Witam. Mam 19 lat, chciałem opisać moją historię, by usłyszeć z czyjegoś doświadczenia czy warto wgl mieć jeszcze nadzieje..
Otóż byłem z dziewczyną ponad 2 lata. Poznaliśmy się było cudownie.. zakochanie, motyle w brzuchu i wgl. Mieszkalismy 50km od siebie, wiec spotykalismy srednio 1-2 tygodniowo. Układało nam się, może nie idealnie, ale było całkiem dobrze. Ma surowych rodziców i ciężko było o jakieś późne wyjścia czy coś takiego.. uznałem, że poczekam na nią. Teraz wyjechała na studia 400km dalej, miałem czekać.. czekałem na nią, bo strasznie ją kocham.. Tylko, że zaczęły się wyjścia do klubu, koleżaneczki i wgl.. Zacząłem być zazdrosny. Stwierdziła, że czuje się jak pies na uwięzi i wgl.. W tym okresie zaczelismy sie bardzo duzo klocic, jak nigdy wczesniej. Miesiąc temu stwierdzila ze potrzebuje czasu bo nie wie czy kocha. Nie chcialem jej dac tego czasu, staralem sie.. Jak wrocila do domu zrobilem niespodzianke i wgl, przez chwile bylo cudownie powiedziala ze mnie kocha i wgl.. Nastepnego dnia stwierdzila ze ona tak nie moze, bo przez chwile jest cudownie, a pozniej wracaja glupie mysli i ze potrzebuje czasu, odezwie sie za dwa tyg. Powiedzialem ze czasu jej nie dam bo to bez znaczenia teraz czy za dwa tyg i zakonczylem to. Powiedziala ze jestem cudowny, idealny ale juz nic nie czuje do mnie.. Najgorsze jest to, ze ma mnie totalnie gdzieś.. nie dzwoni nawet na sekunde nic.. Mimo tego ze ja dzwonilem do niej, ale tylko krzyczala i mowila ze nic z tego nie bedzie, wiec odpuszczam.. Pozniej mowila ze czuje sie szczesliwa ze jest wolna. Zastanawiam się tylko czy warto mieć jakąkolwiek nadzieje, bo strasznie mi na niej zależy.. Miał ktoś podobne sytuacje zakonczone happyendem?
Pozdrawiam