Witam serdecznie. To mój pierwszy temat, choć forum czytam niemalże codziennie. Z tego względu, że jest tutaj wielu bardzo mądrych ludzi, postanowiłam i ja poprosić Was o pomoc... Znajduję się aktualnie w bardzo trudnej sytuacji, która zaczyna odbijać się na mnie jeszcze większym piętnem. O ile z wszelkimi problememami i zmartwieniami jakoś sobie dawałam radę, tak teraz czuję, że powoli się rozpadam od środka... Dziś dotarło do mnie, że nigdy nie będę mogła spełnić swoich marzeń. Wychowałam się w domu, w którym była patologia, oraz przemoc, niejednokrotnie dostałam w życiu po dupie, ale ucząc się siebie na terapii uświadomiłam sobie jak ogromny mam potencjał i że chcę spełnić swoje jeszcze dziecięce marzenia o studiach i przyszłej pracy. Przez ponad rok ta myśl dodawała mi skrzydeł i sił. Nawet wtedy, gdy było cholernie ciężko, wiedziałam w którym kierunku mam iść i do czego dążę. Teraz już tego nie ma... Dlatego też pytam Was moi Drodzy - jak pogodzić się z tym, że coś, czego pragnęliśmy najmocniej już przepadło? Jak uporać się i przejść przez tę żałobę? Jak normalnie pracować, rozmawiać, jeść? W jaki sposób na nowo odzyskać radość z samego życia, które zawsze będzie już miało w sobie ogromną lukę?... Jedyne o co jeszcze proszę, to aby nie pisać odpowiedzi w stylu "próbuj, walcz, nie poddawaj się", gdyż nie mam już nawet cienia nadziei, że kiedykolwiek będzie mi jeszcze dane pokierować swoim życiem tak, jak tego chciałam. W jakiś sposób się poddałam, choć dla mnie jest to po prostu przyjęcie rzeczywistości do świadomości...
Napisz coś więcej. Czemu uważasz, że szansa przepadła? Że co, za stara jesteś może? Wiek nie gra tu roli? Bo na razie brzmi to jakby jedynym co stoi Ci na drodze jesteś Ty sama. Nie krytykuję, rozumiem. Sama sobie podkładam nogę raczej często.
3 2016-02-22 21:38:53 Ostatnio edytowany przez Averyl (2016-02-22 21:44:29)
Nie rozumiem, o czym piszesz - chcesz studiować? Studia to nie tylko indeks, to przede wszystkim wiedza. Praca? Nie ta, to inna, świat się nie kończy na jednej okazji, nawet jeśli dzisiaj wydaje ci się, że drzwi do lepszego świata zatrzasnęły ci się przed nosem.
Jest takie powiedzonko - Pan Bóg jak chce zadrwić z kogoś, to spełnia mu jego marzenia.
Albo podniesiesz się i zawalczysz o to, czego pragniesz i będziesz szczęśliwa, albo będziesz sobie żyła, ale będziesz ciągle czuła, że czegoś Ci ważnego brakuje. Decyzja należy do Ciebie. A to, że wychowałaś się w trudnej rodzinie, to akurat dzisiaj nie ma żadnego znaczenia, miało je kiedyś. Teraz albo walczysz o siebie i swoje marzenia, albo się poddajesz.
Dziękuję za odpowiedzi. Już odpowiadam na każde z pytań.
Wiek nie jest dla mnie żadną przeszkodą, mam dopiero 22 lata. Sęk w tym, że przyszedł moment, w którym na dobre muszę wyprowadzić się z domu, w którym i tak jestem w zasadzie tylko już gościem. Nie chcę wdawać się w szczegóły, lecz zaistniała sytuacja sprawia, że moje możliwości finansowe będą dużo za małe, by utrzymać siebie, psa, oraz lokum, do którego będę musiała się niebawem przeprowadzić.
Akurat chcąc tego, czy nie, moja sytuacja rodzinna ma w tym wszystkim znaczenie, gdyż to ona poniekąd determinuje wybory, które muszę podejmować.
Albo podniesiesz się i zawalczysz o to, czego pragniesz i będziesz szczęśliwa, albo będziesz sobie żyła, ale będziesz ciągle czuła, że czegoś Ci ważnego brakuje. Decyzja należy do Ciebie. A to, że wychowałaś się w trudnej rodzinie, to akurat dzisiaj nie ma żadnego znaczenia, miało je kiedyś. Teraz albo walczysz o siebie i swoje marzenia, albo się poddajesz.
Szkoda ze pani jest pedagogiem i nie wiem pani ze to ma znaczenie, taka osoba ma o wiele ciezszy start niz inni nie mowie ze zawsze ale czesto tak jest.
Taka osoba cierpi rowniez na roznego stopnia syndromy, wiec musi poswiecic troche czasu na leczenie...
Nikt nie mowi zeby sie nad taka osoba litowac.
Wiesz, że nie spełnisz swych marzeń? Masz stuprocentową pewność? Może jednak, bo świat jest pełen niespodzianek i nieprzewidzianych zwrotów akcji, swe marzenia zrealizujesz później? Kto wie?
Na razie jednak jesteś w żałobie po utracie marzeń. Jak ją przejść? Tak samo jak każdą inną. Pozwolić sobie na stereotypowe nieradzenie, czyli odpłakać, odzłościć się, odsmutkować. Jeśli pozwolisz sobie na ujawnienie uczuć, które są teraz w Tobie, nie będziesz ich upychać po kątach i udawać, że ich nie ma, to one przeminą albo choćby przestana być tak intensywne. Pewnie znasz fazy żałoby (o nich napisała dr Elisabeth Kübler-Ross), ale dla przypomnienia przytoczę: zaprzeczanie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. Na jakim etapie jesteś Ty?
Jak masz żyć? Tak jak dotąd, od czasu do czasu przypominając sobie to, co sama napisałaś w innych wątkach:
(...) uświadomiłam sobie jak ogromny mam potencjał (...)
To ja muszę siebie zaakceptować, pokochać, polubić przebywać tylko w swoim towarzystwie, kierować się swoim dobrem, szanować siebie. (...)
chcę dla siebie dobrze, bo wiem, że na to zasługuję (...)
pójdę przed siebie, z podniesionym czołem, a nie z miną zbitego psa. (...)
Robienie czegoś wbrew sobie (...) jest zupełnie bez sensu. (...)
Człowiek (...) musi uważać całe życie, gdyż każdy potencjalny "punkt zapalny" może spowodować nawrót. Trzeba być czujnym cały czas i nie tracić kontaktu z sobą i własną świadomością. (...)
Mam wrażenie, że nie tracisz kontaktu z rzeczywistością. Jesteś świadomą siebie, mądrą osobą. Twoje plany teraz muszą się zmienić, ale być może kiedyś będziesz mogła do nich wrócić i je zrealizować.
Dziękuję za odpowiedzi. Już odpowiadam na każde z pytań.
Wiek nie jest dla mnie żadną przeszkodą, mam dopiero 22 lata. Sęk w tym, że przyszedł moment, w którym na dobre muszę wyprowadzić się z domu, w którym i tak jestem w zasadzie tylko już gościem. Nie chcę wdawać się w szczegóły, lecz zaistniała sytuacja sprawia, że moje możliwości finansowe będą dużo za małe, by utrzymać siebie, psa, oraz lokum, do którego będę musiała się niebawem przeprowadzić.
Akurat chcąc tego, czy nie, moja sytuacja rodzinna ma w tym wszystkim znaczenie, gdyż to ona poniekąd determinuje wybory, które muszę podejmować.
Niestety musisz poszukac lepszej pracy, pozniej jesli bedziesz miala pieniadze isc na studia zaoczne np.
Chociaz jesli masz zla sytuacje rodzinna to mozesz jako student sie starac o rente socjalna a gdy bedziesz miala wysokie wyniki w nauce o stypendium, jesli sie to uda bedzie nawet niezla sumka(kolega ma i jakos daje sobie rade), wiem ze na poczatku moze ci byc bardzo ciezko, aha i studia nie zapewnia ci pracy.
zaklopotana123451 napisał/a:Albo podniesiesz się i zawalczysz o to, czego pragniesz i będziesz szczęśliwa, albo będziesz sobie żyła, ale będziesz ciągle czuła, że czegoś Ci ważnego brakuje. Decyzja należy do Ciebie. A to, że wychowałaś się w trudnej rodzinie, to akurat dzisiaj nie ma żadnego znaczenia, miało je kiedyś. Teraz albo walczysz o siebie i swoje marzenia, albo się poddajesz.
Szkoda ze pani jest pedagogiem i nie wiem pani ze to ma znaczenie, taka osoba ma o wiele ciezszy start niz inni nie mowie ze zawsze ale czesto tak jest.
Taka osoba cierpi rowniez na roznego stopnia syndromy, wiec musi poswiecic troche czasu na leczenie...
Nikt nie mowi zeby sie nad taka osoba litowac.
Ja to pisałam z własnego doświadczenia, więc wiem że dużo jest w tym prawdy. Może nie zrozumiał Pan do końca mojej wypowiedzi. Chodziło mi o to, że jeśli chcemy spełnić swoje marzenie, to nie możemy skupiać się i uzależniać od tego, w jakiej rodzinie się wychowaliśmy, bo takim podejściem daleko nie zajdziemy. Jeśli chcemy zrealizować swoje marzenie, to musimy skupić się na sobie, na swoich możliwościach, na dniu dzisiejszym. Dzisiaj to nie przeszłość, ani przyszłość, tylko aktualna chwila i co z nią zrobimy, zależy od nas samych.
10 2016-02-22 23:01:21 Ostatnio edytowany przez zaklopotana123451 (2016-02-22 23:03:00)
Falemi najlepiej będzie, jeśli zdradzisz nam jakie są te Twoje marzenia. Powiem Ci, że często jest tak, że wydaje nam się jakaś sytuacja bardzo tragiczna, ale jeśli inaczej na nią spojrzymy, to przestaje być aż taka zła.
Ostatnią rzeczą, której bym chciała od kogokolwiek to litość. Tak samo jak nie oczekuję głaskania po główce i pleckach, jak dziecko, które płacze, bo nie może mieć nowej zabawki. Ja dorosłam już jako dziecko, choć dojrzewam dopiero teraz. Od małego walczyłam o wszystko co wiele dzieciaków dostaje ot tak po prostu i do niedawna jeszcze wiedziałam, że i w przypadku moich planów będę musiała dać z siebie wszystko. I o to właśnie chodziło, o wkład od siebie, o ciężką pracę, która za kilka lat dałaby efekt, bo wierzyłam w siebie jak jeszcze nigdy dotąd. Dziękuję Net-F@cet za wsparcie. Ja cały czas jestem w drodze ku odbiciu się od dna, terapia to ciężki kawałek chleba, ale jednocześnie niesamowita podróż ku sobie. Tym bardziej mocno odczuwam tę stratę...
Dziękuję Wielokropku za Twą cenną odpowiedź. Mam niemalże stuprocentową pewność, że to koniec, choć zostawiam sobie ten jeden procent dla siebie. Mimo iż wiem, że to wszystko staje się już nierealne, chciałabym jeszcze choć trochę wierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone i może kiedyś... Rozumiem więc, że najważniejsze to dać sobie przestrzeń do tego, aby te wszystkie najgorsze emocje przepłynęły przeze mnie? Czuję, że to będzie istna masakra, ale może tego mi trzeba... Naprawdę nie wiem na jakim etapie jestem w tym momencie... Na pewno nie zaprzeczam temu, co się dzieje, a jeden procent nadziei to chyba zbyt mało, aby bić się z myślami, że jeszcze wszystko może się zdarzyć. Myślę, że jestem na etapie gniewu, który czuję przede wszystkim wobec mojego ojca. Nie obwiniam go o utratę czegoś cennego, ale czuję złość, ponieważ spieprzył mi kawał życia i teraz zbieram tego żniwo, sama...
Czujesz gniew? Świetnie! Świetnie nie to, że przeżywasz trudne, nieprzyjemne uczucie, ale dlatego, że jesteś świadomą osobą i wiesz, co z Tobą się dzieje. To ważna umiejętność. Wracając do gniewu. Są dwie szkoły radzenia sobie z nim. Jedna - to wyrzucenie go z siebie, krzyczenie, wysiłek fizyczny (worek treningowy, szorowanie drewnianych - gdzie je znaleźć? - podłóg, trzepanie dywanów, bieg, szybkie pływanie, it.p.). Jego zwolennicy twierdzą, że uruchomienie złości, gniewu daje mnóstwo energii tak potrzebnej do potyczki z kolejnym wyzwaniem. Druga szkoła proponuje, by zmierzyć się z gniewem, stanąć z nim twarzą w twarz i... trwać, czekać. Efektem jest pogodzie się z tym, co niezależne od nas.
Która droga jest lepsza dla Ciebie? Znasz siebie, zdecyduj.
Bicie się z myślami jeszcze nikomu niczego dobrego nie dało.
Czasem zaś w takich wypadkach dochodzi nie do myślenia, a do wyobrażania sobie różnych czarnych wizji. Pozwól swym myślom płynąć, za bardzo się do nich nie przywiązuj.
Zakłopotana, nie skupiam się na przeszłości. Nie żyję tym, co wydarzyło się ileś lat temu. To, w jakiej rodzinie się wychowałam jest bez znaczenia, prawda, ale ojca nie zmienię, nie sprawię, że jego choroba przestanie wpływać na moje życie. To przez jego chorobę muszę wyprowadzić się z domu, zabrać psa i żyć jak każdy. Uwolnię się od niego, fakt, ale rachunek za to jest ogromny...
Moje marzenie... Chciałam iść na psychologię, a potem dalej kształcić się w szkołach psychoterapii, przerwałam zresztą moje wcześniejsze studia właśnie po to, by iść do pracy aby zarobić parę groszy, mogąc zapewnić sobie tym stabilniejszy start na nowej drodze. Wszystko szło zgodnie z planem, dopóki jedyną osoba na którą mogłam jeszcze liczyć, wyprowadziła się z domu. W tej sytuacji nie mogę zostawić mojego psa z ojcem. Nie mówię już o tym, że sama wiele znosiłam przyjeżdżając do starych kątów, terapia nauczyła mnie juz wiele i nawet jeśli było ciężko, to dawałam radę i szłam dalej przed siebie, ale psa nie mogę zostawić, bo kocham go jak dziecko, a ojciec potrafiłby go nawet zagłodzić...
Dziękuję Wielokropku raz jeszcze, dużą wartość niosą ze sobą Twoje odpowiedzi :-) patrząc na siebie w tej chwili jestem w stanie tylko zmierzyć się z tym uczuciem twarzą w twarz i dążyć do akceptacji. Cała ta sytuacja w jakiś sposób zabrała mi wiele sił, myślę, że jeszcze ten stan trochę potrwa... Ciężko jest wyłączyć głowę, to zresztą zawsze było moją pięta Achillesową. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Spotkalam w zyciu wielu ludzi I z moich obesrwacji ludzie po przejsciach, wlasnie z tych patologicznych rodzin sa bardzo wartosciowymi ludzmi. Ja w twoim wieku poszlam na studia, ale nie moglam ich skonczyc tez przez zyciowe problemy. Ale wrocilam po pewnym czasie, bylo ciezko, ale dalam rade i skonczylam. Jesli nie teraz, to za rok moze dwa dasz rade
16 2016-02-22 23:30:23 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-02-22 23:34:23)
Zaraz, zaraz. By być psychoterapeutą nie trzeba (przynajmniej do niedawna, ale sprawdź) skończyć psychologii. Ukończenie psychologii nie daje żadnej gwarancji podjęcia pracy, mimo zapotrzebowania rynek pracy jest ciasny; prowadzenie zaś własnej praktyki bez dodatkowych szkoleń - nie ma sensu. Bycie psychoterapeutą, sama wiesz doskonale, jest zajęciem odpowiedzialnym, wymaga sporej wiedzy zdobytej w ciągu kilkuletnich szkoleń, nota bene kosztownych.
Masz jasno sprecyzowane plany. Pomyśl, co masz zrobić, by je zrealizować (nie, nie teraz, ale kiedyś, w przyszłości).
Wirtualnie przytulam Cię. ![]()
17 2016-02-22 23:32:53 Ostatnio edytowany przez Falemi (2016-02-22 23:44:07)
Chciałabym wierzyć, że i mnie się uda. Nie bardzo jednak jestem w stanie znaleźć sposób, jakieś wyjście, dzięki któremu mogłabym odciąć się od tej całej patologii, zaopiekować się moim psem, a jednocześnie iść drogą, którą sama dla siebie wybrałam. Patrzę na to i zdaję sobie sprawę, że w grę wchodzi tylko wybór...
Wielokropku, psychologia faktycznie nie jest warunkiem koniecznym do tego, w jakiej specjalizacji chciałabym się realizować, to mogłaby być choćby resocjalizacja, lecz od szkoły podstawowej o tym marzyłam, o psychologii właśnie. Ale mniejsza już o kierunek, ponieważ w chwili obecnej studia, jakikolwiek, to dla mnie Mount Everest. A na pomoc rodziny ciężko będzie mi liczyć. I masz rację, same studia nie dają mi niczego, żadnej gwarancji na pracę, bo one do zawodu by mnie nie przygotowały. Ale jedna rzecz jest w nich bezcenna - tytuł magistra, który przynajmniej daje mi uprawnienia do tego, aby ubiegać się o miejsce w szkole psychoterapii. To jest punkt wyjściowy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, o czym mówisz, przyznaję Ci rację w pełni. Wiem jednocześnie, że jak tylko wygram walkę o samą siebie i swoje życie, to byłabym w stanie pomóc wielu ludziom. Nie wszystkim i nie bez wysiłku, ale ciężką pracą tak jak już wcześniej napisałam. Dziękuję za wsparcie :-)
Ojca nie zmienisz, ale bardzo możliwe jest, aby jego osoba nie wpływała na Twoje aktualne życie. Jeżeli mieszkasz w patologicznej rodzinie, to nawet i lepiej, że się w końcu uwolnisz z tego domu (pierwszy plus sytuacji). Masz pieska, którego mocno kochasz. To super, bo zwierzęta świetnie pomagają w trudnych chwilach, prawdziwi przyjaciele z nich. (drugi plus) Chciałabyś studiować psychologię. Jeśli jest to Twoje marzenie to świetnie, jesteś w stanie to osiągnąć. Tylko musisz się zastanowić na spokojnie jak to możesz zrobić. Nie musi być jedynej drogi danej sytuacji. Zdarza się tak, że wiele dróg może prowadzić do naszego marzenia. Musimy tylko umieć je dostrzegać.
Czy studia, które przerwałaś były też z psychologii, czy coś innego ?
Czy nie mogłabyś zamieszkać z osobą, która wyprowadziła się z domu?
Napisałaś, ze:
(...) Cała ta sytuacja w jakiś sposób zabrała mi wiele sił, myślę, że jeszcze ten stan trochę potrwa... (...)
Złość jest silnym uczuciem, do jej zahamowania potrzeba wiele energii. Nic wiec dziwnego, że teraz jesteś bezsilną.
Rozumiem, że sytuacja jest świeża. daj sobie czas, czasowi też.
Jak masz się odciąć od tej patologii? Nie zauważyłaś, że już się odcięłaś? Że myślisz inaczej?
Zakłopotana, jedyny plus tej sytuacji to właśnie ta "ucieczka" od ojca. Tylko to chyba jeszcze sprawia, że nie wpadłam w czarną dziurę...
Wcześniej studiowałam pracę socjalną, lecz bardziej się męczyłam na tych studiach, mimo niezłych wyników. Niestety nie mogę zamieszkać z tamtą osobą, musiałabym wyprowadzić się z miasta i rzucić pracę.
Wielokropku, wcześniej edytował swoją odpowiedź, aby nie pisać posta pod postem, tam są odpowiedzi na Twoje pytania :-) tak, masz rację, ja skupiłam się jedynie na kwestii fizycznej, namacalnej, bo cały czas jeszcze jestem w tym domu, lecz głową jestem już gdzieś indziej i to od bardzo dawna.
A co trzyma Cię w danym mieście oprócz pracy? Jeżeli byłaby możliwość zamieszkania z tamtą osobą (przynajmniej na jakiś czas) to mogłabyś wtedy studiować i dorabiać sobie w innej pracy, żeby odciążyć trochę tą osobę, z którą byś mieszkała. Ciężko mi coś więcej na ten temat doradzić, bo nie wiem, czy to jest jakaś Twoja bliska rodzina, czy ktoś zupełnie inny.
Ale jedno mogę Ci powiedzieć - szukaj sposobu!! Bo zawsze się jakiś znajdzie.
I jeszcze jedno: czasami żeby coś się zmieniło na lepsze, trzeba zaryzykować.
Tam, gdzie wyprowadziła się moja babcia, bo o niej mowa, nie sprowadzę mojego psa. Nie wspominając o tym, że mieszkałabym wtedy ledwie kilkaset metrów od domu rodzinnego, co dla mnie mija się z sensem. Co więcej w mojej miejscowości pracy nie ma, w mieście są dużo większe możliwości, ale to żadna nowość.
Czas odpocząć, zbyt wiele myśli w głowie, szukanie wyjścia z tej sytuacji w tej chwili to jak szukanie igły w stogu siana. Chciałabym wierzyć jednak, że gdzieś tampony tkwi i ja ją znajdę. Dobranoc.
Witam serdecznie. To mój pierwszy temat, choć forum czytam niemalże codziennie. Z tego względu, że jest tutaj wielu bardzo mądrych ludzi, postanowiłam i ja poprosić Was o pomoc... Znajduję się aktualnie w bardzo trudnej sytuacji, która zaczyna odbijać się na mnie jeszcze większym piętnem. O ile z wszelkimi problememami i zmartwieniami jakoś sobie dawałam radę, tak teraz czuję, że powoli się rozpadam od środka... Dziś dotarło do mnie, że nigdy nie będę mogła spełnić swoich marzeń. Wychowałam się w domu, w którym była patologia, oraz przemoc, niejednokrotnie dostałam w życiu po dupie, ale ucząc się siebie na terapii uświadomiłam sobie jak ogromny mam potencjał i że chcę spełnić swoje jeszcze dziecięce marzenia o studiach i przyszłej pracy. Przez ponad rok ta myśl dodawała mi skrzydeł i sił. Nawet wtedy, gdy było cholernie ciężko, wiedziałam w którym kierunku mam iść i do czego dążę. Teraz już tego nie ma... Dlatego też pytam Was moi Drodzy - jak pogodzić się z tym, że coś, czego pragnęliśmy najmocniej już przepadło? Jak uporać się i przejść przez tę żałobę? Jak normalnie pracować, rozmawiać, jeść? W jaki sposób na nowo odzyskać radość z samego życia, które zawsze będzie już miało w sobie ogromną lukę?... Jedyne o co jeszcze proszę, to aby nie pisać odpowiedzi w stylu "próbuj, walcz, nie poddawaj się", gdyż nie mam już nawet cienia nadziei, że kiedykolwiek będzie mi jeszcze dane pokierować swoim życiem tak, jak tego chciałam. W jakiś sposób się poddałam, choć dla mnie jest to po prostu przyjęcie rzeczywistości do świadomości...
Powinnaś trzymać się myśli.
W moim przypadku moje życie legło w gruzach w momencie kiedy usłyszałam jako dziecko bolesnych słów od człowieka który nosił pod sercem. Wtedy nie myślałam że to boli ale jestem już dorosłą kobietą teraz wiem jak boli. Ten człowiek nie jest dla mnie matką już. " Nie kocham cię i nie chcę takiej córki" odbija się i wraca. Wiem że alkohol nie uleczy rany tak wielkiej na całe życie. Tylko myślenie że trzeba uwolnić się poczucia winy i od człowieka który skazał mnie na cierpienia.
Nie mogę poddać się dlatego że ona nie ułatwia mi życia normalnego. Walcz o marzenia nie poddawaj się. One motywują. Trzymaj się ciepło
Falemi. Mam nadzieję że jakoś funkcjonujesz i czasem tu zaglądasz. Czy dałaś sobie prawo do współczucia i smutku? Twoje straty są wielkie i realne. Naprawdę możesz trochę popłakać nad sobą. Pośpiech nic nie pomoże. Teraz, kiedy zostawiłaś przemocowy dom masz czas dla siebie. Teraz ty jesteś priorytetem! Jestem pewien, że znajdziesz rozwiązanie. Zaufaj swoim uczuciom. To sygnały pokazujące czego potrzebujesz. Pozdrawiam.