Chciałam się podzielić taką trochę dziwną sytuacją jaka nie spotkała. Można uznać to za dziwny zbieg okoliczności, przypadek, albo jak kto woli, wiadomość, coś "zesłanego z góry". W każdym razie, taka sytuacja jaka mnie zastała bardzo mnie zdziwiła, wprawiła nieco w zakłopotanie i takie uczucie "WTF? ktoś mi czyta w myślach, czy co?"
Otóż byłam parę dni po rozstaniu. (czas przed wakacjami) Był płacz, lament, histeria, długie rozmowy i żalenie się. Byłam z przyjaciółką w parku i oczywiście lamentowałam o tym, że "nie ma miłości", że teraz każdy myśli o sobie, no wiecie, takie pierdzielenie w chwili załamania po złamanym serduszku. Nawet były takie hipotetyczne scenariusze tworzone, że może trzeba zmienić swoje nastawienie, dupczyć tak jak faceci na lewo i prawo, nie przejmować się i wyłączyć emocje. Tak wiem, to głupie pierdzielenie było, no ale proszę być wyrozumiałym
No i wtedy pojawia się koleś, na oko 32 lata, taki zniszczony, recydywista można powiedzieć, wstawiony trochę, no i zaczepia nas pytaniem, czy słuchamy zespołu Muse. Tak się złożyło, że dzień wcześniej byłam na ich koncercie, więc pomimo, że trochę od tego pana śmierdziało, to coś tam z nim pogadałam, dałam mu nawet opaskę koncertową na pamiątkę, bo okazał się niezłym freakiem na ich punkcie. No i tak mówi, ze ma ostatnie pytanie do nas, czy mamy papierosy, no to pana odprawiłyśmy z kwitkiem, bo nie palimy. Zbiera się żeby już sobie pójść i nagle wylatuje z tekstem "dziewczyny, jesteście takie fajne, miłe, ładne, powiedzcie mi, czy wierzycie w miłość?". ja - oczy jak pięć złoty, on dalej ciągnie swój wywód. Mówi o tym, że trzeba się szanować, że nie wolno rozpaczać za facetami, bo na pewno spotkamy kogoś, kto nas doceni. Żebyśmy się nie "puszczały", bo stracimy same do siebie szacunek, że musimy WIERZYĆ W MIŁOŚĆ i żeby nie tkwić w związkach, które nie dają nam szczęścia no i żeby nie rozpaczać, bo na każdego przyjdzie pora.
Ja nie wiem czy to był jakiś "znak", czy przypadek, głupie zrządzenie losu, ale mówię wam. Zamurowało mnie, bo jeszcze z 15 minut przed tym jego monologiem rozpaczałam za facetem, który mnie zostawił (ale z którym się nie układało i nie miało to żadnych szans na powodzenie). Popadałam w wątpliwości na temat tego wszystkiego o czym ten koleś mówił, a mówił bardzo z sensem, tak od serca. Podawał nam przykłady ze swojego życia. Ogólnie tak jak nie wierzę w żadne siły boskie, to wtedy, jakby jakiś anioł normalnie z nieba mi spadł w postaci podejrzanego typka, śmierdzącego wódą, zaczynającego rozmowę o czymś do mnie powiedzmy dotyczyło bezpośrednio (ten koncert o który pytał, czy któraś z nas była), czyli tak jakby nawiązując żebym słuchała co on ma mi do powiedzenia. Szok, zaskoczenie, wtedy to oczy mi się zeszkliły, z przyjaciółką patrzyłyśmy i słuchałyśmy z niedowierzaniem. Potem analizowałyśmy, czy była szansa żeby słyszał to co mówiłyśmy wcześniej, no ale nie było takiej opcji...
Ot, taka moja cool story, ku pokrzepieniu serc. Tak ja mawia Pan Recydywista od Muse "trzeba wierzyć w miłość!"