WItam, pewne wątpliwości miałem czy dobry dział-wszak wątek nie ma dotyczyć jakiś osobistych doświadczeń, ale widzę dość podobną tematykę (o prostytutkach) w tym dziale.
Ostatnio oglądałem film o historii Lindy Lovece:
http://www.filmweb.pl/film/Kr%C3%B3lowa+XXX-2013-228145
I naszła mnie refleksja którą ciężko mi rozwiązać.
Nie pierwszy raz zresztą. Już wcześniej ją miałem.
Tzn. się zastanawiam się jak wygląda porno biznes od wewnątrz, i jak on oddziałowuje na pracowników, szczególnie na aktorki porno, ale na aktorów także.
Widziałem też relacje kilku innych byłych aktorek porno m.in., Jenna Persley, Shelley Lubben, Jessie Rogers itp. itd. Wstrząsające.
NIe mniej są też opinie nie tak jednoznaczne.
Tu są cytaty Jenny Jemson:
https://www.shelleylubben.com/jenna-jam … orn-quotes
Nie mniej ona sama broni porno biznesu-wyczytałem że miała debate na Oxfordzie, bezapelacyjnie wygraną przeciwko anty porno aktywistom.
Znalazłem też taki artykuł:
http://facetpo40.pl/artykul-drukuj/610/
w którym są różne opinie.
I takie dane:
http://republikakobiet.pl/seks/co-czuja-aktorki-porno/
Może z tego wynikać również że część aktorek to chorobliwe wręcz nimfomanki którym praca sprawia przyjemność.
Dochodzą oczywiście choroby weneryczne, alkocholizm, narkotyki itp. ale co do tych interesują mnie o tyle o ile one wynikają z pracy aktorek, a nie jakiś ich prywatnych przeżyć.
Zastanawiam się krótko mówiąc czy z punktu widzenia aktorek porno ten biznes jest z definicji szkodliwy, czy też odpowiednio "zreformowany" jest ok.
Póki co ciężko mi sobie wyobrazić aby praca w której kobieta jest traktowana jak rzecz, w której często dzieją się jakieś sceny hard (ale z puntku widzenia przyjemności dla faceta), w rodzaju krzuszenia się itp. mogła być dla jakieś kobiety autentyczną przyjemnością.
