Hej dziewcznyny
Jestem z chlopakiem od 2 lat, od roku wlasciwie u niego mieszkam (jestesmy studentami, ja wynajmuje pokoj w akademiku, on mieszkanie), ale nadal oplacam tamten pokoj.
4 miesiace temu wynajelam moj pokoj i teraz place rachunki na spole za mieszkanie chlopaka. Teraz ta osoba sie wyprowadza i ja musze zdecydowac, czy mam wrocic do akademika czy sie do niego calkowicie wprowadzic.
Jesli wroce do akademika, to bedzie to oznaczalo zerwanie (sam tak powiedzial). Jesli sie do niego wprowadze, to strace te opcje, gdzie moge sie zawsze wyniesc do akademika, jesli sie poklocimy.. Boje sie, ze gdy z nim zamieszkam i nagle zerwiemy, to nie bede miala sie gdzie podziac.
Z drugiej strony zamieszkanie z nim niesie ze soba wiele zalet, bo jego mieszkanie jest o wiele wieksze od mojego pokoju, ma dobra lokalizacje, place mniej za rachunki i zawsze przyjemniej, jesli nie jest sie calkiem samym..
To wyglada na taka zimna kalkulacje, powiecie pewnie.. Moze nie robilabym sobie az tylu mysli na ten temat, gdybym byla pewna, co do niego czuje.. Ale nie wiem. Wiem, ze on mnie kocha (chociaz przed chwila mielismy sprzeczke i powiedzial, ze nie jest szczesliwy, bo wg. niego on daje z siebie wiecej niz ja, z czym ja sie nie zgadzam) i bardzo mi pomaga, rowniez w nauce (on ma 27 ja 22 lata)..
Podczas tych 2 lat chyba nigdy nie poczulam "motylkow", nie bylam w nim jakos szalenie zakochana i myslala o nim dniami i nocami.. To bylo raczej takie spokojne przejscie z przyjazni (?) (zanim zostalismy para umawialismy sie przez ok. 3 miesiace) do spedzania ze soba wlasciwie calego czasu. Przy nim czuje sie bezpiecznie, (zanim go poznalam bylam nieco samotna, poczatek studiow w odleglym miescie, choroba w rodzinie itp.), w jego mieszkaniu czuje sie wlasciwie jak w domu.. Ale nie ma chemii.
Od dlugiego czasu nie mam ochoty na wieksza bliskosc czy na calowanie.. Troche tesknie za tymi "porywami", ktore towarzyszyly mi przy pierwszym chlopaku, kiedy mialam 17 lat.. Teraz jest troche jak w malzenstwie z 20-letnim stazem.