Z moim byłym chłopakiem kochaliśmy się niemalże 7 dni w tygodniu. Czasami nawet dwa razy dziennie. Jako pdosumowanie naszego związku, świetnie pasowało stwierdzenie "nic nam tak dobrze nie wychodziło, jak seks". Nawet po zakończeniu związku, spotykaliśmy się tylko z tego powodu (proszę nie oceniać, oboje tego chcieliśmy i byliśmy dorośli. Nikt nikomu nic nie obiecywał). Wariowaliśmy, zmienialismy pozycje, było gorąco.
Ze swoim narzeczonym jestem 3 lata. W pierwszym roku, kiedy namiętność jest największa, on miał poblem z erekcją. Przez rok walczyliśmy, odwiedziliśmy masę lekarzy, było wiele nerwów, płaczu i stresu. Po roku się ustabilizowało, ale ten rok ja również odchorowałam. Mój organizm nie był przywyczajony do braku seksu...był płacz, były krzyki, były ciche dni..była masturbacja kilka razy dziennie. Był żal, rozpacz, wszystko. Nawet widziałam jakieś początki ataków paniki itp.
Teraz, po 2 latach jest źle. Od miesiąca jest tragicznie. O ile mój partner chce (jeśli raz w tygodniu można nazwać chceniem), to ja już w ogóle. 3 lata ta sama pozycja. TA SAMA. Moje prośby o wiązanie, o dominację nic nie dały.
Nawet sie teraz nie masturvbuje. Obawiam się, zę ten temat mógłby dla mnie nie istnieć. Zapisałam się na fitness, myślę o nowych gadżetach, wystroju, chcę zapisać się na wolontariat. Wydaję mi się, ze zaczęłam działać gdzie indziej.
I nie wiem co dalej? Czy to ze mną coś jest nie tak? Czy namiętność minęła?
Nie biorę żadnych tabsów anty, biorę Concor na tachykardię, ale on ponoć na hormony nie działa.
Jakieś spojrzenia na mężczyzn nic mi nie dadzą, bo u mnie chęć pojawia się dopiero po bliżsZym poznaniu.
Czy któraś z Was tak miała? Z góry dzięki za pomoc.
W czerwcu mamy ślub, rodzina naciska na rozsyłanie zaproszeń, skracanie sukni a ja...nie wiem co mam robić.
Ps. Kareninka tak bardzo Cię rozumiem!