Hej,
piszę post w tym miejscu, ponieważ wydaje mi się ono jak najbardziej adekwatne- mimo, że też dotyczy mojej pracy zawodowej.
Jestem w miejscu, w którym chciałabym zmienić dotychczasowy 'zawód', nakierowanie. Studiuję architekturę- obecnie 1 semestr stopnia magisterskiego. Bardzo angażuję się w to co robię- czasem nawet chorobliwie. Na studiach dostałam nauczkę jednak aby się tak nie angażować, ponieważ i tak skończę z tą samą oceną lub doświadczeniem co moi inni koledzy, którzy często imprezowali, nie chodzili na zajęcia.
Od lipca, od momentu kiedy się obroniłam w moim życiu zaszły pewne zmiany. I towarzyskie i zawodowe. Postanowiłam ukierunkować się na dekorację wnętrz, architekturę wnętrz w teatrze i/lub w filmie. Jednak jest to droga przez mękę, ponieważ na początku należy wyrobić sobie opinię jako asystent, praktykant w teatrach lub przy studenckich etiudach. Myślałam,że ten biznes inaczej wygląda- rzuciłam się na głęboką wodę- ale z tego co słyszałam do tej pory dawałam radę i ludzie byli zadowoleni.
Do czasu.
Od kilku miesięcy jestem asystentką przy kręceniu jednej, długiej etiudy studenckiej. Wykonuję swoją 'pracę' ( tak, płacą mi, ale mało) w sposób jaki tylko w danym momencie mogę. Chcę/chciałam pogodzić to wszystko z uczelnią. Jest trudno. Nie dostaję za to dużych pieniędzy więc zgłosiłam się do innej etiudy- już nie jako asystentka.
Okazało się, że w tym pierwszej etiudzie jak i w drugiej etiudzie nie dawałam rady. Moja przełożona z pierwszego filmu zostawiała mnie samą na planie od 4:00 do 16 :00 lub 3:00 do 15:00 . Wiem, że ten biznes polega na pewnym 'upadlaniu siebie' , że najważniejszy jest reżyser, operator. Inni są dodatkiem. Ale czasem ja jako jeszcze bardzo niedoświadczona dziewczyna w tej branży mogę popełniać błędy. Okazało się, że nie mogę np chodzić do toalety bo powinnam stać przy podglądzie, nie mogę opuszczać studia jak jestem sama z mojego pionu, bo nikt inny nie przypilnowałby aktorów.
Okazało się, że jako asystentka mam bardzo mało do gadania, ponieważ i tak jestem na najniższym szczeblu w hierarchii i nie mam nic do gadania. Każdy błąd nawet mojej szefowej i tak jest na mnie.
Miałam już z moim pionem rozmowę z naszymi 'wyższymi' szefami, okazało się że byli wyrozumiali dla nas , ale w miarę stanowczy. Ja nie uważam, że popełniam jakieś karygodne błędy- nie lubię tylko nierespektowania czasu innych osób. NIKT stąd nie studiuje ( oprócz asystentów) a na początku była mowa o pogodzeniu studiów z etiudą- co w moim przypadku , obecnie jest nie do zrobienia. Mam pełno zaległości itp. A kiedy nie ma mnie na planie, czuję, że ktoś mnie ocenia, że nie mogę robić tego co chcę - skończyć semestr na studiach.
Wzięłam drugą etiudę w między czasie, ponieważ bardzo podobał mi się tytuł i scenariusz. Okazało się, że mimo moich wyjaśnień że jestem studentką i tak samo mam inne życie, plany - powinnam być dostępna w 100% , 24h/7. Nawet w weekendy. Okazało się, że np ich nie obchodzi to kiedy mam czas na wykonanie danej czynności, ma być zrobiona na czas i już.
Znowu miałam rozmowę z ludźmi wyżej postawionymi, okazało się , że wątpią w moje kompetencje i że uważają, że jestem zablokowana. Uważają że nie daję z siebie 100 % w żadnej z dziedzin.
I teraz się zastanawiam czy po takich 2 rozmowach w jednym tygodniu mam jeszcze siłę ( psychicznie) na wykonywanie tego 'zawodu' w przyszłości. Bo widzę, że tylko najtwardsi mają szansę przetrwać a ja już na początku swojej drogi mam problemy, ludzie sie na mnie wkurzają mimo, że naprawdę nie chcę nic robić źle. Mówią mi, że jestem niepewna, że powinnam inaczej podchodzić do spraw.
A ja uważam,że nadal się uczę i dopiero z doświadczeniem nabiorę wprawy i pewności siebie.
Kto tu ma rację?
Pamiętam że na początku moich studiów byłam tak samo niepewna siebie, teraz po kilku latach potrafię dojść do klienta , porozmawiać z nim i zaproponować rozwiązanie danego problemu.
Myślicie, że mam się załamywać? Wcześniej nikt obcy nie miał do mnie wielkich pretensji. Zwykle przewijałam się w gronie ludzi w moim wieku, osób odrobinę młodszych, starszych, rodziny. Nigdy nie miałam jakby kontaktu z ludźmi w 'różnym wieku' z zewnątrz. Co może też być przyczyną moich obecnych kłopotów.
Nie wiem jak mam reagować kiedy ktoś mówi mi, że widzi , że się staram ale też widzi, że nie daję z siebie 100% , bo wg niego jestem zablokowana. ( i ta osoba ma w 90% rację, bo ja tak czuję się od roku, dwóch) . Nie wiem z czego to wynika, nie wiem co powinno się stać w moim życiu abym się otworzyła ( znowu).
Mam z tym problem i nie wiem czy udać się do psychologa czy jakoś sama starać się sobie pomóc?
Obecnie jeszcze mam na głowie kłopoty rodzinne ( mieszkam z rodzicami) i jakoś ogólnie widzę negatywnie od 2-4 miesięcy. Naprawdę nie wiem co musi się stać abym znowu była zadowolona. Czuję, że zapadam się w czarnej dziurze i że wszystko czego się załapię będzie źle zrobione.
Czy ktoś mógłby dać mi jakąś radę?
Pozdrawiam.
K