, że się szło na zakupy i cześć. Mimo tego, że jej nie ufałam byłyśmy blisko i zwierzałyśmy się sobie. Wiedziałam, że nie jest w stanie niczym mi "zagrozić", bo jeśli coś przeskrobałyśmy to razem, więc nie było większego problemu. I to tez nie kwestia, że dziewczyny są głupie i be, nie mam nic do dziewczyn i nie pogardziłabym przyjaciółką. Ale tak się ułożyło, że jej nie miałam i jedyne, co mogę zrobić to pogodzić się z tym. Może kiedyś jakaś się znajdzie.
I wiem również, że przejęłam ochłapy po niej, ale pogodziłam się z tym. Wiem, że zakochałam się w pierwszym, który wykazał zainteresowanie moją zamkniętą naturą, ale ostatecznie nie wyszło mi to na złe, więc też tego nie żałuję. Takie rzeczy czasem się dzieją, a ja przede wszystkim staram się nie oszukiwać w ocenie moich czynów.
Do ludzi wychodzę dużo bardziej niż przed poznaniem chłopaka. Wiem, że dla "normalnych" i tak jestem zamkniętym dzikusem, ale on nauczył mnie wiele w kontaktach z ludźmi. Na studiach rozmawiałam, wychodziłam na spotkania. Tylko, że to nadal są tylko płytkie kontakty.
Jeśli chodzi o moją matkę to trochę inny temat, nie będę rozwijać, bo zaraz przebiję mój pierwszy post i to wielokrotnie. Gdy odchowała mnie i siostrę pogubiła się i niestety rodzina przestała być dla niej priorytetem. Z siostrą natomiast mam dobry kontakt, ale jesteśmy skrajnie różnymi osobami. Ja cicha, zamknięta, zawsze grzeczna i dobre oceny, daleko od imprez, ona głośna, zbuntowana, na dwójach i poprawianych jedynkach, imprezowiczka. Zawsze stawiali jej mnie za wzór, a to ona wyrosła na naprawdę fajnego i ogarniętego człowieka. Ot, paradoksy świata.
alexich
Z tą zgubą to może faktycznie przesadziłam, aż nazbyt poetycko to zabrzmiało. Ale nadal, bardzo często miłość potrafi nieźle dać w kość, zabić całą radość życia i trzeba walczyć, choćby wbrew sobie.
Nie chciałam też żeby brzmiało to jakbym była niesamowicie pokrzywdzona. Pisząc kolejna, chciałam lekko przeprosić forumowiczów za dodanie milionowego takiego samego tematu. Pisząc porzucona, nie mijam się z prawdą. Przecież nie muszę go obwiniać, a on nie musi robić tego z premedytacją, żeby fakty były jakie są - zostawił mnie, więc siłą rzeczy zostałam porzucona. Co nie znaczy, że go obwiniam. Prosiłam go o prawdę i dał mi ją - nie był już szczęśliwy w tym związku, zrobił to dla siebie - więc jak mogłabym go obwiniać o to, że chce być szczęśliwy? Bezradna natomiast czuję się faktycznie i nie sądzę żeby robiło to ze mnie ofiarę.
I to też nie tak, że marzy mi się całe życie przed telewizorem - nawet ja bym się tym zadławiła. Chciałam zwiedzać, chciałam oglądać, żałowałam, że nie mamy zgranej paczki znajomych. Myślę, że w tym przypadku większym problemem nie było to, że on częściej chciał wychodzić (sama go zachęcałam, że jeśli ma potrzebę to nie będę go na siłę trzymać, niech wyjdzie się pobawić, bez przesady, facet to nie pies, o którego wyjściach z domu decydujesz), większy problem stanowiło to, że oboje gustowaliśmy w zupełnie innych ludziach.
imponderabilia
Zdaję sobie sprawę, że moje osobiste dramaty nie mają żadnego znaczenia przy ogromie cierpienia, które obejmuje świat. Wiem, że są ludzie, którzy cierpią po stokroć bardziej. Ale nie mogę udawać przed sobą, że wszystko jest w porządku, bo inni mają większe problemy. Ja mam akurat taki problem i chociaż przy umierających dzieciach i wojnach, przy raku i wypadkach to jest nic dla świata. Ale ja jestem sobą. I uważam, że dopóki nie dam sobie rady z moim (nic nie znaczącym dla świata) dramatem to tym bardziej nie pomogę tym umierającym dzieciom i słoniom w cyrku.
Dziękuję Ci za rady i że chciało Ci się wypowiedzieć. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że nie spotka mnie Twój los. Życie bez miłości jest niepełnowartościowe i nie wiem, dlaczego śmiać się z ludzi, którzy kochają i nie boją się o tym mówić? Miłość jest piękna i nie chcę wypaczać swoich uczuć i jej postrzegania dlatego, że facet z którym chciałam się zestarzeć odkrył, że już nie chce ze mną być. Przyjaźń jest piękna, racja, ale miłość, szczęśliwa miłość, mimo wszystko piękniejsza.
Szczerze mówiąc przeraża mnie, że człowiek, który poradził sobie ze stratą ukochanego (bo obojętnie czy ten ukochany umarł, czy odszedł, to jest strata i to boli) może mieć tak zimne serce. Owszem, mój pan już mnie nie kocha. Ale kim bym była, gdybym machnęła na to ręka i powiedziała, ee, są większe dramaty, panie godniejszy chono tutej mnie kochać? Rozstanie z ukochanym to jest chwilowy koniec świata dla osoby, która to przeżywa. Może sam narobiłeś głupot, ja właściwie chyba niczego nie żałuję, cieszę się z tego co mi dano. I rozpaczam nad tym co utraciłam.
Wiem, że za iks miesięcy to już nie będzie tak istotne i jakoś ruszę przed siebie. Ale wiem też, że muszę przeżyć tą żałobę, a nie udawać przed sobą, że nic się nie stało, bo są na świecie większe problemy. Nie tędy droga. Wyżalanie się, choćby w tak żałosnej formie, gdzieś w internecie, jest potrzebne.
Hej,
Zdaję sobie sprawę, że moje osobiste dramaty nie mają żadnego znaczenia przy ogromie cierpienia, które obejmuje świat. Wiem, że są ludzie, którzy cierpią po stokroć bardziej. Ale nie mogę udawać przed sobą, że wszystko jest w porządku, bo inni mają większe problemy. Ja mam akurat taki problem i chociaż przy umierających dzieciach i wojnach, przy raku i wypadkach to jest nic dla świata. Ale ja jestem sobą. I uważam, że dopóki nie dam sobie rady z moim (nic nie znaczącym dla świata) dramatem to tym bardziej nie pomogę tym umierającym dzieciom i słoniom w cyrku.
Dziękuję Ci za rady i że chciało Ci się wypowiedzieć. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że nie spotka mnie Twój los. Życie bez miłości jest niepełnowartościowe i nie wiem, dlaczego śmiać się z ludzi, którzy kochają i nie boją się o tym mówić? Miłość jest piękna i nie chcę wypaczać swoich uczuć i jej postrzegania dlatego, że facet z którym chciałam się zestarzeć odkrył, że już nie chce ze mną być. Przyjaźń jest piękna, racja, ale miłość, szczęśliwa miłość, mimo wszystko piękniejsza.
Szczerze mówiąc przeraża mnie, że człowiek, który poradził sobie ze stratą ukochanego (bo obojętnie czy ten ukochany umarł, czy odszedł, to jest strata i to boli) może mieć tak zimne serce. Owszem, mój pan już mnie nie kocha. Ale kim bym była, gdybym machnęła na to ręka i powiedziała, ee, są większe dramaty, panie godniejszy chono tutej mnie kochać? Rozstanie z ukochanym to jest chwilowy koniec świata dla osoby, która to przeżywa. Może sam narobiłeś głupot, ja właściwie chyba niczego nie żałuję, cieszę się z tego co mi dano. I rozpaczam nad tym co utraciłam.
Wiem, że za iks miesięcy to już nie będzie tak istotne i jakoś ruszę przed siebie. Ale wiem też, że muszę przeżyć tą żałobę, a nie udawać przed sobą, że nic się nie stało, bo są na świecie większe problemy. Nie tędy droga. Wyżalanie się, choćby w tak żałosnej formie, gdzieś w internecie, jest potrzebne.
Kwiatku,
Miłość znam i obdarzam nią moje dziecko i moich rodziców. Staram się również być fair wobec wszystkich ludzi dookoła. I poniekąd ich kocham. Nie wstydzę się tego słowa. Każdego (no prawie) kocham. Tobie też mogę to napisać. Tak, kocham Cię. Jako człowieka, jak kogoś kto oświadcza tego co obecnie doświadcza. Kocham Cię jak wszystkich ludzi dookoła. Kocham moich przyjaciół. Nie kocham kobiet jako partnerek życiowych ale kochać je mogę jako ludzi
.
Tak na koniec.............czy naprawdę masz po kim płakać i do czego tęsknić? Przeczytaj swojego pierwszego posta.
Życzę powodzenia i głowa do góry. Wspomnisz moje słowa. Kiedyś....
Wszyscy mówią, że z dnia na dzień ma być lepiej... Ale jest coraz gorzej, nie radzę sobie, czuję się tragicznie i fizycznie i psychicznie. Ciągle wymiotuje, nie mogę jeść, mam jakieś ataki histerii, nie wiem co robić. Nie mam siły na nic, chciałabym już po prostu zasnąć i więcej się nie obudzić. Proszę, czy ktokolwiek jest w stanie mi pomóc? Czuję, że jeszcze trochę i oszaleję..
Kochana spokojnie. Przeczytałam powoli Twój post i dokładnie wiem co przeżywasz. Tak jak mówisz nie jesteś pierwsza, nie ostatnia. Jest to Twoja osobista tragedia i o tyle ważna dla Ciebie, bo jest Twoja. To co przeżywasz jest całkiem normalne (wiem, że to żadne pocieszenie). Ja też będąc w związku nie bardzo lubiłam wychodzić do ludzi. Wolałam się wtulić w ukochanego, oglądnąć jakiś film czy pójść z nim na spacer. Twój partner był Twoim całym życiem tak jak mój moim. To jest błąd, który popełniłyśmy obie. Teraz musisz się uwolnić od niego i poznać na nowo życie. Rozejrzyj się dookoła, siedzisz w domu? Wyjdź na spacer do parku, do lasu. Doceń ten moment, zobacz, że przyroda jest piękna, zacznij zauważać drobne rzeczy. Myślisz teraz bardzo ogólnie, że wszystko jest niesprawiedliwe, że dlaczego tak się wydarzyło... Sęk w tym, że tylko zauważając takie drobne rzeczy dookoła Ciebie jesteś w stanie zauważyć, że istnieje inny świat poza Tobą i Twoim byłym. Mogłam nie trafić, ale j tam miałam. Jestem trzy miesiące po rozstaniu i czerpie przyjemność z drobnych rzeczy dookoła mnie. Ucze się zwracać uwagę na te cenne drobiazgi, o których na co dzień się zapomina. Mam nadzieje, że chociaż troszkę Cie podniosłam na duchu ![]()
A za pół roku będziesz się z tego śmiać i być może (jak ja
) staniesz się komfortowo zimna na relacje damsko-męskie i po usłyszeniu słów "kocham cię", będziesz śmiać się do rozpuku. Czego Ci serdecznie życzę
. Tylko przyjaźń jest coś warta. Reszta przy tym to g...o
.
Skąd taka postawa, hę?? W sumie jest mi coraz bliższa... także szukam potwierdzenia, że inni też "to" mają ![]()
I jak daleko może taka "przyjaźń" sięgać wg Ciebie?
Kwiecie przeczytałam właśnie Twoją historię i moim zdaniem wcale nie jesteś pusty, ale właśnie pełny ![]()
Masz piękne i bogate wnętrze, nie okazujesz tego jednak na co dzień innym i wcale się nie dziwię, bo niewielu jest takich, którzy byliby dobrymi odbiorcami Twojego przekazu. Niemniej uważam, że warto dawać sobie i innym szansę na przyjaźń. Nawet jeśli się czasem sparzymy. Po prostu subtelnie rozglądasz się wokół, obserwujesz i gdy intuicja podpowiada Ci, że dana osoba jest godna zaufania to dajesz szansę.
Najbardziej urzekło mnie to, że stoisz w prawdzie sama przed sobą i myślę, że taka postawa pomoże Ci osiągnąć zaburzoną właśnie równowagę.
Uważam, że teraz kiedy Twój ból sięga zenitu, powinnaś pójść do lekarza rodzinnego po odpowiednie leki, które pomogą przejść Ci tę najtrudniejszą fazę.
Wiele osób tak zrobiło i to okazało się bardzo pomocne. Mam na mysi lekkie, nieszkodliwe leki, bo są takie.
Następnie powinnaś przyjrzeć się sobie jeszcze bardziej wnikliwie pod okiem psychologa, masz na pewno parę tematów do przepracowania. I tak od nich nie uciekniesz, a teraz jest właśnie najlepszy czas by się nimi zająć. I w psychologu znajdziesz właśnie pierwszego przyjaciela.
Pozdrawiam ![]()
Dzięki za zainteresowanie dziewczyny.
Ja właściwie zdaje sobie sprawę, że powinnam wyjść z domu, popatrzeć, popodziwiać. Problem polega na tym, że praktycznie każde miejsce jest "skażone" - każdy park, las, zakątek w okolicy nosi w sobie masę wspomnień o nim. Dużo spacerowaliśmy. W domu też każdy kąt jest naznaczony, ale tutaj przynajmniej jak atakują mnie wspomnienia nikt nie widzi jak płaczę. Nie chcę wpędzać obcych ludzi w zakłopotanie, gdy nagle się rozpłaczę siedząc w jakimś parku.
Natomiast lekarz rodzinny? Jakie leki może przepisać? Nie chcę brać żadnych antydepresantów, chcę naturalnie przejść ten proces, chociaż wiem, że tak jest trudniej. Lilka, mówisz "lekkie, nieszkodliwe leki", ale na co?
Co się zaś tyczy psychologa, to tutaj sprawa jest trochę skomplikowana. Myślałam, żeby po dojściu do siebie złożyć papiery do policji (przynajmniej robiłabym coś co ma sens), a jak wiadomo, wszelkie terapie znacząco obniżają szanse przyjęcia. Dlatego wolałabym znaleźć "normalnego" przyjaciela, chociaż pojęcia nie mam jak się zabrać za to.
Dziękuje Wam za zainteresowanie.
Skoro tak to czas oczyścić te miejsca, a wspomnienia z nimi związane zastąpić innymi, z innymi ludźmi. Poza tym nie bój się wspomnień. Te dobre, gdy już się wyleczysz będą Ci przypominały, że ten związek faktycznie przyniósł coś dobrego. Bo gdy już się wyleczysz to zejdą klapki z oczu i zobaczysz wszystko co było nie tak
głowa do góry, będzie lepiej. Może jeszcze nie jutro, ale każdego dnia staraj się wstać prawą nogą, zrobić przyjemny makijaż i coś dla siebie
stan przed lustrem i powiedz "ale jestem zaje*insta", uśmiechnij się sama do siebie
wiem, że te słowa może są przereklamowane, ale będzie dobrze! Pamiętaj, że gdyby kochał to by szukał sposobu, by to utrzymać, a nie powodu by to zakończyć.
Kwiecie napisałam Ci o lekach, bo opisałaś jak bardzo ciężko Twój organizm przechodzi ten stan, ludzie w podobnej sytuacji jak Ty zażywali doraźnie ziołowe leki albo naprawdę łagodne przepisane przez zwykłego lekarza i to im pomagało. Ja nie jestem zwolenniczką leków, ale czasami to mniejsze zło. Jeśli czujesz, że to nie dla Ciebie to zażywaj chociaż witaminy i minerały, bo ze względu na silny stres, który przeżywasz Twój organizm teraz tego potrzebuje.
Jeśli chcesz pracować w policji to musisz być silna psychicznie, inaczej ciężko będzie Ci przejść testy psychologiczne, a nawet jak przejdziesz to jest to praca z ludźmi i w stresie.
Dlatego tym bardziej musisz mieć sama ze sobą pozałatwiane sprawy.
Już samo to, ze psycholog Cię wysłucha na pewno Ci pomoże.
A może wskaże parę cennych pomysłów jak sobie lepiej poradzić ze stratą partnera czy też znalezieniem przyjaciół.
Jeśli się zdecydujesz to wybierz sprawdzonego z polecenia.
W takich ciężkich chwilach pomocne jest też uprawianie sportu, lepiej się człowiek czuje, a i na znajomych można się niechcący natknąć
Poza tym tak jak Ci dziewczyny pisały, kontakt z przyrodą, dbanie o siebie, zajmowanie głowy i rąk tak żeby jak najmniej myśleć o rozstaniu.
Jestem niedużo młodsza od ciebie, bo jedynie rok. Wydaje mi się, że u was był jeden problem. Mianowicie, patrzyliście w zupełnie różnych kierunkach. To coś nie do przeskoczenia, bo nie dopełnialiście się charakterami i tymi różnicami, a zwyczajnie - ty lewo, a on prawo. Nie umieliście chyba też wytworzyć kompromisu, by wspólnie iść prosto. Czasami trzeba się przychylić do drugiej osoby. Znam kobietę co dla mężczyzny nauczyła się gotować, a nawet piec. Jednak on też nie pozostawał dłużny, bo dla niej poszedł na kurs tańca i nauczył się tańczyć, bo wiedział, że ona to kocha. Dziś są małżeństwem, chyba z jakimś pięcioletnim stażem i mają dwoje dzieci. I on też jest raczej zamkniętym w sobie samotnikiem, domatorem, ale jednak umie się przychylić do niej i raz kiedyś wyjść na imprezę. Ona nienawidzi zmywać po gotowaniu, a za samym gotowaniem średnio przepada, ale zaopatrzyła się w zmywarkę i raz na jakiś czas odstrzeli w kuchni coś specjalnego i też deser własnej roboty na słodko.
Jednak jeśli nie jesteście w stanie związku uratować, to... ja ci powiem tylko tyle - żyj swoim życiem, żyj dla siebie!
Kolorowa1993 - no nie wiem czy to dobry pomysl zmieniac sie dla partnera.
Moim zdaniem trzeba byc soba.
Kolezanka moja wmowila sobie, ze interesuje sie muzyka powazna, zeby komus sie przypodobac...
Nic na sile.Albo cos sie lubi, albo nie.
Nie lepiej miec kogos, z kim laczy nas porozumienie ? Zwiazek dusz ?
Tak jak artysta i rzemieslinik.Artysta robi to , co czuje.Rzemieslnik robi to, czego sie nauczyl.