Witajcie
czytam forum już jakiś czas, ale nigdy nie myślałam, że będę tu pisać z własnym problemem. Staram się je zwykle rozwiązywać sama, ale to przekracza moja możliwości. Może komuś patrzącemu "z boku" na sytuację łatwiej będzie to rozwikłać.
Jestem w związku, z bardzo fajnym facetem, niewiele starszym ode mnie (jeśli to w czymś pomoże, to nasz przedział wiekowy 25-30) - niedawno się zaręczyliśmy i zamieszkaliśmy razem - no i zaczęły się problemy.
Pierwszy to kwestia dziwnego zapominalstwa. Właściwie to takie zapominalstwo połączone z odkładaniem rzeczy na później. Tyczy się to np. zmycia naczyń po sobie/rozwieszenia prania/przelania mi swojej części opłat za czynsz/świadomości, że jak zje w nocy wszystko z lodówki to nie będę nic miała na śniadanie, etc. Ja wiem, że to duperele - i jeżeli wystarczająco długo się będę upominać to oczywiście to zrobi, ale martwi mnie, że ZAWSZE muszę mu powiedzieć co trzeba zrobić, bo sam właśnie "zapomina" albo nie zauważa.
Trochę wiem z czego to wynika (przed wprowadzką do mnie mieszkał z rodziną - mamą i siostrami, ale zapytany zarzekał się, że pomagał ze wszystkimi po równo), więc moje pytanie dotyczy - czy jest jakiś sposób żeby go nauczyć zajmowania się domem? To nie tak, że nie umie sprzątać - bo jak wreszcie się do tego zabierze to sprząta dobrze. Mamy w domu grafik - każdy po sobie na bieżąco + sprzątanie całego mieszkania co drugi tydzień (czyli raz ja, raz on). Najpierw w ogóle "nie zauważa", że jest jego kolejka. Potem, jak się mu przypomni to się naburmusza, odkłada to do ostatniego wieczoru w tygodniu (bo zmęczony, bo cośtam) i w końcu z cierpiętniczą miną zabiera się do pracy. I tak jest ze wszystkim. Chciałabym partnerskiego układu - choćby jak się pochoruję, to ktoś mnie zastąpi w komenderowaniu domem, a nie będę leżeć w głodzie i smrodzie aż nie wyzdrowieję. Teraz to mniejszy kaliber, ale jakby pojawiły się dzieci? I mnie irytuje to ciągłe przypominanie i jego też.
Drugi problem to ciągły brak czasu. Oboje pracujemy. Ja w pełnym etacie+kończę studia+mam dodatkową pracę w soboty. On rozkręca nowa firmę, co zajmuje sporo czasu. Oboje jesteśmy zajęci, nigdy nie byliśmy parą która każdą minutę spędza razem i to mi odpowiada, ale to co się dzieje ostatnio jest dziwne... Otóż nie widzimy się prawie wcale. A mieszkamy razem. Ja wychodzę ok.8 rano, on wychodzi albo ze mną albo śpi jeszcze parę godzin (wstaje z łóżka w ostatniej chwili, zawsze był tzw.'sową' podczas gdy ja jestem bardziej 'skowronkiem'). Wracam do domu ok. 18, w soboty o 19. I tu problem - on nie.
On wraca różnie - często po 21, albo później, jak już śpię. Nawet próbowałam kłaść się później, żeby go spotkać, ale często "mu się przedłuża w pracy" i zarywam pół nocy na darmo. A tu rano trzeba się zerwać.
W ciągu ostatnich 2 tygodniu kursy które prowadzi trwają do 15. To wiem na pewno. A co do reszty to zawsze ma wyjaśnienie - bo dodatkowy wieczorny kurs darmowy dla zapisanych, żeby przyciągnąć nowych chętnych, albo dostał dodatkowe zlecenie z zewnątrz i chce je zrobić. Czasem też spotyka się z babcią - "bo normalnie nie mam dla niej czasu, jest taka samotna". Rozumiem, przecież nie będę rywalizować z babcią - cieszę się, że jest dobrym wnuczkiem. Czasem jest tak styrany robotą, że potrzebuje odskoczni i wychodzi ze znajomymi na piwo (spoko, to też zawsze rozumiałam). Tylko w tym nawale zajęć jakby zapomina, że ja też jestem obok i też jestem taka samotna, jak ta jego nieszczęsna babcia. Po prostu brakuje godzin w tygodniu.
Znam doskonale specyfikę jego pracy (podobna branża) - na pewno część dałoby się wykonywać w domu, tylko mam wrażenie, że woli pracować poza domem (twierdzi, że w biurze ma zostawiony sprzęt i nie chce go nosić w tę i z powrotem).
Rozmowy na ten temat były. Właściwie jeśli pojawiała się jakaś kłótnia to z reguły chodziło o jeden z tych dwóch problemów. Poprawiało się na dzień/dwa/od święta, a potem wracało do normy. Ustalone były nawet dni "dla mnie". Tylko, że w jeden z nich pojawia się babcia, w drugi często pojawia się jakieś zlecenie, a trzeci to właściwie końcówka wieczoru niż dzień (tu trzeba przyznać, że ta końcówka wieczoru jest zawsze pilnowana).
No proszę Państwa - co robić? Coraz bardziej ciąży mi ten układ. Nie chcę zrywać, ciągle mówię sobie, że to za mały kaliber problemu i że histeryzuję, bo jak już jest ze mną to jest zazwyczaj czuły, mówi, że kocha (no z wzajemnością z mojej strony), mamy podobne poczucie humoru i generalnie lubię z nim spędzać czas i uważam, że jest super gościem. Mam wyrzuty sumienia że nagabuję go o zajmowanie się domem, jak jest taki zapracowany, ale... ja ani nie pracuję mniej(w sensie, pracuję dość szybko i jestem dobrze zorganizowana, on przez to swoje zapominalstwo podobne zadania bardziej rozciąga w czasie), ani nie zarabiam póki co mniej od niego - więc czemu miałabym jeszcze wokół niego sprzątać? I ciągle mam gdzieś z tyłu głowy, że gdyby mu NAPRAWDĘ zależało to część pracy przeniósłby do domu. Ja też czasem biorę pracę do domu - nawet pracowanie obok siebie by mnie jakoś urządzało, bo zawsze ktoś rzuci jakieś słowo, czy w ogóle w czasie przerwy można napić się razem herbaty. Wpadam w panikę, bo ŻADNE znaki na niebie i ziemi nie wskazują na to, że mnie nie kocha. Z resztą te całe zaręczyny to też wszystko z jego inicjatywy- bardzo mnie zaskoczył. Więc jak to? Kocha ale nie chce spędzać ze mną czasu? Czy po prostu nie ogarnia nadmiaru obowiązków? Czy mogę coś na to poradzić? Pomóżcie!