Witam, niedawno mój mąż popełnił samobójstwo zostawił mnie i dwójkę dzieci.Strasznie mi go brakuje, mam myśli żeby zrobić to samo ale wiem ze mam wspaniałe dzieci i muszę być silna dla nich. Boje się tej chwili słabości, ze nie dam rady psychicznie.
jestem sama mam tyko dzieci i nie mam rodziny nie mam nikogo z kim mogłabym porozmawiać
Julka nie poddawaj się!!!
Julka nie poddawaj się!!!
staram się chce być twarda ale ciężko. Dzieci mnie chyba trzymaja
Julka bo wiem gdzie mieszkasz, proszę Cię nie myśl tak.
To stalo się miesiąc temu w domu,ściągnęłam go i normalnie widzę to wszystko. Wkurza mnie to ze myślał tylko o sobie, mieliśmy być zawsze razem. Miał depresje i wystarczyla tylko chwila, wyszłam z domu na 10 minut.Mam dość tego wszystkiego juz teraz to co będzie później
Julka masz prawo do złości na meza za to co zrobił. Nie wiń siebie za jego decyzję,bo to był jego wybór. Masz dzieci które potrzebują matki, ciebie. Twoje dzieci chcą żyć " normalnie", one również przeżywają stratę ojca. Poszukaj dla dzieci i siebie wsparcia w przeżywaniu tej żałoby u psychologa w np. w poradni psychologiczno-pedagogicznej, w której bezpłatnie otrzymasz wsparcie psychologiczne. Rozmawiaj z ludźmi na ten temat, wypłacz to, pozwol uwolnić siebie z tych emocji, żalu, złości, bezradności. Napisz list do męża.
Daj sobie czas na żałobę, a z czasem wybaczysz mu i wtedy poczujesz ulgę i spokój.
Przytulam ciebie wirtualnie ![]()
Właśnie winie siebie, może powinnam zareagować wcześniej,potrzebował mojego wsparcia a ja nie wiedziałam jak mu pomóc,może reanimowalam go za slabo i teraz by zyl. Miałam tylko jego,cale życie miała spieprzone a teraz runelo całkiem. Wiem ze zostałam i musze być dla dzieci, zawsze marzyłam o normalnej rodzininie chciałam żeby moje dzieci miały rodziców żeby nie przechodzili tego co ja w dzieciństwie a maja to samo. Mam 29 lat i cale życie pod górkę.
Julka nie da rady kogoś uratować skoro ta osoba o "śmierci" mysli. Uwierz mi bo to samo przechodzę od tygodnia.
Wiem jezeli się myśli,to i tak zrobi ja myślę o tym od wielu lat dwa razy juz to robiłam,raz byłam w śpiączce ale mąż mi pomógł.Teraz jestem całkowicie sama sama nie mam nikogo i boje się ze znowu coś zrobię,jak mam myśli szybko wychodzę z domu i myślę o dzieciach to mnie trzyma,najgorsza jest ta chwila słabości.
Julka nie da rady kogoś uratować skoro ta osoba o "śmierci" mysli. Uwierz mi bo to samo przechodzę od tygodnia.
Jezeli myślisz o tym próbuj wyjs z domu na spacer. chwilowo pomaga, musimy być twardzi i te myśli odpychać od siebie.Nie jest wcale łatwo
Wiem że nie jest ale nie poddawaj się.
Staram sie
Chcesz po pisać gdzieś na osobności??
Chcesz po pisać gdzieś na osobności??
Można na emaila do mnie pisac.
a jaki masz??
a jaki masz??
julkajulka2302@gmail.com
Julka, a może jak Cię najdzie, to myśl wtedy o dzieciach - patrz na ich twarze (lub wyobrażaj sobie ich twarze, gdy nie ma ich akurat koło Ciebie) i myśl o tym, jak one Ciebie kochają i jak ogromnie potrzebują. Jesteś najważniejszą, i obecnie jedyną, osobą w ich życiu! Bez Ciebie ich małe dzieciece światy się zawalą. Bez Ciebie nic nie będzie takie, jak powinno. Wiem, że jest Ci ciężko, ale znajdź w sobie to uczucie do dzieci i niech ono Cię trzyma, niech będzie silniejsze od egoizmu = chęci ulżenia własnemu cierpieniu.
I uświadom sobie też, że Ty tak na prawde wcale nie chcesz umierać. Chcesz tylko, żeby już nie bolało. A że nie widzisz innej drogi do tego celu, to myślisz o śmierci. To normalne, że człowiek nie chce cierpieć. I w tym kontekście Twoje myśli też są normalne. Ale uwierz mi, czas leczy najgorsze rany. Teraz masz najgorszy okres w życiu, ale jak go przetrwasz, to stopniowo Twoje cierpienie bedzie coraz mniejsze. A kiedyś, pewnego dnia w przyszłości - choć teraz zapewne ciężko Ci w to uwierzyć - sama złapiesz się na przedziwnej myśli, że czujesz się na prawde dobrze! I że tak można się czuć na dlużej. Ale musi upłynąć wiele wody w rzece, zanim to nastąpi. Póki co, nie będzie lekko. Ale kto mówił, że będzie nam w życiu zawsze lekko i dobrze?
Pamiętaj też, że nie jesteś sama na tym świecie. Są po pierwsze dzieciaki. Dla nich jesteś jedyną, wyjątkową i nie do zastąpienia Mamą.
Są też inni ludzie. Wielu ludzi jest też samotnych, też po przejściach najróżniejszych, też przeżywają tragedie... Może jednak lepiej (nie dla Ciebie pewnie na ten moment, ale dla reszty świata), żebyś na tym świecie pozostała? Żeby dzieci miały mamę i żeby kiedyś ktoś, może równie samotny, zagubiony, jak Ty teraz, kiedyś akurat w Tobie znalazł dobre serce, radę, pocieszenie... Bo nasza mądrość i umiejętność pomocy, empatii, innym ludziom, nie bierze się z życia usłanego różami, ale właśnie z przeżycia osobistych tragedii i problemów. Wtedy osobowość człowieka nabiera głębi. Kiedyś będziesz diamentem, do którego byc może ktoś zwróci się o pomoc, o radę, o dobre słowo... Cierpienie jest tym, co ten diament właśnie w tej chwili szlifuje.
Życzę Ci siły, żebyś kiedyś rozbłysła pięknym światłem dla otaczającego Cie świata, a przede wszystkim dała ten piękny przykład najbliższemu otoczeniu. Żeby dzieci miały silną, mądrą i kochającą Mamę.
Caly czas mysle o dzieciach i to chyba dla nich jeszcze się trzymam jakos.Z jednej strony masz może i racje mam juz dość tego cierpienia, tego wszystkiego juz nie wierzę w nic dobrego za dużo się działo i dzieje. Wierze w to ze moje dzieci kiedys będą miały dobrze,domy i kochające rodziny. Dzieci i ludzie wokół mysla ze nie jest tak zle bo chodzę uśmiechnięta,pogadam żeby nie bylo widac co jest w środku co boli. Najgorsze jest bycie samej w domu wtedy różne myśli przychodzą do głowy
Caly czas mysle o dzieciach i to chyba dla nich jeszcze się trzymam jakos.Z jednej strony masz może i racje mam juz dość tego cierpienia, tego wszystkiego juz nie wierzę w nic dobrego za dużo się działo i dzieje. Wierze w to ze moje dzieci kiedys będą miały dobrze,domy i kochające rodziny. Dzieci i ludzie wokół mysla ze nie jest tak zle bo chodzę uśmiechnięta,pogadam żeby nie bylo widac co jest w środku co boli. Najgorsze jest bycie samej w domu wtedy różne myśli przychodzą do głowy
Julka, a czy Ty szukasz pomocy gdzieś (poza tym forum)? Przede wszystkim chodzi mi o pomoc profesjonalną. Chociaż oczywiście nie można bagatelizować innych form pomocy, samej życzliwości ludzkiej, wysłuchania Twoich problemów przez inne osoby, ale jednak uważam, że taki specjalista, który skończył studia kierunkowe, a do tego po studiach w praktyce swej miał z niejednym przypadkiem do czynienia - to jednak jest co innego. Taka osoba dysponuje dużą wiedzą i sposobami jak można zaradzić różnym niefajnym stanom ducha i naprawić "usterki" w naszej psychice. Tutaj kazdy oczywiście by chciał jakoś Cie wesprzeć, pomóc Ci, ale my nie mamy aż takiej dużej wiedzy i nie znamy sposobów, które pomogą Tobie na stałe, a nie tylko chwilowo... No i zresztą u psychologa, jak i psychiatry, to też taka pomoc nie dzieje się w 5 minut i od ręki. To jest proces. I najlepiej żeby ten proces był pod kontrolą kogoś, kto ma wlaśnie taką fachową wiedzę co do działania ludzkiej psychiki.
Inna sprawa jaką widzę u Ciebie, to przed ludźmi chyba jesteś bardzo zamknięta w sobie. A przyjaciół w ten sposób sobie nie zjednasz. Ludziom też trzeba dać szansę, żeby mogli pomóc, bo sami z siebie się nie domyślą, że komuś jest ciężko, skoro ta osoba chodzi uśmiechnięta i wszystko dusi w sobie.
Przeżyłaś ogromną traumę, niewyobrażalną. Dlaczego uważasz, że koniecznie musisz grać przed całym światem osobę niezłomną i wiecznie zadowoloną? Kto tego od Ciebie oczekuje? Czy to nie jakaś postawa, której nauczyłaś się może w dzieciństwie? Ale teraz już nie jestes dzieckiem i stare schematy nie będą się sprawdzały, bo sytuacja się zmieniła.
Jesteś dorosła i jeśli sama o siebie nie zawalczysz, nie zmienisz niektórych rzeczy, to nikt nie zawalczy o Ciebie. Musisz sama chcieć żyć, sama chcieć sobie pomóc. Na siłę nikt Ciebie, ani nikogo innego, nie zmusi, ani nie odda Tobie cząstki własnej woli życia, bo tak się nie da po prostu. W tym wględzie niestety musisz wykazać sporo dobrej woli sama dla siebie.
Zadbaj o siebie kobieto, o swój stan psychiczny, bo warto! Masz dla kogo.
Ja bym na Twoim miejscu już w tej chwili rezerwowała wizytę u psychologa. Ludzie chodzą nie z takimi rzeczami! Nie bagatelizuj swoich problemów. Moim zdaniem miałaś bardzo, ale to bardzo ciężką dla psychiki sytuację, traumę po prostu, która wręcz woła o odwiedzenie specjalisty i nie zostawianie tego na Twojej jednej, zmęczonej i samotnej głowie. Być może poradziłabyś sobie sama, ale nie wiadomo, po co ryzykować? Poza tym samej zabierze Ci to dużo więcej czasu. A takie problemy z emocjami lubią powracać. Najlepiej jakby ktoś fachowo się tym zajął. To troche tak, jakby ząb Cie bolał - pójdziesz do dentysty, czy bedziesz sama próbowała coś z tym robić? Z psychiką jest tak samo. To skomplikowana sprawa. Niektórzy ludzie co prawda mają w siebie wgląd i pewną wiedzę, wtedy pomogą sobie dużo sami, ale i tak mała szansa, że osiągną w tym aż taki efekt, jak u fachowca. Lub zabierze im to wiele lat, co dałoby się przeprowadzić szybciej. Można sobie np. samemu wyrwać ząb na upartego (kontynuując tą analogię do dentysty), ale nigdy nie można być pewnym, że jakiś odłamek nie został i nie zacznie za jakiś czas znowu boleć. No i tak samo z psychiką, można pomóc sobie trochę samemu, albo z pomocą przyjaciół/życzliwych osób, ale specjalista to specjalista. Który już niejedno widział, o niejednym czytał, ma różne techniki i sposoby, o których się uczyl i które wypróbował w podobnych przypadkach.
Tak że namawiałabym Cię gorąco na rozpoczęcie terapii przede wszystkim.
Jakkolwiek roli przyjaciół też nie można zaniedbywać. Tutaj też przydałaby się Tobie jakaś prywatna znajomość, jakaś dobra dusza, do której czasami mogłabyś się odezwać i opowiedzieć o swoich bolączkach. A także wysłuchać problemów tej osoby (bywa i tak, że słuchanie o cudzym bólu nam pomaga, poprzez zrozumienie, ze nie cały świat kręci się wokół nas i bólu naszego, wtedy można nabrać dystansu i zbawiennej perspektywy spojrzenia na własne życie).
Tylko nie wiem, czy teraz akurat jesteś w stanie kogoś poznawać, czy się otwierać przed ludźmi. Dlatego na początek chyba lepszy by był psycholog, a dopiero potem pomyśleć o czymś dodatkowym, żeby dodatkowe wsparcie w życiu znaleźć... Poza tym nie jest łatwo o dobrych i bezinteresownych ludzi, tak szybko to można nie znaleźć, jak i przejechać się nieraz mozna, a to dodatkowo by Cie jeszcze zdołowało.
Oprócz psychologa mogłabyś odwiedzić również psychiatrę, który przepisałby Ci jakieś leki na stabilizację nastroju. Na ten najgorszy okres oczywiście, nie na stałe. Żebyś nie myślała o jakichś skrajnościach... Może takie leki trochę przytłumią ból, pomogą też lepiej spać, uspokoić się trochę. Jakkolwiek dla mnie osobiście to sie wydaje taka trochę droga na skróty. Jeśli cierpienie powodują jakieś przyczyny, to powinno się te przyczyny wyeliminować, a nie przytłumiać tylko swoje emocje lekami. Więc tego psychiatrę z lekami bym Ci polecała na pewien czas tylko, równolegle z psychoterapią u psychologa. Jako taka doraźna pomoc. Nie jako stały sposób na problemy. Bo takowe trzeba nieco głębiej przepracować. Nic nie ma w życiu za darmo i żeby łatwe drogi prowadziły ku wielkim efektom. No chyba, że jednak te leki by się okazały "strzałem w dziesiątkę", bo i czasami depresja ma podłoże endogenne. Tylko, że jakoś mi się wydaje, że niekoniecznie w Twoim przypadku. Z tym, że ja nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, wiec może się mylę. Piszę jedynie swoje zdanie. To jest prywatna opinia pewnej osoby z internetu, a Ty masz własny rozum.
Tak czy siak, lepiej zawalcz o siebie, o lepszą przyszłość, o spokojną i stabilną mamę dla własnych dzieci. Nie czekaj, aż Twój stan przyniesie jakieś złe efekty. Będę trzymać kciuki żeby Ci się udało.
Kiedys chodziłam do psychologa i skierował mnie do psychiatry z podejrzeniem depresji ale juz nie poszłam. Teraz od tego zdarzenia umówiłam sie na wizytę i trzy razy przelozylam,stwierdziłam ze co obcy człowiek,który mnie nie zna może mi pomoc. Przed ludźmi jetem strasznie zamknięta nie lubię mówić o sobie i swoich problemach wszystko trzymam,ogólnie unikam kontaktów nie wierzę ludziom.Zawsze mój mąż byl na mnie za to zly ,ze wszystkim pomagam dla wszystkich chce dobrze a znowu jest inaczej bo nie potrafię odmówić pomocy. Tak od 5 lat zamknęłam się w domu i nie chce i nawet ciężko mi nawiązać znajomości,przez forum jest łatwiej porozmawiać co cie boli. W szoku jestem ze po tym co ja napisałam Ty nie widząc mnie masz strasznie dużo racji w tym co odpisujesz jakbyś mnie znala
Myślę, że jednak psycholog jest Tobie potrzebny.
Tylko pamiętaj, że to specjalista jak każdy inny. Czyli może być jeden lepszy, inny gorszy. A nawet zupełny partacz. Więc jakby Ci coś nie pasowało u jednego, to szukaj innego, takiego, żebyś widziała jakieś efekty pracy z nim.
I sama też musisz z siebie dawać, zaufać trochę. Bo to przede wszystkim ma być Twoja wlasna praca nad sobą, z tym, że pod jego nadzorem i z jego wydatną pomocą. Ale psycholog też jednak do głowy nikomu nie wejdzie i nie pozmienia tam na siłę. Tu musi być dobra wola i chęć z obu stron (pomijając oczywiście podstawową kwestię, jaką są kompetencje owego psychologa, o czym już pisałam).
Wiem, że przed obcą osobą jest bardzo trudno się otworzyć. Rozumiem Cię. Tylko, że Ty tak jakby nie masz większego wyboru... Stoisz pod ścianą. Nie jest dobrze u Ciebie i co tu się oszukiwać. Ja uważam, że tak, jak człowiek nie jest w stanie sam siebie za włosy chwycić i podnieść do góry, i wyciągnąć z grzęzawiska, tak w sensie psychologicznym człowiek sam sobie nie zawsze jest w stanie pomóc i siebie uratować. Czasami nie da się być samowystarczalnym.
Ja też jestem taka trochę Zosia-samosia. Jak nie muszę, to staram się nie prosić o pomoc. Ani nawet nie korzystam z wielu usług, jak mogę sama coś zrobić. Przykładowo sama pomalowałam łazienkę, sama złożyłam szafę, sama wymieniłam klawiaturę w laptopie, jak też sama pomogłam sobie z niektórymi problemami psychologicznymi, typu nieśmiałość i niska samoocena. Z drugiej strony, nawet jak coś robi się teoretycznie samemu, to i tak korzysta się tak na prawdę z pomocy innych. Przykładowo: żeby wymienić klawiature w laptopie, musiałam zobaczyć na filmiku na youtube jak ktoś inny to robił i dopiero wiedziałam, jak robić samej. Nieśmiałość leczyłam czytając rozmaite poradniki psychologiczne. Więc niby samodzielnie, ale pomoc też w tym miałam, a nie że siadłam z pomysłem i już robiłam coś, tak sama z siebie, natchniona Duchem Swietym ;-) Do wszystkiego potrzebna jest wiedza, a tą otrzymałam od innych ludzi (książki też piszą ludzie przecież:-) No ale to jednak nie były takie bardzo duże problemy. Przykładowo, gdyby w komputerze zepsuł się jakiś przewód co jest w środku, a nie tylko klawiatura, to bym nie wiedziała jak naprawić. Bo do tego juz trzeba mieć fachową wiedzę, jak i narzędzia odpowiednie. Podobnie z psychologią jest. Na te mniejsze problemy to czlowiek sobie czasem pomoże sam, choć też trzeba coś nowego się dowiedzieć, żeby tak się dało, trzeba zwiększać swój stopień świadomości i swoją wiedzę po prostu. Jednak przy jakiejś wielkiej traumie, to człowiek może już nie być w stanie sam sobie pomóc. Jak moge pomalować sobie łazienkę sama, tak domu sama nie odbuduję gdy mi się zawali. Jak moge pomóc sobie z negatywnym myśleniem czy niską samooceną, czytając różne książki i poradniki, tak po traumie jaką jest ściąganie ukochanej osoby ze sznura to raczej bym sobie sama nie pomogła...
Czasem trzeba jednak zaufac innej osobie. Czasem nie ma innej możliwości po prostu. Może pęknąć komuś wyrostek - i musi ta osoba iść po pomoc, albo umrze. A może w psychice równiez coś złego nam się stać i wtedy też trzeba iść po tą pomoc.
Dobrze być samodzielnym, silnym i samowystarczalnym. Ale nie zawsze tak się da. To trudne, bo prawie kazdy by chciał być niezależny od innych, żeby nie potrzebował zadnej pomocy i radził sobie ze wszystkim sam. No cóż, jednak życie nam nie zawsze dostarcza to, co byśmy chcieli.
My możemy tylko wybierac sposób reakcji na sytuacje, a nie te sytuacje. I jak nikt nie chce, żeby coś złego mu się przydarzyło, tak jeśli jednak to mu się zdarzy, to trzeba zachować się adekwatnie do sytuacji. Można czekać na przykład, aż ból brzucha sam przejdzie, ale to bierne czekanie jednak nie zoperuje naszego brzucha, w którym coś poważnego sie zepsuło i dlatego boli. To już musi zrobić osoba obca. I tak samo może być z psychiką. Jak dla mnie, to nie ma co czekać, bo jak boli, i to bardzo boli, to znaczy, że to nie przelewki. Nie ma co liczyć, że "samo się" naprawi. Tu potrzeba fachowca, który ma wiedzę i wie co, gdzie i dlaczego aż tak boli. I w jaki sposób można temu cierpieniu ulżyć.
Dlatego polecałam Ci psychologa i psychiatrę doraźnie również. Psychiatra da leki, żeby cierpienie było do przejścia, a psycholog popracuje nad jego przyczynami i nad ogólnym wzmocnieniem kondycji psychicznej. Myślę, że takie połączone działanie lecznicze jest najlepsze. I zawsze też jest ta świadomość, że jak jedno nawet nie pomoże, to może pomoze to drugie. Czyli takie jakby bardziej pewne, że efekt będzie :-)
Jak się jest tonącym, to trzeba się chwytać każdej "brzytwy", a nawet wielu na raz. Byle sobie pomóc.
23 2016-06-07 21:57:27 Ostatnio edytowany przez julkajulka2303 (2016-06-07 22:42:45)
Chyba jutro zadzwonię i sie umówię na wizytę, bo za ciekawe to ze mną nie jest, powiem ,ze jest tragicznie od wczoraj tak mnie dopadło nie śpię tylko chodzę i płacze,kawa,energetyki.Wiem ze sama sobie z tym nie poradzę,tylko żyję tą świadomością (samo przejdzie) to jest chwilowe ,bo za pare godzin,dni wraca.... I zamykam się w domu. Teraz po tym wraca wszystko... mąż, dzieciństwo i pytania dlaczego mam cale życie pod górkę ,co ja takiego zrobiłam,może moje dzieci będą miały lepiej jak mnie nie będzie,bo co ja mogę im dać. Normalnie dzisiaj nie wytrzymuje tego wszystkiego i patrzenie sie w to miejsce. Dziękuje ze ze mną piszesz. Też mam problem z tym ze jestem nieśmiała,chociaż jak rozmawiam z ludźmi nie widac tego po mnie i nigdy nie proszę o pomoc zawsze sobie jakos radzilam a jak nie dawałam rady to plącz,cztery ściany i jakos do tej pory.Zawsze ja bylam od tego, cos sie dzieje to każdy do mnie. Nie potrafię sie otworzyć,poprosić, ukazać uczuć ,ale mąż znal moja sytuację znal mnie rozumiał ,wiedział ,ze jest wszystkim co mam. Jest to dziwne ale powtarzał mi ,ze jestem za dobra,za ładna,ze nie zasługuje na niego,ze jestem silna i poradzę sobie ze wszystkim,ze moge normalnie ułożyć życie i ,ze zrobi wszytko żebym była szczęśliwa.Nie wiem czemu myślał ze nie jestem i to zrobil,może to we mnie wina? Każdy nam zazdroscil takiego związku i dużo osób chciało zniszczyć,ale dawaliśmy sobie rade ufalismy sobie,wiem ze nigdy nie zostawił by dzieci to byly jego oczka w glowie,to była chwila słabości......potrzebował pomocy a ja nie umialam. Troszkę namieszalam z tym pisaniem.
Droga Julko. Przede wszystkim natychmiast porzuć te głupie myśli o swojej winie w tym, co się stało. Ja jestem przekonana, że Twój wpływ na męża był wręcz odwrotny - gdyby nie Twoja obecność w jego życiu, zrobiłby to, co zrobił, już parę lat temu.
Poza tym pamiętaj, że nie sama dlugość czyjegoś życia jest ważna, ale i jego jakość. A jakość życia zawsze jest lepsza, kiedy ktoś nas kocha i gdy mamy wokół siebie rodzinę. Dałaś mu również dzieci - dałaś najpiękniejsze chwile w życiu, kiedy pierwszy raz popatrzył na maleństwa i poczuł się ojcem.
Niestety choroba okazała się silniejsza od Ciebie i Twojego wpływu na męża.
Ale to na pewno nie jest Twoja wina. Wiesz, a gdyby on umarł od innej choroby, np. zawał - też byś SIEBIE winiła? Depresja to jest podobna choroba do innych. Tylko może jeszcze gorsza. Po zawale ludzie często przeżywają i jeszcze żyją wiele lat. A depresja jak dorwie człowieka, to męczy i męczy, aż wiele osób nie wytrzyma tego cierpienia i odejdzie z tego padołu.
Nie miej więc za złe mężowi, że nie wytrzymał. Trzeba tu też wziąć pod uwage jak działają mechanizmy tej choroby. Przede wszystkim zaburza ona racjonalne myślenie i pogląd na świat, na życie i na siebie samego. Jestem przekonana, że tak samo zaburzony był obraz świata w chorobie Twojego męża. On na prawdę myślał, że robi dobrze. Że zrobi nawet dobry uczynek i ułatwi życie wszystkim. Wiadomo, było w tym i dużo egoizmu - jeśli zdefiniujemy egoizm przez chęć żeby to nam było dobrze, żeby nas nie bolało, żebyśmy mieli święty spokój. Ale myślę, że jednak nie tylko o sobie, ale o innych osobach taki człowiek również wtedy myśli. Jednak myśli w sposób charakterystyczny dla depresji, w sposób chory i błędny, czyli innych stawiając na piedestale, dodając im jakieś wręcz nadnaturalne siły i właściwości (inni sobie w końcu radzą z tym Strasznym Życiem! To zapewne Superbohaterowie, których nic nie jest w stanie złamać!) a siebie samego poniżając, uważając, że jest się wartym nic, że tylko marnuje się zasoby tej planety na swoją marną egzystencję... Taka osoba zupełnie zapomina, że inni ludzie wcale nie są tacy znowu silni i samowystarczalni, jak to się jej wydaje. Ogółem: bardzo zniekształcone postrzeganie rzeczywistości jest typowe dla depresji.
Złość Twoja też jest naturalna w takiej chwili. Bo patrząc z boku, wygląda to tak, że przecież ta osoba myślała tylko o sobie, o nikim innym. Ulżyła sobie, teraz jej dobrze już, teraz ma spokój. A co z innymi? Czy pomyślała o nich? Że oni zostaną i im będzie ciężko?
Jednak ludzie w depresji nie myślą racjonalnie. Dlatego wydaje im się, że na pewno nikogo nie skrzywdzą. Wręcz zrobią dobrze! Że są tak bezwartościowi, że na pewno nie mogą wiele znaczyć dla nikogo, na pewno nikt ich prawdziwie nie kocha (bo to niemożliwe, nie zasługują przecież!). A jeśli nawet (choć ciężko w to uwierzyć!), to tak najwyżej kochają odrobinkę, może tego nawet nie można miłością nazwać, to tylko bardziej przywiązanie jakieś z ich strony, nic wielkiego. Choć może nawet i nie tyle - to zapewne czysta litość - tak, to litość zapewne i poczucie obowiązku. Bo cóżby innego...? Ech, tak czy siak wielkiego bólu po stracie na pewno u nikogo nie będzie. Może nawet się ucieszą? A właściwie to niegłupi pomysł, upiecze się dwie pieczenie przy jednym ogniu - i sobie się ulży, i innym. Przeciez to świetne rozwiązanie!
Tak myślą ludzie w depresji. I myślą tak coraz częściej i częściej, aż zaczną w to zupełnie wierzyć. Aż wydaje się to zupełnie logiczne i na prawdę dobre dla każdego.
Człowiek zawsze robi to, co wydaje mu się właściwe i logiczne. Nawet Hitler uważał, że czyni dobrze. Bo przecież on tylko chciał uporządkować świat, usunąć inne rasy, które to obwiniał za całe zło na świecie. Więc zabijając te rasy, naprawi się świat. Tak myśląc, to zapewne Hitler uważał się za kogoś wspaniałego, wręcz Mesjasza, pogromcę wszelkiego zła i nieszczęść na świecie.
Wiele zła powstało na świecie przez błędne przekonania...
Twój mąż też padł ofiarą zniekształcenia procesów myślowych. Przyjął jakieś błędne założenia - które podsuwał mu jego depresyjny nastrój. Że już nigdy mu się nie poprawi. Że jest gorszy. Że jest kulą u nogi dla bliskich. Że bez niego będzie na świecie lepiej...
To jest typowy sposób myślenia osób w ciężkiej depresji.
Ty na prawdę nie ponosisz za to winy. Nie siedziałaś w jego głowie. Ani nie mogłaś nic na to poradzić, że tak myślał i że w te mysli uwierzył. Jak byś go nie przekonywała, to kiedy raz uwierzył w swoje błędne przekonania, wszystko by podciągał pod to, żeby mu się z nimi zgadzało. Czyli myślałby zapewne, że mówisz to wszystko z litości. Że okłamujesz go, z dobrych chęci, ale jednak kłamiesz. Nie przekonałabyś go, nawet jakbyś mu nawijała godzinami, on nawet by nie chciał tego słuchać. Albo wszystko by i tak zniekształcił na swoją modłę. Ty mówiłabyś "miłość" - on słyszałby "litość". I z innymi sprawami tak samo. Bo takie przekonania są bardzo silne, a człowiek ma tendencję do potwierdzania tego, w co wierzy, a nie zaprzeczania temu.
Ale...
Widzę u Ciebie pewne niepokojące sygnały. Zauważ - Ty myślisz obecnie tak, jak Twój mąż myślał! Czyli: "może moje dzieci będą miały lepiej jak mnie nie będzie,bo co ja mogę im dać"
Tak nie wolno Tobie myśleć. To myślisz nie Ty sama, ale myśli przez Ciebie choroba. Ta sama choroba, która utwierdzała w nieprawdziwych przekonaniach Twojego męża.
Masz rację, że byliście zgranym małżeństwem - widać to nawet teraz, w Twoim sposobie myślenia, jesteś jak lustro Twojego męża. Myślisz tak samo.
Ale to nie jest dobre, popatrz na skutki... "Po owocach poznasz drzewo". Po skutkach - słowach, zachowaniu - poznasz czyjś sposób myślenia. Twój mąż myślał tak - i skończyło się, jak skończyło.
Dlatego nie powielaj jego błędu.
Ty się czujesz podle na skutek błędu w myśleniu męża, który zaowocował strasznym czynem. A jak myślisz, jak będą czuły się Twoje dzieci, jeśli Twoje myślenie również kiedyś zaowocuje? A co, jak będzie ten schemat się tak powtarzał w nieskończoność w waszej rodzinie? Ktoś go musi wreszcie przerwać! Jak nie zrobisz tego Ty, to skąd wiesz, ze zrobią to dzieci? Przecież one mogą zacząć myśleć tak samo. Ktoś im musi pokazać, że można być silniejszym, niz takie myśli. Że mimo wszystko, mozna dalej żyć. Nie łudź się pobożnymi życzeniami, że dzieci będą miały lepiej. Ot tak, same z siebie. Ty jesteś dla nich wzorem. Nawet jeśli są jeszcze malutkie, ale dla dzieci biologiczna matka jest najważniejsza. Gdyby nawet trafiły do adopcji, to będa pytac i drążyć i dowiadywac się, co stało sie z prawdziwą rodzicielką. I jeśli nawet już będą dorosłe, a dowiedzą się, jaka była historia ich rodziny... To jaki to może mieć na nie wpływ? Czy aby nie nasuwa się od razu myśl "Tato się zabił, mama się zabiła. To czemu do cholery JA mam znosić trudy życia?". Chciałabyś tego? Czy po to je rodziłaś... żeby tak skończyły? Biorąc wzór z taty i z mamy...?
A czy nie lepiej napisać inne zakończenie tej historii? Takie na przykład: mama poszukała pomocy. Walczyła usilnie ze swoimi Demonami, prostowała pokrzywione ścieżki własnego umysłu, nabierała mocy i pewności siebie... Nie było łatwo, nie było bez bólu, nie było szybko - ale nie poddawała się. Mama przeczytała wszystkie książki na temat depresji, jakie mogła tylko znaleźć, poszła również do najlepszego psychologa w mieście, gdzie odbyła wiele sesji terapeutycznych. Kiedy było bardzo źle, tak źle, że myslała już, że nie wytrzyma, brała leki od psychiatry i jej nastrój stawał się znośny. Z biegiem czasu terapia i praca własna nad sobą, swoimi myslami i zachowaniami, zaczęła dawać efekty. Mamie żyło się coraz łatwiej, była coraz spokojniejsza, coraz bardziej pogodna. Nabrała siły wewnętrznej. Stała się kobietą, jaką zawsze chciała byc i nie musiała więcej takiej osoby tylko udawać. Jak hartowana stal, jej siła, wypalona ogniem cierpień, okazała się być siłą wielką, wręcz godną podziwu. Ze słabej jak gałązka mimozy, którą każdy wiatr przygina, stała się osobą silną, świadomą własnej wartości. Przetrwała w końcu najgorsze huragany i tornada, więc jest z czego być dumną!
A dzieci miały w niej wspaniały wzór siły i odpowiedzialności. Nauczyły się, jak ważna jest rodzina i że one same także są ważne. Że życie jest ważne, życie samo w sobie. I zawsze wiedziały, że rodzice ich nie zostawili samych na świecie, samych jak palec, jakby nic dla nich nie znaczyły... (zapewniam Cię, że skoro Ty zła jesteś na męża za to, co zrobił, to dzieci tak samo złe kiedyś by były na Ciebie, zwłaszcza, ze jeszcze mąż zostawił je nie całkiem same, bo z drugim rodzicem, a Ty...? Zostawiłabyś je same sobie. To co by biedaki miały o tym sądzić...?).
Tak ja to widzę. Tą Twoją przyszłość. A teraz Ty musisz wybrać, który scenariusz uważasz za lepszy.
Z jednej strony przekonuje Ciebie ktoś (a może jakiś również głos rozsądku w Tobie z tym sie zgadza), a z drugiej strony depresja proponuje swoją wizję świata i swoje własne rozwiązania...
Jak na tych obrazkach, gdzie na lewym ramieniu siedzi aniołek, a na prawym diabełek ;-)
Trzymam kciuki za Ciebie i Twoją rodzinę.
Bo przecież Ty masz rodzine, nie jesteś całkiem sama. Wiadomo, dzieci niewiele mogą pomóc, kiedy są malutkie, ale z biegiem czasu one będą coraz więcej pomagać i będzie Ci się żyło łatwiej z nimi, niż żyłoby się bez nich. Większe dziecko to już nawet potrafi być sporą pomocą w domu i załatwić pare spraw, żeby matkę odciążyc - jedno zrobi zakupy, drugie posprząta, zaniosą listy na pocztę itp proste rzeczy, ale bardzo pomocne i odciążające w nawale spraw. Oczywiście trzeba od małego ich uczyć samodzielności i żeby pomagały (a to nie tylko Tobie, ale przede wszystkim im samym się w życiu przyda! I nie wyrosną na "mam dwie lewe ręce"). Poza tym zawsze będzie ktoś, kto na Ciebie czeka i kto Ciebie kocha, miłością bezwarunkową. Dzieci do końca życia matkę kochają i jest dla nich osobą ważną, o ile nie najważniejszą na świecie.
Ważne, droga Julko, żebyś miała nadzieję.
Nadzieja to bardzo istotna dla człowieka rzecz. W depresji jest co prawda towarem deficytowym. Ale warto ją w sobie rozbudzać, rozdmuchiwać jak z małej iskierki zagasłe ognisko...
Daj jeszcze szansę życiu, bo może Cie jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Nie same złe i bolesne sprawy w nim są (jak znajoma na D podpowiada na ucho).
Julka, Ciebie dopadła śmierć samobójcza męża, mnie śmierć niespodziewana moich dwóch synów i męża. Obie cierpimy tak samo, nie wolno obwiniać się za wyroki losu/przeznaczenia. Pamiętaj, że Twoje dzieci będą miały taką przyszłość jaką drogę im pokażesz. Wspominasz o swoim nieudanym dzieciństwie, nie skazuj swoje dzieci na podobne przeżycia, one już wystarczająco doświadczyły. Wiem po sobie jak przeżycia z dzieciństwa ciążą na dorosłym życiu, złych przeżyć nie zapomina się, to tkwi w człowieku i blokuje pozytywne działanie. Przytulam Cię,
Julka i gosciu co myslisz o samobójstwie mam koleżankę która przežyła to co Ty.Nie ma człowieka na świecie który bez pomocy jest w stanie podnieść się po traumie tak ogromnej .Idźcie do psychologa koniecznie i natychmiast .Mezczyzno to nie sytuacja Cię zmusza a jedynie czarne spojrzenie na nie .Idź do lekarza .Zrób to bo pomysł o tych ludziach którzy będą cierpieć jak znikniesz czy oni zasluguja Na to? Ze swoimi problemami należy uporać się samemu nie obarczac cierpieniem innych .Psycholog psycholog Jeszcze raz psycholog Wam potrzebny.
Julka trzymaj się z czasem będzie lepiej. Mój mąż prawie dwa lata temu też popełnił samobójstwo. Zostawił mnie samą z córką. Też się tak samo czułam. Byłam zła na niego, na siebie. Ta złość mija. Powoli zaczynam układać sobie życie od nowa i mam nadzieje a wręcz wierze że mnie jeszcze w życiu spotka dobrego, że będę jeszcze szczęśliwa. Ty też musisz w to wierzyć.
]
Julka jak się czujesz?