Tracę męża. Być może już go straciłam. Właśnie wtedy, kiedy postanowiłam, że będę walczyć o to, żeby było lepiej. On już nie wytrzymał i podjął decyzję za nas dwoje. Kupił wino i oświadczył, że trzeba się rozstać na zawsze.
Byliśmy ze sobą 10 lat, od liceum. Zawsze i wszędzie. Potem studia, po studiach ślub i wspólne życie do teraz.
Wiem, że nie jestem łatwą osobą. I mocno się przyczyniłam do rozpadu tego związku. Po ślubie mąż przekonał mnie, że musimy zamieszkać u moich rodziców, bo mamy duży dom, a nie stać nas na budowę czy kupno własnego. Nie chciałam tego. Przerażało mnie takie życie - z mamą, której jedynym istotnym tematem jest promocja na mięso, z ojcem, który coraz więcej pije i ma pretensje do wszystkich o wszystko... Odcięcie się od miasta, znajomych. Dla mnie wiązało się to jednoznacznie z końcem życia, odcięciem od możliwości rozwoju. Ale zgodziłam się, bo uznałam to za racjonalne wyjście.
Ale rutyna mnie dopadła. Mąż długi czas pracował w delegacji, ja zostawałam w domu sama zdana na kilkudzienne wizyty mamy - "wyprałabyś firanki", "zmieniłabyś pościel", "zrobiłam Ci kotleta, zjedz, bo taki dobry", "zrobiłabyś pranie"... Ja pracuję sezonowo i weekendy, ale finansowo stać było mnie, żeby nie musieć pracować w tygodniu. Tym bardziej, że mieszkając na wsi nie mam perpektyw znalezienia tu dobrej pracy. Gdy mąż wracał w weekend, ja jechałam do pracy. Mijaliśmy się non stop.
Nasze relacje się psuły. Ja wiecznie sfrustrowana swoją sytuacją, on z pretensjami i brakiem zrozumienia - że tak naprawdę nic mi się nie dzieje...
Zaczęło mi mocno brakować tego, co straciłam. Więc gdy miałam tylko okazję wyjechać, spotkać się ze znajomymi, korzystałam z tego. On zazdrosny, że wolę spędzać czas z innymi, miał o wszystko pretensje. Więc niezrozumienie się pogłębiało jeszcze bardziej. Podświadomie obwiniałam go o to, że skazał mnie na taki los. Że chciał, żebyśmy wrócili do domu, a potem mnie w nim zostawił i nie rozumiał mojej potrzeby oddechu od tego wszystkiego. Ja miałam mu za złe, że chce mnie przykłuć do domu, do roli kobiety, która czeka na niego grzecznie w domu. W domu, który mnie dusił.
Byłam załamana. Dniami leżałam w łózku pijąc i faszerując się tabletkami. Byleby tylko spać. Nienawidziłam siebie, swoje życie, to jak złym człowiekiem jestem... jak bardzo chcę, żeby mój mąż chciał spojrzeć na wszystko też z mojej persektywy. Bo nie ma dla mnie takiej opcji i nigdy nie było, żeby go opuścić...
Byłam w depresji. Długo. W końcu doszło do tego, że mąż poprosił, żebym mu w końcu powiedziała wszystko o co chodzi. Powiedziałam mu.
Że nie chcę tak żyć, że on widzi wszystko inaczej, że mnie nie rozumie. Że jego zadawala to, co jest, a mnie nie. I że nie wiem czy jesteśmy ze sobą z miłości, czy z przyzwyczajenia. Że brakuje mi tego, czego nie doświadczyłam będąc z nim przez te wszystkie lata - spotkania z ludźmi, własne decyzje, samodzielność.
On powiedział, że mnie kocha ponad życie i jestem dla niego najważniejsza.
Postanowiłam się postarać. Żeby nikt nie cierpiał - ani ja, ani on. Że postawię na ten związek i choćby jak długo mi to zajęło, wyjdę z tego i razem jakoś to sobie ułożymy.
Tylko, że to trwało już byt długo. Starałam się za mało. Nie potrafiłam mu powiedzieć, że go kocham, nie chciałam, żeby mnie przytulał, przed oczami miałam jego pretensje, że znów gdzieś wyjeżdżam, że siedzę nocami przy komputerze zamiast położyć się z nim do łóżka. O sprawach łóżkowych już nie mówiąc - tu nie działo się praktycznie nic, bo albo miałam infekcje (niestety borykam się z nimi od kilku lat), albo po prostu byłam zmęczona i nie umiałam się przemóc, żeby to pokonać i się zbliżyć, albo świadomie tego nie chciałam, bo miałam wdrukowany w sobie do niego żal i chłód...
W końcu w zeszłym tygodniu powiedział, że długo myślał nad wszystkim. Że nie chce być ofiarą moich zmiennych humorów, nastrojów, depresji. Przestawił myślenie z 'my' na 'ja' i nie chce tego zmieniać. Chce być wolny ode mnie. I że to nie moja wina, ani jego. Po prostu mamy inne priorytety i ze sobą nie współgramy i nigdy nie będziemy, więc każde starania będą bezsensowne. Ja będę się starać, żeby zadowolić jego i będę z tym nieszczęśliwa, a on tego nie chce. I że jestem egoistką, bo chcę go trzymać przy sobie.
Wiem, że to na pewien sposób racjonalne. Ale w najgorszym swoim czasie nie brałam pod uwagę opcji, żeby go opuścić. Wiedziałam, że potrzeba zmian już dawno, ale nie wiedziałam jak mu to przekazać, bo on wszystko widzi jednoznacznie - skoro jest Ci tak źle ze mną, to po co jesteśmy razem. Tak by się to skończyło. Więc chciałam wyjść z tego sama i zacząć od siebie. Ale już się stało.
Płaczę już któryś dzień, nie mam sił, żeby wstać z łóżka. On to wszystko widzi i nic na niego nie działa, jest niewzruszony... Nie chce nawet brać pod uwagę tego, żeby coś zmienić, ale ze mną... Nie chcę się wiązać z nikim innym. Wiem, że zawiniłam będąc taką osobą, jaką jestem. Ale po prostu nie mogę uwierzyć w to, że nie mogę dostać żadnej szansy, ŻADNEJ!
Zaproponowałam mu separację i czas na przemyślenie. Chcę zaproponować mu wizyty u jakiegoś specjalisty od problemów małżeńskich, ale nie wiem czy się na to zgodzi. On ma raczej dość pragmatyczne podejście do takich spraw. Woli sam wszystko rozwiązywać, nikomu się nie zwierzać z niczego... Obiecał, że przemyśli separację, ale powiedział, że nie chce mnie okłamywać, że wróci, bo wie, że będzie mu lepiej beze mnie.
Nie chcę błagać, nie chcę płakać jak opętana, nie chcę prosić jego rodziców, czy znajomych o pomoc... ale nie wiem co mam zrobić... naprawdę nie chcę, żeby odchodził. Tak - ja - egoistka. Chcę postarać się, żeby było nam lepiej. Na to postawiłam, nie odeszłam od niego wcześniej i nie chcę, żeby on zostawił teraz mnie... Co mam robić..?