netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

36 odpowiedzi8 071 wyświetleńzałożony przez unhappy_m, 19.11.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 37 ]

1 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-19 17:22:16)

Temat: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Tracę męża. Być może już go straciłam. Właśnie wtedy, kiedy postanowiłam, że będę walczyć o to, żeby było lepiej. On już nie wytrzymał i podjął decyzję za nas dwoje. Kupił wino i oświadczył, że trzeba się rozstać na zawsze.

Byliśmy ze sobą 10 lat, od liceum. Zawsze i wszędzie. Potem studia, po studiach ślub i wspólne życie do teraz.

Wiem, że nie jestem łatwą osobą. I mocno się przyczyniłam do rozpadu tego związku. Po ślubie mąż przekonał mnie, że musimy zamieszkać u moich rodziców, bo mamy duży dom, a nie stać nas na budowę czy kupno własnego. Nie chciałam tego. Przerażało mnie takie życie - z mamą, której jedynym istotnym tematem jest promocja na mięso, z ojcem, który coraz więcej pije i ma pretensje do wszystkich o wszystko... Odcięcie się od miasta, znajomych. Dla mnie wiązało się to jednoznacznie z końcem życia, odcięciem od możliwości rozwoju. Ale zgodziłam się, bo uznałam to za racjonalne wyjście.

Ale rutyna mnie dopadła. Mąż długi czas pracował w delegacji, ja zostawałam w domu sama zdana na kilkudzienne wizyty mamy - "wyprałabyś firanki", "zmieniłabyś pościel", "zrobiłam Ci kotleta, zjedz, bo taki dobry", "zrobiłabyś pranie"... Ja pracuję sezonowo i weekendy, ale finansowo stać było mnie, żeby nie musieć pracować w tygodniu. Tym bardziej, że mieszkając na wsi nie mam perpektyw znalezienia tu dobrej pracy. Gdy mąż wracał w weekend, ja jechałam do pracy. Mijaliśmy się non stop.

Nasze relacje się psuły. Ja wiecznie sfrustrowana swoją sytuacją, on z pretensjami i brakiem zrozumienia - że tak naprawdę nic mi się nie dzieje...
Zaczęło mi mocno brakować tego, co straciłam. Więc gdy miałam tylko okazję wyjechać, spotkać się ze znajomymi, korzystałam z tego. On zazdrosny, że wolę spędzać czas z innymi, miał o wszystko pretensje. Więc niezrozumienie się pogłębiało jeszcze bardziej. Podświadomie obwiniałam go o to, że skazał mnie na taki los. Że chciał, żebyśmy wrócili do domu, a potem mnie w nim zostawił i nie rozumiał mojej potrzeby oddechu od tego wszystkiego. Ja miałam mu za złe, że chce mnie przykłuć do domu, do roli kobiety, która czeka na niego grzecznie w domu. W domu, który mnie dusił.

Byłam załamana. Dniami leżałam w łózku pijąc i faszerując się tabletkami. Byleby tylko spać. Nienawidziłam siebie, swoje życie, to jak złym człowiekiem jestem... jak bardzo chcę, żeby mój mąż chciał spojrzeć na wszystko też z mojej persektywy. Bo nie ma dla mnie takiej opcji i nigdy nie było, żeby go opuścić...

Byłam w depresji. Długo. W końcu doszło do tego, że mąż poprosił, żebym mu w końcu powiedziała wszystko o co chodzi. Powiedziałam mu.

Że nie chcę tak żyć, że on widzi wszystko inaczej, że mnie nie rozumie. Że jego zadawala to, co jest, a mnie nie. I że nie wiem czy jesteśmy ze sobą z miłości, czy z przyzwyczajenia. Że brakuje mi tego, czego nie doświadczyłam będąc z nim przez te wszystkie lata - spotkania z ludźmi, własne decyzje, samodzielność.
On powiedział, że mnie kocha ponad życie i jestem dla niego najważniejsza.

Postanowiłam się postarać. Żeby nikt nie cierpiał - ani ja, ani on. Że postawię na ten związek i choćby jak długo mi to zajęło, wyjdę z tego i razem jakoś to sobie ułożymy.

Tylko, że to trwało już byt długo. Starałam się za mało. Nie potrafiłam mu powiedzieć, że go kocham, nie chciałam, żeby mnie przytulał, przed oczami miałam jego pretensje, że znów gdzieś wyjeżdżam, że siedzę nocami przy komputerze zamiast położyć się z nim do łóżka. O sprawach łóżkowych już nie mówiąc - tu nie działo się praktycznie nic, bo albo miałam infekcje (niestety borykam się z nimi od kilku lat), albo po prostu byłam zmęczona i nie umiałam się przemóc, żeby to pokonać i się zbliżyć, albo świadomie tego nie chciałam, bo miałam wdrukowany w sobie do niego żal i chłód...

W końcu w zeszłym tygodniu powiedział, że długo myślał nad wszystkim. Że nie chce być ofiarą moich zmiennych humorów, nastrojów, depresji. Przestawił myślenie z 'my' na 'ja' i nie chce tego zmieniać. Chce być wolny ode mnie. I że to nie moja wina, ani jego. Po prostu mamy inne priorytety i ze sobą nie współgramy i nigdy nie będziemy, więc każde starania będą bezsensowne. Ja będę się starać, żeby zadowolić jego i będę z tym nieszczęśliwa, a on tego nie chce. I że jestem egoistką, bo chcę go trzymać przy sobie.

Wiem, że to na pewien sposób racjonalne. Ale w najgorszym swoim czasie nie brałam pod uwagę opcji, żeby go opuścić. Wiedziałam, że potrzeba zmian już dawno, ale nie wiedziałam jak mu to przekazać, bo on wszystko widzi jednoznacznie - skoro jest Ci tak źle ze mną, to po co jesteśmy razem. Tak by się to skończyło. Więc chciałam wyjść z tego sama i zacząć od siebie. Ale już się stało.

Płaczę już któryś dzień, nie mam sił, żeby wstać z łóżka. On to wszystko widzi i nic na niego nie działa, jest niewzruszony... Nie chce nawet brać pod uwagę tego, żeby coś zmienić, ale ze mną... Nie chcę się wiązać z nikim innym. Wiem, że zawiniłam będąc taką osobą, jaką jestem. Ale po prostu nie mogę uwierzyć w to, że nie mogę dostać żadnej szansy, ŻADNEJ!

Zaproponowałam mu separację i czas na przemyślenie. Chcę zaproponować mu wizyty u jakiegoś specjalisty od problemów małżeńskich, ale nie wiem czy się na to zgodzi. On ma raczej dość pragmatyczne podejście do takich spraw. Woli sam wszystko rozwiązywać, nikomu się nie zwierzać z niczego... Obiecał, że przemyśli separację, ale powiedział, że nie chce mnie okłamywać, że wróci, bo wie, że będzie mu lepiej beze mnie.

Nie chcę błagać, nie chcę płakać jak opętana, nie chcę prosić jego rodziców, czy znajomych o pomoc... ale nie wiem co mam zrobić... naprawdę nie chcę, żeby odchodził. Tak - ja - egoistka. Chcę postarać się, żeby było nam lepiej. Na to postawiłam, nie odeszłam od niego wcześniej i nie chcę, żeby on zostawił teraz mnie... Co mam robić..?

2

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Droga unhappy_m, jedno co ci mogę powiedzieć. Nie jesteś egoistką... Napisz nam tu jak wy oboje się po tej przeprowadzce o siebie staraliście. Czy mąż z tobą rozmawiał, podsuwał rozwiązania problemów, chociażby ten mieszkaniowy, co on robił ja cię widział w takim stanie? Jak spędzaliście czas wolny, jakie mieliście plany na dalszą przyszłość?

3 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-19 18:07:18)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Starał się, a ja to odrzucałam. Po rozmowie stwierdził, że powinniśmy się wynieść z domu. I chwilowo był taki plan. Ale z niego zrezygnowaliśmy. Bo ja nie chciałam zostawić rodziców samych sobie (są emerytami), ani brać kredytu na kilkadziesiąt lat. Bałam się, że sobie nie wybaczę tego, że zostawiam rodziców samych, na starość. Że gardzę tym, co mam. Mama, gdy usłyszała, że planujemy wyprowadzkę, była wręcz zdruzgotana, że nikt się nimi nie zajmie, że sobie sama nie poradzi z ojcem. Poza tym mąż nie pracuje w zawodzie, pracuje na budowie już długo, a ja nie chciałam podejmować takiego obciążenia finansowego - widziałam jak znajomi z 30-letnimi kredytami żyją tym zmartwieniem i nie chciałam podzielaćć ich losu. W końcu jakby na to nie patrzeć był dom i potrzebujący opieki rodzice... To jedno. A drugie, że w przypływach najgorszych myśli, twkiłam w przekonaniu, że koniec końców ze sobą skończę. Wiem jak to brzmi żałośnie. Ale innego wyjścia nie widziałam - żeby w dalszym ciągu nie rozczarowywać swoim życiem rodziców, męża, nikogo...

Od tej jednej rozmowy tematu nie poruszaliśmy. Po prostu żyliśmy dalej. Raz ze mną bywało lepiej, raz gorzej. Od jakiegoś czasu naprawdę zaczęłam się widoczniej starać. Pocałowałam go, przytuliłam, żartowałam z nim, wykazywałam większe zainteresowanie. Wiem, że to mogły być dla niego ochłapy. Na więcej nie było mnie stać. Tak bardzo zatraciłam się z swoim smutku i żałością nad samą sobą i tym, że niczego nie jestem w stanie zmienić w życiu. Ale naprawdę chciałam mu to wynagrodzić. Nie zawsze mi to wychodziło.
Nasze życie polegało głównie na tym, że przychodził z pracy, siedzieliśmy przez komputerami... on się kładł, ja długo po nim, bo zajmowałam się swoimi sprawami... Czasem chciałam, żebyśmy coś obejrzeli, ale nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia co... Z czasem stało się tak, że nawet jak już coś wybraliśmy, to on i tak robił swoje i oglądałam film sama.

Ostatni tydzień był nadzwyczajnie udany. On uśmiechnięty, przychodził z pracy, ja mu gotowałam obiad. Sam zmywał naczynia, robił wszystko o co go poprosiłam. Myślałam, że chce coś zmienić też, żeby było lepiej. Wcześniej nic go nie interesowało. Nie jest typem kanapowca, ale musiałam go zawsze prosić już nawet po złości, żeby coś zrobił, a i tak unikał domowych obowiązków jak ognia - 'bo przecież w nim praktycznie nie bywa'... No i okazało się, że to była tylko mrzonka - 'chciał mieć tylko święty spokój przez tydzień i zakończyć wszystko na spokojnie'.

Wiem, że zawiniłam tym jak się zachowywałam. Wiem to doskonale. Ale boli mnie, że nie dał mi żadnej szansy... W żaden sposób mnie nie uprzedził. Wiem, że ma prawo nie chcieć żyć z osobą, która jest nader wrażliwa na wszystko, nie ma tak optymistycznego podejścia do życia jak on... Ale skoro chcę spróbować to zmienić dla naszego związku, to czy to źle, że chcę, żeby mi na to pozwolił..?

Chcę się leczyć, pokonać swoje obawy, słabości, które mam wdrukowane w psychice, które mnie blokują od dziecka... Chcę iść z nim do poradni małżeńskiej. Chcę zbudować ten piep*** dom i starać się uszczęśliwić mnie samą i jego. Odważyć się na nowości, zmiany. On o tym wie, ale zablokował w swoim umyslnie taką opcję. Nie mam pojęcia już jak go do tego przekonać...

4

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
unhappy_m napisał/a:

Starał się, a ja to odrzucałam. Po rozmowie stwierdził, że powinniśmy się wynieść z domu. I chwilowo był taki plan. Ale z niego zrezygnowaliśmy. Bo ja nie chciałam zostawić rodziców samych sobie (są emerytami), ani brać kredytu na kilkadziesiąt lat. Bałam się, że sobie nie wybaczę tego, że zostawiam rodziców samych, na starość. Że gardzę tym, co mam. Mama, gdy usłyszała, że planujemy wyprowadzkę, była wręcz zdruzgotana, że nikt się nimi nie zajmie, że sobie sama nie poradzi z ojcem. Poza tym mąż nie pracuje w zawodzie, pracuje na budowie już długo, a ja nie chciałam podejmować takiego obciążenia finansowego - widziałam jak znajomi z 30-letnimi kredytami żyją tym zmartwieniem i nie chciałam podzielaćć ich losu. W końcu jakby na to nie patrzeć był dom i potrzebujący opieki rodzice... To jedno. A drugie, że w przypływach najgorszych myśli, twkiłam w przekonaniu, że koniec końców ze sobą skończę. Wiem jak to brzmi żałośnie. Ale innego wyjścia nie widziałam - żeby w dalszym ciągu nie rozczarowywać swoim życiem rodziców, męża, nikogo...

Czyli chciał cię uszczęśliwić, zaproponował wyprowadzkę, bo widział, że jesteś nieszczęśliwa. Ale zmieniłaś zdanie.

unhappy_m napisał/a:

Od tej jednej rozmowy tematu nie poruszaliśmy. Po prostu żyliśmy dalej. Raz ze mną bywało lepiej, raz gorzej. Od jakiegoś czasu naprawdę zaczęłam się widoczniej starać. Pocałowałam go, przytuliłam, żartowałam z nim, wykazywałam większe zainteresowanie. Wiem, że to mogły być dla niego ochłapy. Na więcej nie było mnie stać. Tak bardzo zatraciłam się z swoim smutku i żałością nad samą sobą i tym, że niczego nie jestem w stanie zmienić w życiu. Ale naprawdę chciałam mu to wynagrodzić. Nie zawsze mi to wychodziło.
Nasze życie polegało głównie na tym, że przychodził z pracy, siedzieliśmy przez komputerami... on się kładł, ja długo po nim, bo zajmowałam się swoimi sprawami... Czasem chciałam, żebyśmy coś obejrzeli, ale nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia co... Z czasem stało się tak, że nawet jak już coś wybraliśmy, to on i tak robił swoje i oglądałam film sama.

Czyli de facto nic nie robiliście. Życie płynęło, równia pochyła.

unhappy_m napisał/a:

Wiem, że zawiniłam tym jak się zachowywałam. Wiem to doskonale. Ale boli mnie, że nie dał mi żadnej szansy... W żaden sposób mnie nie uprzedził. Wiem, że ma prawo nie chcieć żyć z osobą, która jest nader wrażliwa na wszystko, nie ma tak optymistycznego podejścia do życia jak on... Ale skoro chcę spróbować to zmienić dla naszego związku, to czy to źle, że chcę, żeby mi na to pozwolił..?

Wypalił się. Nie widzisz szans na poprawę i zmianę.

unhappy_m napisał/a:

Chcę się leczyć, pokonać swoje obawy, słabości, które mam wdrukowane w psychice, które mnie blokują od dziecka... Chcę iść z nim do poradni małżeńskiej. Chcę zbudować ten piep*** dom i starać się uszczęśliwić mnie samą i jego. Odważyć się na nowości, zmiany. On o tym wie, ale zablokował w swoim umyslnie taką opcję. Nie mam pojęcia już jak go do tego przekonać...

Dziewczyno, czy ty nie masz depresji? Byłaś u lekarza? Jak wyglądało twoje życie przed jego poznaniem i w trakcie. Jakie było twoje dzieciństwo?

5 Ostatnio edytowany przez zmierzch (2015-11-19 19:09:26)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Czytam sobie i myślę.
Nie jest łatwo osobie, z którą spędziło się wiele lat powiedzieć, że to koniec. Nie jest prosto tak zwyczajnie zakończyć związek, w którym planowało się spędzić życie. Jest ogromnie trudno powiedzieć osobie, którą niegdyś się kochało, że już się nie kocha. Jest strasznie ciężko  rozstać się z kimś, gdy jest się niemal pewnym, że ta osoba będzie cierpieć w wyniku rozstania i pewnie będzie chciała ratować związek, na którym już mu nie zależy.

Może więc lepiej się nie rozstawać?

Pewnie można byłoby żyć z niekochaną osobą.
Ze współczucia.
Z litości.
Z przyzwyczajenia.
Z wygody.
Ale NIE Z MIŁOŚCI

Twój mąż wg mnie zachował się bardzo dobrze. Może nawet wzorowo. Bez obwiniania ciebie, bez kręcenia, bez robienia złudnych nadziei, bez wcześniejszego szukania pretekstu do odejścia np. w postaci innej kobiety. Mógł prowokować kłótnie. Mógł prowokować różne twoje zachowania. Mógł  zrobić wiele rzeczy, które by ciebie dotkliwie ubodły i za które byś go znienawidziła.
Mógł...Ale tego nie zrobił.
Doceń to, mimo swojego bólu.

Możesz go brać na łzy. Możesz mu robić pretensje. Możesz go błagać o zmianę decyzji. Możesz robić z siebie cierpiętnicę. Możesz grozić samobójstwem. Możesz być załamana. Możesz być agresywna.
Ale nie musisz jak będziesz chciała zrozumieć, że on już ciebie nie kocha a wszelkie twoje próby tylko pogłębiają ból twój i jego.
Niechciane rozstanie zawsze boli. Zrób wszystko, aby tego bólu sobie nie zwiększać, aby nie stał się on centrum twojego życia. Możesz rozciągnąć cierpienie po rozstaniu na lata, ale nie musisz. Kończy się pewien etap twojego życia, ale czym prędzej staniesz na nogi, tym prędzej rozpoczniesz nowy etap.
Zastanów się, co chciałaś robić, ale w czym przeszkadzał ci dotychczasowy tryb życia, miejsce, w którym mieszkałaś lub związek i pomyśl, jak zrealizować marzenia.

6 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-19 19:24:25)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Przez cały zeszły praktycznie rok przechodziłam załamanie, przez które nie pozwalałam sobie pomóc. Tak bardzo obwiniałam wszystko i wszystkich za wszystko, co mnie spotyka, że zrodziło się u mnie zniechęcenie. W tym do męża. Nie potrafiłam od tak odkręcić wszystkiego złego, co mi się kojarzyło z nim, z moim obecnym życiem.
Wiecznie był zazdrosny o wszystko to, co mi dawało jakieś poczucie radości - wyjazd do pracy, noc u koleżanki. Ja miałam tylko być w domu i zajmować się psem. Czuł się niepewnie, gdy nie miał mnie na oku. Nigdy mu nie dałam realnych powodów do zazdrości. Ale i tak był zazdrosny - być może o to, że może mnie uszczęśliwiać to, co nie uszczęśliwia jego. Tak bardzo sobie to wtłoczyłam, że czułam się winna za wszystko, co robię. I obwiniałam jego za to, że ja czuję się winna. Takie przeklęte koło.

Zapędziłam się za bardzo. Wiem. Ale nie wierzę, że ktoś, kto mnie tak bardzo kochał, przestał. Różne nam zdarzały się perypetie i dużo się kłóciliśmy. Ale to u nas był standard, bo zawsze byliśmy szczerzy wobec siebie, dlatego nigdy nie było poważnych problemów. Do czasu, kiedy ja nie chciałam wyznać mu co mnie tak naprawdę gryzie. I co? Okazało się, że to tylko wbiło gwóźdź do trumny. Nie warto było. Zrujnowałam mu świat i pozwoliłam cierpieć. Lepiej byłoby chyba mi starać się w milczeniu....

Jestem osobą bardzo zakompleksioną. Wiem. To mnie zawsze ograniczało we wszystkim. Małżeństwo moich rodziców, które wg. mnie jest całkowitą porażką, też dołożyło swoje. Nie umiałam się otworzyć na własne. Próbowałam robić na przekór, pokazać, że jestem w związku, ale muszę zachować indywidualność. Mój mąż miał zawsze inny ogląd na to.

Wiem, że już jest prawdopodobnie za późno. I sama jestem sobie winna. Powinnam była się leczyć, a nie łapać chwile spokoju i żyć dniem codziennym - że wszystko się samo ułoży. Powinnam to była zrobić wcześniej. Ale nie zrobiłam. I teraz chcę, muszę to naprawić. Bo tak już postanowiłam dawno temu - że chcę być z tym człowiekiem i chcę zmian na lepsze dla nas.

Zachował się fair. Zawsze go szanowałam i szanuję go teraz za jego decyzję. Nie chcę udawać cierpiętnicy. Chociaż cierpienia udawać nie muszę. Boli mnie to niesamowicie. Ale gorsze rzeczy ludzie sobie wybaczają, a ja chcę postawić na lepszą siebie, żeby było lepiej niż kiedyś. Kiedyś mnie taką kochał ponad wszystko, nie chcę, żeby mnie pamiętał tylko z tego najgorszego okresu... Chcę, żeby mi naprawdę uwierzył. Żeby zrozumiał, że jest błędzie uważając, że nic się nie zmieni. Bo to go właśnie powstrzymuje od dania mi szansy.

Wiem, że zaznał teraz trochę innego życia. Zaczął się spotykać z ludźmi z kościoła ewangelickiego. Nawrócił się. Doradzał się ich jaki mają ogląd na nasz związek (ludzi, których widziałam jeden raz! ludzi, którzy sami są po rozwodach). Miał prawo. I nie chcę ich uważać za manipulantów. Ale po prostu boję się tego wszystkiego, przeraża mnie to i przerasta...

7

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Będziesz musiała teraz sama stanąć na nogi. Stać się prawdziwa..., bo ja, jak ciebie więcej czytam, czuję, że ty do końca nie wiedziałaś sama czego chcesz. Żyłaś tak, aby nie przypominać rodziców, ale pamiętaj, że to ich życie, wybory, i nie tobie ich oceniać. Musisz się poukładać. Idz na terapię. Nie dasz w tej chwili szczęścia mężowi, ani on tobie - bo na chwilę obecną sama nie wiesz co chcesz i kimś jesteś. Wiem, że jesteś nieszczęśliwa, ale w dorosłym życiu, sami odpowiadamy już za swój los.

8

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
lifrinat napisał/a:

Będziesz musiała teraz sama stanąć na nogi. Stać się prawdziwa..., bo ja, jak ciebie więcej czytam, czuję, że ty do końca nie wiedziałaś sama czego chcesz. Żyłaś tak, aby nie przypominać rodziców, ale pamiętaj, że to ich życie, wybory, i nie tobie ich oceniać. Musisz się poukładać. Idz na terapię. Nie dasz w tej chwili szczęścia mężowi, ani on tobie - bo na chwilę obecną sama nie wiesz co chcesz i kimś jesteś. Wiem, że jesteś nieszczęśliwa, ale w dorosłym życiu, sami odpowiadamy już za swój los.

Jestem tego świadoma. Dlatego chcę, żeby mąż zgodził się na separację, w trakcie której będziemy chodzić na wizyty w poradni małżeńskiej. Sama separacja niczego nie naprawi, wiem to. Pogłębi tylko dystans. A ja chciałabym bardzo popracować nad tym wszystkim. Skorzystać z czasu rozłąki - dla siebie samej i dla niego. Sama też chcę zacząć pracę nad sobą z pomocą psychologa, terapeuty. Może jest nadzieja, że to pomoże... Może nie trzeba się odgradzać murem. A jeśli to nie pomoże, to przynajmniej dojdziemy wspólnie do tego, że szans nie ma - ale przynajmniej się staraliśmy razem...

9

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
unhappy_m napisał/a:
lifrinat napisał/a:

Będziesz musiała teraz sama stanąć na nogi. Stać się prawdziwa..., bo ja, jak ciebie więcej czytam, czuję, że ty do końca nie wiedziałaś sama czego chcesz. Żyłaś tak, aby nie przypominać rodziców, ale pamiętaj, że to ich życie, wybory, i nie tobie ich oceniać. Musisz się poukładać. Idz na terapię. Nie dasz w tej chwili szczęścia mężowi, ani on tobie - bo na chwilę obecną sama nie wiesz co chcesz i kimś jesteś. Wiem, że jesteś nieszczęśliwa, ale w dorosłym życiu, sami odpowiadamy już za swój los.

Jestem tego świadoma. Dlatego chcę, żeby mąż zgodził się na separację, w trakcie której będziemy chodzić na wizyty w poradni małżeńskiej. Sama separacja niczego nie naprawi, wiem to. Pogłębi tylko dystans. A ja chciałabym bardzo popracować nad tym wszystkim. Skorzystać z czasu rozłąki - dla siebie samej i dla niego. Sama też chcę zacząć pracę nad sobą z pomocą psychologa, terapeuty. Może jest nadzieja, że to pomoże... Może nie trzeba się odgradzać murem. A jeśli to nie pomoże, to przynajmniej dojdziemy wspólnie do tego, że szans nie ma - ale przynajmniej się staraliśmy razem...

Separacja to dobry pomysł.

10

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Ile macie lat, od ilu lat mieszkacie z rodzicami , kiedy była ta rozmowa? Czy macie dzieci?  Czy nadal pracujesz tylko w weekendy?

11

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
pannapanna napisał/a:

Ile macie lat, od ilu lat mieszkacie z rodzicami , kiedy była ta rozmowa? Czy macie dzieci?  Czy nadal pracujesz tylko w weekendy?

Ja mam 27, on 28. Jesteśmy razem od liceum, mieszkamy ze sobą od czasów studiów. W trakcie studiów u rodziców mieszkaliśmy w każde wakacje, mąż kiedy skończył studia sprowadził się do mojego domu, a po roku, kiedy ja skończyłam (stacjonarne) studia zamieszkałam tu wraz z nim. Rozmowa odbyła się w czerwcu. O końcu związku zakomunikował mi w zeszłym tygodniu. Nie mamy dzieci. Ja nadal pracuję w weekendy, czasem zdarzy się jakiś dzień w tygodniu. On pracuje w tygodniu, od roku już nie w delegacji, tylko bardziej miejscowo.

12

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Monika
Czy masz przyjaciół?
Takich autentycznie bliskich ludzi, na których możesz liczyć zawsze i wszędzie.

13

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
zmierzch napisał/a:

Monika
Czy masz przyjaciół?
Takich autentycznie bliskich ludzi, na których możesz liczyć zawsze i wszędzie.

Mam.

14 Ostatnio edytowany przez zmierzch (2015-11-19 20:24:40)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
unhappy_m napisał/a:
zmierzch napisał/a:

Monika
Czy masz przyjaciół?
Takich autentycznie bliskich ludzi, na których możesz liczyć zawsze i wszędzie.

Mam.

Zwróć się do nich o pomoc.

Zachowujesz się w stosunku do męża tak, jak byłby jedyną osobą, która może Tobie pomóc przejść przez rozstanie. Jeśli w nim były jakiekolwiek resztki uczucia do ciebie, to jeśli będziesz teraz błagała go o "litość", to wyzbędzie się resztek uczuć i straci szacunek do ciebie.

15

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
zmierzch napisał/a:
unhappy_m napisał/a:
zmierzch napisał/a:

Monika
Czy masz przyjaciół?
Takich autentycznie bliskich ludzi, na których możesz liczyć zawsze i wszędzie.

Mam.

Zwróć się do nich o pomoc.

Zachowujesz się w stosunku do męża tak, jak byłby jedyną osobą, która może Tobie pomóc przejść przez rozstanie. Jeśli w nim były jakiekolwiek resztki uczucia do ciebie, to jeśli będziesz teraz błagała go o "litość", to wyzbędzie się resztek uczuć i straci szacunek do ciebie.


Dlatego chcę podejść do tego najbardziej racjonalnie, na ile mogę. Nie będę go już błagać, by do mnie wrócił na siłę. Do tego, jak jest. Ale będę zabiegać o to, żeby się nie zamykał na mnie całkowicie. Chcę udać się do poradni, chcę leczyć swoje i nasze problemy i pokazać mu, że warto wciąż próbować. Że warto walczyć i jest o co.

16

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
unhappy_m napisał/a:

Dlatego chcę podejść do tego najbardziej racjonalnie, na ile mogę. Nie będę go już błagać, by do mnie wrócił na siłę. Do tego, jak jest. Ale będę zabiegać o to, żeby się nie zamykał na mnie całkowicie. Chcę udać się do poradni, chcę leczyć swoje i nasze problemy i pokazać mu, że warto wciąż próbować. Że warto walczyć i jest o co.

Zrób to, ale nie po to, aby MU POKAZAĆ, tylko po to, aby sobie pomóc.
Jemu oznajmij, że jesteś gotowa do naprawy waszego małżeństwa i jeśli zmieni zdanie to zapraszasz, aby się dołączył. Do niczego go nie zmusisz, ale gdy zobaczy, że się podnosisz, może spojrzeć na ciebie z zainteresowaniem.

17

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
zmierzch napisał/a:
unhappy_m napisał/a:

Dlatego chcę podejść do tego najbardziej racjonalnie, na ile mogę. Nie będę go już błagać, by do mnie wrócił na siłę. Do tego, jak jest. Ale będę zabiegać o to, żeby się nie zamykał na mnie całkowicie. Chcę udać się do poradni, chcę leczyć swoje i nasze problemy i pokazać mu, że warto wciąż próbować. Że warto walczyć i jest o co.

Zrób to, ale nie po to, aby MU POKAZAĆ, tylko po to, aby sobie pomóc.
Jemu oznajmij, że jesteś gotowa do naprawy waszego małżeństwa i jeśli zmieni zdanie to zapraszasz, aby się dołączył. Do niczego go nie zmusisz, ale gdy zobaczy, że się podnosisz, może spojrzeć na ciebie z zainteresowaniem.

Pytanie - jak ja mam mu to pokazać, skoro on chce się całkiem odciąć? Wyjechać, zacząć nowe życie od razu...

18

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

unhappy_m a na horyzoncie nie ma jakiejś nowej pani, która zagrzebuje resztki szans na odbudowę?

Ja myślę, że ty masz większy problem z matką niż z mężem. Jesteś od niej uzależniona psychicznie. I boisz się, że staniesz się taka jak ona za jakiś czas, dlatego się buntujesz przeciwko takiemu życiu, ale jednocześnie to uzależnienie powoduje, że nie jesteś w stanie zrobić kroku jaki powinnaś zrobić na samym początku: wyprowadzić się. To dlatego też miałaś takie nerwy na męża: uważałaś jego chęć zamieszkania z teściami za jego próbę ulepienia ciebie na wzór teściowej. Stąd ta zazdrość: z obawy, że zasmakujesz innego życia jaki on dla ciebie zaplanował. Jaka była/ jest jego matka? Jaki to typ kobiety?

Jesteś trochę słaba, bo jedyną energię jaką dałaś radę z siebie wykrzesać była rozmowa z mężem. Potem oczekiwałaś, że on sam weźmie się za rozwiązywanie problemów, a przecież on bardziej by wolała gdyby pozostało po staremu. Więc może i przytaknął twoim planom co do wyprowadzki, ale czy faktycznie powziął jakieś kroki w tej sprawie?
Ty tego nie zrobiłaś, bo matka skutecznie wbiła ci w głowę, że jak to zrobisz to w jej mniemaniu staniesz się wyrodną córką, która ma kamień zamiast serca.
Skoro masz 27 lat to rodzice chyba jeszcze nie są aż tacy starzy, żeby nie mogli dać sobie bez ciebie rady przez najbliższe kilkanaście lat.

Toksyczne relacje z obu stron. I ty pośrodku, która nie jest w stanie pokierować swoim życiem. Dlaczego? Ze strachu, że przegrasz? Że podejmiesz złe decyzje? Czy może dlatego, że boisz się być szczęśliwa sama ze sobą?

Znajdź jakiegoś psychologa. Ale takiego, który mógłby poprowadzić nie tylko terapie dla par, ale i indywidualną.
Negatywna odpowiedź męża na ratowanie małżeństwa w ten sposób tez jest zastanawiająca. Bo gdyby naprawdę chciał łapał by się każdej możliwości.

19

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Unhappy skąd się bierze ta twoja zależność od matki?
Przecież dorośli ludzie prawie zawsze opuszczają rodziców i tworzą swoje życie?  Dlaczego twoi rodzice by sobie nie poradzili bez ciebie?
Puki mieszkasz z rodzicami nawet nie myśl o małżeństwie. To nie ma szans wypalić bo małżeństwo to 2 ludzi, nie 4....
juz teraz myślę o twojej przyszłości,  nie i tym małżeństwie.
Masz 27 lat, dopiero początek życia,  masz szansę na udany związek,  dzieci, ale musisz zacząć pracę nas swoją niezależności.
Dlaczego nie pracujesz więcej aby móc wynająć mieszkanie?

20 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-22 18:57:44)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Jego mama jest bardzo fajną kobietą. Uśmiechnięta zawsze, ale przy tym charakterna i życiowa kobieta. Mają z moim mężem bardzo dobre relacje, mąż jest w nią zapatrzony. Nie jest typem synka mamusi, ale mama dla niego jest najważniejsza.

Odnośnie mojej słabości - wiem o tym, jestem tego świadoma. Ale może nie tyle oczekiwałam, że on coś zmieni, co miałam nadzieję, że to zmieni się samo. Tzn. mnie się z czasem w głowie poukłada, a on przy okazji też dołoży starań, wiedząc co mnie boli. I to nam pomoże obojgu.

Faktycznie po tym, co mu powiedziałam, chciał, żebyśmy się wyprowadzili. Zaczął rozglądać się w sieci za domami, za najlepszą opcją finansową dla nas... Nawet kalkulowaliśmy opcje kredytowe... Ale przestraszyłam się. Kiedy tylko pojawiła się oznaka jakiejś poprawy, zaczęłam myśleć, że może to nie jest najlepsze rozwiązanie. Że może mi się tylko, za przeproszeniem, w d*** przewróciło, a przez to wkopię nas w gorszą sytuację - raz, że zobowiązanie finansowe na tyle lat, dwa, że starzy rodzice sami w wielkim domu... Chciałam tego z jednej strony, ale bałam się, że przez swoje wahania psychiczne, doprowadzę do takich sytuacji, których potem będę żałować i od których nie będzie odwrotu.

Wiem, że ta sytuacja jest chora. Niby jestem w domu dla rodziców, ale wcale nie oznacza to, że dobrze żyjemy tutaj wszyscy. Bo zostając, odbijam sobie na mamie i mężu moje niezadowolenie z tego, że choć nie trzymają mnie tu fizycznie, to trzymają psychicznie. Mam poczucie winy za to, że wiem, że jeśli zrobię coś po swojemu, to inni będą cierpieć i przez to sama rezygnuję na starcie. I tak tkwię tu z żalem do matki i męża i poczuciem winy też za to, że że sobie ten żal na nich odbijam. I tak się tu wszyscy męczymy, tak, czy siak. Nie potrafię nawiązać normalnej relacji z rodzicami, otworzyć się. Mama mi to wypomina, bo brakuje jej takiej relacji z córką, jakie obserwuje w tych swoich polskich, rodzinnych serialach. Powtarza mi wciąż jaką to byłam uśmiechniętą, radosną dziewczynką i dlaczego nie mogę być taka jak kiedyś. Przywiązaną do niej. Wszędzie chciałam z nią chodzić, chciałam z nią non stop przebywać, a teraz nie potrafię się do niej nawet normalnie odezwać, bo non stop jestem o coś zła - a ona chce dla nas najlepiej, tyle dla mnie zrobiła. Mówi, że śnię jej się często jako dziecko właśnie i że jej tego brakuje.

Ja byłam najmłodsza z rodzeństwa (starsi ode mnie o 15 i 12 lat). Trafiłam się rodzicom kiedy mieli ok. 40 lat. Wydaje mi się, że stałam się dla mamy takim centrum miłości i opieki. Małżeństwo moich rodziców nie należało do najlepszych. Po prostu się totalnie nie dobrali. Niby normalna codzienność, ale często kłótnie, płacz mamy. Byłam tego świadkiem jako dziecko, a kiedy wkroczyłam w dorosłość, już bezpośrednio słyszałam, jakby na to nie patrząc, dość straszne dla mnie rzeczy. Mama przychodziła i przychodzi do mnie z płaczem wyjawiając wszyskie przyczyny sporów z ojcem - że ją zdradzał, jak to wyglądało, jak ona cierpiała, jak ją upokarzał, jak ludzie jej współczuli. Ojciec z kolei wytykał jej zaborczość, dominację nad jego życiem, swoje cierpienie przez te wszystkie lata, jak się męczył byciem z nią... Jakieś 3 lata temu ojciec przeszedł udar i od tamtej chwili tylko siedzi przed telewizorem i pije. Dzień w dzień. Do tego zamieszkała u nas babcia, którą nikt z rodziny nie chce się zająć, bo sieje konflikty pomiędzy wszystkimi. I mama codziennie wisi mi na głowie z żalami, płaczem. Że jest sama, że nie ma się do kogo odezwać nawet, że znowu ojciec jej urządził awanturę, że moja siostra ma strasznego męża, że jej dzieci chodzą do psychologa, że ja nie mam dzieci, że pracuję nocami i odsypiam w dzień, że jestem wyrodną córką, bo nie mam dzieci, że co to za życie, które ja prowadzę z mężem i że to jest wszystko jej wina, bo ona tak wychowała dzieci.

I kolejne powody do mojego poczucia winy. Bo nie moge wybaczyć swoim rodzicom tego, co mi zrobili. Bo starali się wieść jakoś swoje wspólne życie, pomimo braku porozumienia między sobą i wzajemnego unieszczęśliwiania siebie - dla dzieci - ale jednocześnie unieszczęśliwili dzieci, a zwłaszcza mnie, bo rodzeństwo było już starsze - bo byłam tego wszystkiego świadkiem. Z jednej strony widzę ich błędy, których nie rozumiem, których stałam się zagorzałą przeciwniczką, a z drugiej strony, żal mi ich ogromnie, bo rozumiem po części mojego ojca (choć nie usprawiedliwiam go za to, co robił), bo moja mama naprawdę jest dominantką - wszystko musi być po jej myśli, bo tylko jej tok rozumowania jest właściwy. Próbowała wtłoczyć ojcu swój styl życia - siedzenie w domu i jedzenie. On był inny i jego to niszczyło. Ale przegiął w drugą stronę i unieszczęśliwił też ją, a teraz urządza jej piekło w domu, bo 'to ona go unieszczęśliwiła, to jej wina'. Z drugiej strony rozumiem w pewnej mierze też ją - ma swoje priorytety, jak każdy. Ona jest typem kobiety poddanej - wszystko dla rodziny i po prostu nie ma dla niej innych opcji. Nie widzi ich i nie da sobie przemówić, nie rozumie, że można chcieć robić coś inaczej. Narzuca więc swoje priorytety innym, tym, których kocha, bo czuje misję wiecznej opieki nad wszystkimi, i w momencie kiedy ktoś to odrzuca, to jest zły, bo przecież 'ona chce dla wszystkich dobrze', więc jak nie można być za to wdzięcznym? Ona oczekuje takiej wdzięczności właśnie. Może chce się przez to dowartościować, żeby nadrobić jakieś swoje kompleksy, a może po prostu tak ma w naturze, że musi czuć się potrzebna.

Jestem przerażona tym wszystkim, bo choć wprost nienawidzę schematu swoich rodziców, to widzę swoje podobieństwo do nich obojgu. I to mnie po prostu przeraża. Że staję się taka jak oni. Z jednej strony jestem swoją matką - wieczna empatka, która chciałaby pomóc wszystkim naokoło, ale przy tym i zaborcza, uparta, nieszczęśliwa kiedy coś nie jest zgodnie z nią... z drugiej strony jak ojciec duszę się w schematach, ktore narzucają mi inni i odczuwam silne poczucie zagrożenia ze strony innych wobec własnej indywidualności.
Teraz pomyślałam sobie, że może podświadomie przez to starałam się zniszczyć swoją relację z mężem - żebyśmy nie stali się jak moi rodzice... Uciekłam w skrajność. Naprawdę boję się mieć własnych dzieci, boję sie związku, który mnie przywiąże do takiego życia, jakie wiodą moi rodzice. Wiem, że to tak nie wygląda zawsze. I mój mąż ma na to inny ogląd - bo on ma szczęśliwą rodzinę. Nie bez wad, bo nie ma rzeczy bez wad. Ale on ma na to inne spojrzenie. I właśnie przez moją świadomość, że on nigdy nie zrozumie mojego oglądu na kwestie relacji między ludźmi, bo ma inne schematy w głowie, budowałam między nami dysonans.
Jest we mnie tyle sprzeczności i przerażenia nimi, że przestałam sobie z nimi radzić.

Jestem na etapie poszukiwania dobrego psychologa dla siebie. Mam postanowienie, że choćby i jutro wstało słoneczko i wydawało mi się, że to tylko moje przesadzone narzekanie, jak to mam w naturze, to i tak pójdę po poradę. Bo problem istnieje realnie. I muszę to zrobić dla siebie przede wszystkim, ale też dla rodziców, dla męża, o ile go jeszcze będę mieć... Po mimo tego, ile jest we mnie obaw, doceniam go jako człowieka, daje mi poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, których w tym wszystkim mi potrzeba dla równowagi. Przez te 10 lat poznaliśmy się jak łyse konie i wiem, że nie ma drugiego takiego człowieka, z którym miałabym szansę tak dogłębnie się poznać w życiu codziennym i funkcjonować. Ja po prostu muszę wrócić do jakiejś tam równowagi i przekonać się, że mogę odzyskać to, co straciłam przez samą siebie... Tylko boję się, że już jest za późno, bo on całkowicie sie ode mnie odciął. Jedyne co nas łączy to jeszcze wspólne mieszkanie, ale to kwestia paru-parunastu dni. Choć nie wiem czy to jest jakiś plus, bo mąż teraz robi wszystko, żeby nie mieć ze mną kontaktu - przyjeżdża późno, wyjeżdża wcześnie. Jak już jest to tylko powie mi 'hej' z przymusu i idzie w inne miejsce, żeby zająć się swoimi sprawami. Jak wychodzi to nawet się nie żegna, tylko robi swoje i zamyka drzwi, i już go nie ma. Potem słyszę odpalony silnik samochodu i tyle.
Ale czemu się dziwić... stwierdził, że już nawet nie umie powiedzieć, że mnie kocha i jest już na tyle zmęczony, że nie chce już nawet starać się niczego naprawiać, bo ja się nigdy nie 'naprawię' - taka jestem i to niczyja wina.

Jeśli chodzi o kwestię innej kobiety - nie sądzę by jakaś była. Nie odrzucam takiej mozliwości, ale gdyby taka była, to by użył tego argumentu, żebym dała mu odejść, czego bardzo chce, jak powiedział...

21

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Dzień dobry.
Mam nadzieję, że Panią nie urażę, ale muszę to napisać... bardzo Panią skrzywdzili rodzice, i proszę udać się na terapię (tak jak to już Pani zaplanowała) przede wszystkim po to by ktoś profesjonalny pomógł Pani jeszcze raz przejść przez dzieciństwo, krok po kroku ściągając z Pani ramion te wszystkie ciężkie kamyki które rodzice powciskali Pani w plecy, w serce, w głowę  i które sama sobie Pani powciskała przez ten czas... Żeby popatrzeć na SWÓJ (niczyj inny) świat SWOIMI (nie rodzicowymi, nie babcinymi, nie siostrzanymi i w końcu nie mężowymi) oczami.
Popatrzeć bez siatki poczucia winy, poczucia przymusu odwdzięczenia się, bez poczucia robienia czegoś pod i dla kogoś innego niż dla siebie samej.
Jeśli jeszcze raz przeczyta Pani swój ostatni wpis i najpierw akapit o małżeństwie swoich rodziców, a potem o tym, co się dzieje między Panią i mężem to to jest identyczne. Pani jest swoją mamą, a mąż "ucieka" jak tata, a w krajobraz skutków takiego postępowania i życia razem nie dla siebie tylko "w przymusie", może się Pani wpatrywać codziennie... nawet jest Pani jego częścią.

Proszę sobie pomóc.

(przepraszam jeśli za bardzo się wtrąciłam i uraziłam)

22

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
O'kruszynka napisał/a:

Dzień dobry.
Mam nadzieję, że Panią nie urażę, ale muszę to napisać... bardzo Panią skrzywdzili rodzice, i proszę udać się na terapię (tak jak to już Pani zaplanowała) przede wszystkim po to by ktoś profesjonalny pomógł Pani jeszcze raz przejść przez dzieciństwo, krok po kroku ściągając z Pani ramion te wszystkie ciężkie kamyki które rodzice powciskali Pani w plecy, w serce, w głowę  i które sama sobie Pani powciskała przez ten czas... Żeby popatrzeć na SWÓJ (niczyj inny) świat SWOIMI (nie rodzicowymi, nie babcinymi, nie siostrzanymi i w końcu nie mężowymi) oczami.
Popatrzeć bez siatki poczucia winy, poczucia przymusu odwdzięczenia się, bez poczucia robienia czegoś pod i dla kogoś innego niż dla siebie samej.
Jeśli jeszcze raz przeczyta Pani swój ostatni wpis i najpierw akapit o małżeństwie swoich rodziców, a potem o tym, co się dzieje między Panią i mężem to to jest identyczne. Pani jest swoją mamą, a mąż "ucieka" jak tata, a w krajobraz skutków takiego postępowania i życia razem nie dla siebie tylko "w przymusie", może się Pani wpatrywać codziennie... nawet jest Pani jego częścią.

Proszę sobie pomóc.

(przepraszam jeśli za bardzo się wtrąciłam i uraziłam)

Proszę nie przepraszać. To żadne wtrącanie. Właśnie po to jestem na tym forum - by sprawdzić jaki jest ogląd osób obiektywnych na moją sytuację i jakoś spróbować przez to sobie pomóc, bo, jak widać, sama nie jestem za bardzo w stanie... Dziekuję za poradę, opnię. Niestety zgadzam się z nią. Coraz więcej spraw sobie uświadamiam pisząc na ten temat. Zaczęłam też bardziej analizować siebie i szukać żródeł moich poczynań, odczuć - a nie tylko skutków, tego, jak jest. To chyba jest tak, jak z chorobą - pownno się leczyć przyczyny, a nie tylko symptomy... Dziękuję.

23

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

tak... żeby drzewo rosło w górę, było silne, kwitło pięknymi kwiatami, dawało jadalne owoce i wypuszczało młode gałązki... musi mieć zdrowe korzenie.
Niech je Pani odkopie i uzdrowi.
Wtedy świat dookoła też się odmieni. Na zdrowych gałęziach usiądą ptaki, zapach kwiatów przyciągnie pszczoły, zielone liście dadzą schronienie. Do pięknej kory będzie można się przytulić.
Proszę sobie pomóc.

24 Ostatnio edytowany przez renatta (2015-11-24 19:22:34)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Unhappy, Twoj maz wydaje sie wartosciowym zrownowazonym mezczyzna i tutaj widze szanse dla Waszego malzenstwa. Jesli maz chce sie wyprowadzic, czy prosi o rozstanie, powiedz, ze ty tego nie chcesz, ze zalezy Ci na nim i na zwiazku, ale rozumiesz go i przyjmujesz jego decyzje.

A od dzisiaj kierujesz swoje oczy na siebie, na swoje zycie. Idz do psychologa na wlasna terapie. Weszlas w zwiazek poraniona i chorowalas w zwiazku nadal.  Twoj maz powiedzial:  "że długo myślał nad wszystkim. Że nie chce być ofiarą moich zmiennych humorów, nastrojów, depresji" . I tutaj masz odpowiedz.

Jesli zalezy ci na zwiazku i na sobie samej, zajmij sie swoja psychika. Wspomnialas cos o piciu? Odstaw natychmiast wszelkie uzywki, nie wiem, czy niezbedne sa ci leki, zdecydowanie lepsza psychoterapia. Zakwitnij w koncu jak kobieta, jestes tak mloda, wspaniala. To nie czas (zreszta dla nikogo to nie czas) na lezenie w lozku i plakanie. Zyj kobieto, zyj pieknie dla siebie, bo masz tylko jedno zycie i nikt Ci nie drugiej szansy. Nie boj sie grozby rozwodu, jesli byla milosc, to maz wroci nawet po latach, ale Ty badz gotowa na przyjecie jego milosci czy kogokolwiek innego. Na razie takiej gotwosci nie widac.

25 Ostatnio edytowany przez onajaona (2015-11-24 19:53:53)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

renatta

Powoli dojrzewam do tego, żeby się jakoś obudzić. Zmieniłam swoje nastawienie, nie leżę już dniami w łóżku, nie faszeruję się tonami leków, żeby tylko móc spać. Nie kupuję ze wstydem w osiedlowym wódki, żeby zapić dzień... Dziś zrobiłam pranie, pojechałam po zakupy, choć nadal nie czuję się pewnie za kierwonicą, zjadłam więcej niż dotąd... Kupiłam sobie owoce, magnez i wypiłam herbatę z imbirem.
W weekend rozmawiałam też ze znajomymi z pracy, bo przez to wszystko zaczęłam mocno dawać tyły, przez co każdy miał do mnie o coś pretensje... A ja tylko brałam to wszystko do siebie i pogłębiałam poczucie swojej beznadziejności... Pękłam i powiedziałam, że przepraszam, ale od bardzo dawna przechodzę ciężki czas, to nie jest kwestia moich chęci, czy niechęci do pracy, ale tego, że nie daję sobie rady z niczym i potrzebuję pomocy. I chyba dobrze zrobiłam, bo w końcu inni mogą mnie teraz lepiej zrozumieć. Kolega ma zdobyć dla mnie numer do sprawdzonego psychologa, który pomógł jemu znajomemu wyjść z ciężkiej depresji - gdy tylko go dostanę, od razu dzwonię bez namysłu.
Może jeśli mój mąż to wszystko zobaczy, to przekona się, że nie tylko mówię, że potrzebuję pomocy, jak zawsze, ale w końcu realnie po nią sięgam..? Przyzwyczajam się do myśli o samodzielności. Planuję każdy krok na każdą ewentualność. Podzieliłam się z przyjaciółmi tym, co się dzieje i każdy z nich chce mi jakoś pomóc. Czuję powoli, że dam sobie radę cokolwiek się wydarzy. Boję się i będzie ciężko, jeśli zostanę sama, ale może faktycznie w pierwszej kolejności muszę stanąć na nogi JA SAMA, a nie, jak to zawsze bywało MY = ja + chłopak/narzeczony/mąż.

Sytuacja pomiędzy nami staje się coraz gorsza. Mąż niby jeszcze jest w domu, ale od dwóch nocy śpi pod osobnym kocem. Dla mnie to ewidentna oznaka pogorszenia, bo zawsze miał do mnie pretensje, gdy ja okrywałam się dodatkowo kocem, gdy mi było zimno - twierdził, że nie czuje wtedy, że śpimy razem :> Wczoraj rano wywaliłam ten koc do prania, bo mamy psa, który mocno się leni i akurat władował się do łóżka, więc koc się cały zabrudził. Gdy kładłam się spać, zauważyłam, że jednak mąż wyjął koc z kosza na brudy i się nim przykrył. Szczerze mówiąc bardzo mnie to już zdenerwowało i bez wyrzutów obudziłam męża i go po prostu ochrzaniłam (ale kulturalnie), że koc poszedł do prania, bo jest brudny i śmierdzi. Nie wiem co chce pokazać swoim ostentacyjnym zachowaniem, ale zaczyna już po prostu przeginać. I wiecie co? Jakoś dziwnie czuję się o niebo lepiej... Nie chciałam mu robić o nic scen i nie chcę. Ale chyba na pewne zachowania nie mogę sobie pozwolić? Może i złość nie jest dobrym doradcą, ale jakoś dziwne irytacja lekko pomaga mi w poradzeniu sobie z całą tą chorą sytuacją... Wiem, że zadałam mu mnóstwo cierpienia swoim zachowaniem i nie mogę się na niego złościć, że pękł, że nie uniósł tego wszystkiego. Ale nigdy nie zdobyłam się na takie akcje, jakie on zaczyna wyprawiać. Nie, żeby go zranić celowo. Nie wiem czego to jest oznaka? Buntu? Chce mi zrobić na złość? Chce mnie do siebie zniechęcić, żebym nie cierpiała i sama chciała pozwolić mu odejść?

26

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Daj mężowi spokój, jeśli chce spać pod brudnym kocem, niech śpi. On już dużo przeszedł, sam pewnie teraz cierpi (wyobrażasz sobie jak musi mu być ciężko z decyzją o odejściu??) i nie wie jak się zachować, bo najważniejsza jesteś teraz ty i co ty zrobisz ze swoim życiem (a w dużej mierze będzie to miało wpływ na wasze małżeństwo). Najważniejsze jest działanie - co chwalić cię trzeba - robisz. Być może będzie jeszcze tak, że zanim trafisz na dobrego terapeutę, niejednego gagatka odsiejesz. Walcz o siebie i nie poddawaj się. Trochę zajmie ci poukładanie siebie i dojście do normalności, ale powinno się udać. Przez cały okres separacji pewnie będziecie się zastanawiać czy może wam jeszcze wyjść, być może mąż będzie chciał jeszcze raz z tobą spróbować. W każdym bądź razie nic nie masz do stracenia, jedynie wygraną w postaci ozdrowienia siebie. Być może twoje spotkanie z mężem było właśnie po to, abyście oboje dojrzeli, zrozumieli o co w tym wszystkim chodzi i jak de facto chcecie, każdy z osobna, żyć. To spotkanie było po coś. Możesz potraktować je jako etap prowadzący cię do szczęścia. Będzie dobrze.

27

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

czy ktoś tu się podszył pod autorkę wątku?

28 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-25 13:33:52)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Kurczę, nie zauważyłam. Dziękuję za zwrócenie uwagi. Nikt się nie podszył, przepraszam, to moja wina. Miałam problem z kontem i założyłam drugie, ale nie mogłam użyć już tego samego nicku, więc trochę się to pogmatwało. Ale już wszystko okej, tamto zaraz usunę, jeśli się da.

Na wtorek mam umówioną wizytę u poleconej psycholog. Martwi mnie trochę tylko to, że zgodziła się na jedną wizytę teraz, a następne dopiero po Nowym Roku, bo nie ma obecnie czasu...
A dla mnie to jest właśnie najgorszy okres właśnie teraz, bo na chwię obecną mam przerwę od pracy i siedzę w domu sama... Nie mam za bardzo się czym zająć, zajmuję się pierdołami, żeby tylko nie myśleć o tym, co się dzieje... Nic nie zaoszczędziłam dotychczas, bo nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji. Planowaliśmy z mężem wspólnie odkładać na remont, ale uznaliśmy, że zrobimy go w następnym roku, więc oboje inwestowaliśmy w rzeczy doraźne z założeniem, że odkładamy kasę po nowym roku... Nie stać mnie więc teraz na wynajęcie czegoś i jednoczesne wydatki na jedzenie, psa, itp. więc skazana jestem na pobyt w domu przynajmniej do kwietnia...  gdzie wariuję po prostu... Mieszkam na wsi, gdzie pracy po prostu nie ma. Nie to, że nie jestem w stanie się utrzymać w ogóle, bo w sezonie zarabiam naprawdę bardzo dużo, więc zawsze mogłam sobie pozwolić na taki tryb pracy, by nie pracować w tygodniu. Mąż miał zawsze swoje pieniądze, ja swoje i mogłam sobie pozwolić na bardzo dużo, bo nie budowaliśmy domu, nie mieliśmy zaciągniętego kredytu, nie ładowaliśmy kasy w żaden wynajem... Tylko nie spodziewałam się, że będę musiała właśnie w tym czasie zacząć żyć na własną rękę. Wszystkie jakieś tam plany na najbliższą przyszłość poszły do lamusa i jedyne co mi zostało to zastanawiać się jak przetrwać w warunkach, jakie mam... ;/

Mąż wczoraj się w końcu do mnie odezwał. Zapytał czy przegryzłam już temat i powiedział, że dziś zabiera pierwsze rzeczy. Przenosi się do domu rodzinnego. Do piątku ma wziąć już wszystko. Nie zgodził się na terapię rodzinną i ani myśli do mnie kiedykolwiek wracać. Powiedział, że jestem toksyczna i że nie nadaję się do żadnego małżeństwa. Choć początkowo twierdził, że to ani moja, ani jego wina... Powiedziałam mu, że idę się leczyć do psychologa. Uznał, że powinnam, ale naszego związku i tak to nie uratuje... Nie chciał dyskutować za długo, powiedział, że go to wręcz denerwuje, że staram się go przekonywać - ale ja go wcale nie przekonywałam! Powiedziałam, że nie chcę, żeby odchodził, ale siłą go i tak nie zatrzymam. Że nawet jeśli jakimś cudem chciałby teraz zostać, i tak byłabym za tym, żebyśmy na chwilę odpoczęli od siebie... dla nas samych. I że proponuję mu poradnię - nawet nie po to, żebyśmy na siłę próbowali wrócić do siebie, ale chociażby po to, że jeśli mielibyśmy się rozstać, to żebyśmy mogli zrozumieć dlaczego i nie rozstawali się w gniewie. Twierdzi, że nie rozstajemy się w żalu, ale jego zachowanie na to w ogóle nie wskazuje, niestety.... Ale po prostu jak w głową w mur. Po 10 min. ogłosił, że chce spać, bo wstaje rano do pracy i nie chce kontynuować tematu. Koniec. Kropka.

Czeka mnie naprawdę ciężki tydzień. Muszę stawić czoła rodzicom, powiedzieć im o tym, co się dzieje. Koleżanka zaproponowała mi przeprowadzkę do siebie na jakiś czas, żebym w najgorszym teraz okresie nie była sama. Ale nie wiem czy to dobry pomysł..? Raz, że mieszka w małym mieszkaniu z bratem, sama ma mnóstwo na głowie teraz. Dwa, że ja mam dużego psa, którego nie mogę zwalić na głowę ani mojej mamie, która i tak już dużo się z nim zajmuje, ani wcisnąć go do ciasnego mieszkania w mieście... A trzy, że może powinnam zostać w domu i zmierzyć się jakoś logicznie z tym wszystkim, co mnie tu czeka? Choć wiem, że będzie strasznie ciężko, nawet sobie tego nie chcę wyobrażać... Mama się załamie, a ojciec nie da żyć ani jej, ani mnie... Znowu będzie chlał i snuł swoje wywody, że to jej wina, bo tak mnie wychowała, i moja wina, że się nie nadaję do życia, że to dlatego, że Bóg mnie pokarał, bo nie chodzę do kościoła, bo nie zadbałam o męża jak powinnam, bo nic tylko jeżdżę na pracy weekendami, pracuję na nocki, a w dzień odsypiam, co to za życie, powinnam siedzieć w domu i bawić dzieci..., że nie mieliśmy ślubu kościelnego, że nie mamy dzieci, że nie nadaję się do życia... że przynoszę wstyd rodzinie...
Już to mam na co dzień. Mieszkam w domu z rodzicami, ale ojca widuję rzadko, od jakiegoś czasu po prostu tego unikam jak ognia. Ale jak już go widzę, to non stop o coś pretensje... Sam nie wiódł przykładnego życia, a teraz nagle wódka i nuda uderzają mu do głowy i chce zbawiać świat za pomocą swoich chorych krucjat. I nie ma opcji, żeby mu przemówić do rozumu. Żadnych. Ostatnio odwiedziła nas rodzina ze Śląska, oczywiście coś wypił i juz zaczął mi prawić osobiste morałych przy wszystkich. Nie wytrzymałam i bez ogródek go z tych nerwów zripostowałam, bo najzwyczajniej w świecie narobił mi wstydu - raz, że przed rodziną, dwa, że przed rodziną, którą widzę raz na 10 lat. Nie chcę go zranić, nie chcę mu wywalić prawdy przed oczy, że to po części jego wina, to wszystko, co mnie spotyka, jaka jestem, jakie mam podejście do życia, do związku... bo to zawsze ojciec... ale mam już w sobie tyle złości, że boję się, że pęknę po prostu... Naprawdę nie wiem jak ja to zniosę... sad

29 Ostatnio edytowany przez zmierzch (2015-11-25 14:52:42)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
unhappy_m napisał/a:

Nie chcę go zranić, nie chcę mu wywalić prawdy przed oczy, że to po części jego wina, to wszystko, co mnie spotyka, jaka jestem, jakie mam podejście do życia, do związku... bo to zawsze ojciec... ale mam już w sobie tyle złości, że boję się, że pęknę po prostu... Naprawdę nie wiem jak ja to zniosę... sad

Monika
Powstrzymaj się, nie pękaj, nie wyrzucaj ojcu jego win w kształtowaniu ciebie.
Gdy będziesz na niego mega zła i będziesz miała ochotę mu nawrzucać, to pomyśl, że on też miał rodziców, którzy go wychowali na osobę, którą jest teraz.
Skoncentruj swoją uwagę i energię na sobie, nie na osobach i okolicznościach zewnętrznych. Nie szukaj winnych.
Będziesz teraz miała ojazję podczas terapii (polecam także pracę własną) na przyjrzenie się mechanizmom, które "kierowały i kierują" twoim zachowaniem, zrozumieć ich przyczynę i spróbować je zmienić. Zmienić siebie.
Masz szansę wreszcie zacząć w pełni świadomie kierować swoim życiem, zapanować nad automatycznymi reakcjami, których wyuczyłaś się we wczesnym wieku.
Gdy to pojmiesz, zrozumiesz i wdrożysz, przestaniesz mieć do kogokolwiek żal i pretensje o swoje własne emocje i zachowania. Pojmiesz, że kaźdy postępuje na miarę swojej świadomości. Twój ojciec także.

30 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-25 15:20:16)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
zmierzch napisał/a:
unhappy_m napisał/a:

Nie chcę go zranić, nie chcę mu wywalić prawdy przed oczy, że to po części jego wina, to wszystko, co mnie spotyka, jaka jestem, jakie mam podejście do życia, do związku... bo to zawsze ojciec... ale mam już w sobie tyle złości, że boję się, że pęknę po prostu... Naprawdę nie wiem jak ja to zniosę... sad

Powstrzymaj się, nie pękaj, nie wyrzucaj ojcu jego win w kształtowaniu ciebie.
Gdy będziesz na niego mega zła i będziesz miała ochotę mu nawrzucać, to pomyśl, że on też miał rodziców, którzy go wychowali na osobę, którą jest teraz.
Skoncentruj swoją uwagę i energię na sobie, nie na osobach i okolicznościach zewnętrznych. Nie szukaj winnych.
Będziesz teraz miała ojazję podczas terapii (polecam także pracę własną) na przyjrzenie się mechanizmom, które "kierowały i kierują" twoim zachowaniem, zrozumieć ich przyczynę i spróbować je zmienić. Zmienić siebie.
Masz szansę wreszcie zacząć w pełni świadomie kierować swoim życiem, zapanować nad automatycznymi reakcjami, których wyuczyłaś się we wczesnym wieku.
Gdy to pojmiesz, zrozumiesz i wdrożysz, przestaniesz mieć do kogokolwiek żal i pretensje o swoje własne emocje i zachowania. Pojmiesz, że kaźdy postępuje na miarę swojej świadomości. Twój ojciec także.

Postaram się, ale będzie ciężko. Od dawna brak mi cierpliwości do czegokolwiek. Jestem strzępkiem nerwów i podręcznikowym przykładem frustracji.
Największym paradoksem mojej relacji z ojcem jest to, że całe życie słuchałam jego wywodów nt. szczęścia. Jak to trzeba uważać na to z kim się człowiek wiąże, bo jak się źle wybierze, to będzie się nieszczęśliwym przez całe życie (w domyśle: "patrz na to jak ja się muszę męczyć z Twoją matką"). Że trzeba żyć w zgodzie ze sobą i być z taką osobą, która podziela te same wartości. A od jakiegoś czasu zajmuje się tylko krytykowaniem mnie i mojego życia. Już nie ważne jest dla niego moje szczęście, to, czego ja mogłabym chcieć, a to, jak wg. niego powinnam żyć - poświęcenie dla rodziny tylko i wyłącznie. W tym co mówi jest tak wiele sprzeczności, że nie jestem pewna czy w ogóle ma jeszcze jakiś kontakt z rzeczywistością i sobą samym, bo z kolei mamie wyrzuca, że to ona go unieszczęśliwiła. Że został z nią tylko dla dzieci,a to był błąd, bo nie takiego życia oczekiwał. Wiem, że nie powinnam się nim sugerować, nie powinnam się sugerować nikim poza sobą, ale rodzina zawsze będzie miała na nas największy wpływ. A ja z tą rodziną muszę jakoś egzystować... A póki co nie mam żadnych argumentów, by otrzymać z ich strony jakieś wsparcie, które jest mi teraz potrzebne tak, jak nigdy...

31 Ostatnio edytowany przez renatta (2015-11-25 22:39:46)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Autorko, masz nasze wsparcie, wirtualne i nieznanych Ci osob, ale takie wsparcie jest tez wazne. Warto, zebys widziala to, co dostajesz od ludzi, a nie koncentrowala sie na tym, czego nie otrzymujesz. Nikt, nawet rodzice czy maz (on tym bardziej) nie zyje dla innych ludzi i kazdy daje nam tylko to co wybiera by nam dac. Czasem tego jest malo, bo ktos nie ma z czego dac lub nie chce, ale kazdy z nas i tak dostal, to co najcenniejsze: zycie.

I wystarczy - teraz jestes Ty - dorosla kobieta, ktora dalej sama madrze pokieruje swoim zyciem i nauczona bledami rodzicow nigdy ich nie powtorzy. Zapewni sobie i swoim jeszcze nienarodzonym dzieciom szczesliwe, piekne zycie.

Pisz tutaj o swoich emocjach, decyzjach, nie przejmuj sie ze ktos pisze moze nie tak, jakbys chciala teraz uslyszec. Bierz pomoc, jaka ludzie Ci daja, ale nie stoj nad pusta studnia, gdy jestes spragniona.

32 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-26 08:43:54)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
renatta napisał/a:

Autorko, masz nasze wsparcie, wirtualne i nieznanych Ci osob, ale takie wsparcie jest tez wazne. Warto, zebys widziala to, co dostajesz od ludzi, a nie koncentrowala sie na tym, czego nie otrzymujesz. Nikt, nawet rodzice czy maz (on tym bardziej) nie zyje dla innych ludzi i kazdy daje nam tylko to co wybiera by nam dac. Czasem tego jest malo, bo ktos nie ma z czego dac lub nie chce, ale kazdy z nas i tak dostal, to co najcenniejsze: zycie.

I wystarczy - teraz jestes Ty - dorosla kobieta, ktora dalej sama madrze pokieruje swoim zyciem i nauczona bledami rodzicow nigdy ich nie powtorzy. Zapewni sobie i swoim jeszcze nienarodzonym dzieciom szczesliwe, piekne zycie.

Pisz tutaj o swoich emocjach, decyzjach, nie przejmuj sie ze ktos pisze moze nie tak, jakbys chciala teraz uslyszec. Bierz pomoc, jaka ludzie Ci daja, ale nie stoj nad pusta studnia, gdy jestes spragniona.

Dziękuję.
Wczoraj rozmawiałam z mamą. Pierwszy raz w taki sposób. Powiedziałam jej praktycznie wszystko, co we mnie siedzi.Przed rozmową ręce mi się trzęsły i bałam się, że się w pewnym momecie załamię, ale wiedziałam, że ona jest mocno przewrażliwioną osobą i może nawet jej się coś stać, gdy usłyszy takie rzeczy. Wyłożyłam jej więc na spokojnie praktycznie wszystko. I chyba nawet sensownie w miarę, bo na początku zaczęła panikować, ale potem się uspokoiła. Oczywiście ponad połowa rozmowy to było jak zwykle jej "ja":"ja czułam", "ja wiedziałam", "ja się nigdy nie mylę"... i wszystkie przykre jej historie życia z ojcem. Ale wysłuchałam tego na nowo, na spokojnie. Powiedziała, że mi pomoże jak będzie mogła i muszeęteraz żyć tak, żeby mój mąż żałował tego, co stracił. Oczywiście ciągle nie może zrozumieć, że z jej strony też potrzebuję pewnego rodzaju swobody, że nie może mnie uważać wciąż za małe dziecko, co starałam się jej delikatnie wyłożyć. Gdy wspomniałam o możliwej przeprowadzce i samodzielnym życiu W KOŃCU! za jakiś czas - nawet nie chciała tego przyjąć do siebie. Ale chyba na to potrzeba jeszcze trochę czasu, wydaje mi się... To wszystko jest jeszcze szokiem.

Mówila mi potem, że rozmawiała z ojcem, więc chociaż tą rozmowę chyba w miarę mam za sobą. Wyrzuciła mu jego postawy wobec mnie. Że nie tak powinien zachowywać się ojciec wobec córki, powinien być wsparciem, a on mnie tutaj zaszczuł, przy czym sam nie wiódł przykładnego życia... Ojciec stwierdził, że się pakuje i wyprowadza (czego nie zrobi, bo to jest cykliczny klasyk z jego strony), i będzie sobie rządziła w domu sama.

Dziś rano jeszcze złapała mojego męża, jak pakował swoje rzeczy. Prosiłam ją, aby nie interweniowała, ale nie mogłam jej na siłę niczego zabronić. Prosiła go, by mnie nie zostawiał. Pytała dlaczego to robi, że to normalne, że ludzie się docierają latami i na tym polega małżeństwo. Czy ma kogoś innego..? Z czyjej to winy..? czy z ich winy..? No cóż, i tak nic nie wskórała, ale przynajmniej sama się przekonała, że żadne pertraktacje tu nie mają szans...

Właśnie przyszła do mnie zabeczana, że ma ciśnienie, że nie mogła spać... że może udaru dostać... i jak tu nie zwariować..?

Przepraszam, że tak wszystko tu opisuję. Ale na chwilę obecną nie mam kontaktu praktycznie z nikim. Przyjaciele, owszem, pomagają mi w miarę możliwości, ale mam ogromne wyrzuty sumienia, gdy zasypuję innych swoimi sprawami. Jestem takim typem człowieka, który nie może wytrzymać, gdy coś mu siedzi na sercu i po mamie mam gadulstwo, niestety. A zawsze starałam się być tą osobą, która wspiera innych, do której każdy ładuje ze swoimi problemami... i czuję po prostu winna, gdy sama wylewam się innym ze swoimi żalami... A tutaj przynajmniej nikt mnie nie zna, jakoś jest łatwiej... I to, że się nie znamy, przynajmniej daje mi poczucie Waszej bezstronności wobec tego wszystkiego, co się dzieje. Naprawdę mi to jakoś pomaga. Dziękuję.

33

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Pierwsza sprawa- zacznij szukać normalnej pełnoetatowej pracy w mieście, druga sprawa zacznij szukać mieszkania. Swojego! Bez męża bez rodziców. Zajmij swój umysł czymś innym. Postaw teraz na siebie! Osiągnij to czego tak Ci brakowało. Bądź samowystarczalna, otaczaj się tylko dobrymi i życzliwymi ludźmi, a nie toksycznymi! Zobaczysz jak w tym się spełnisz to wszystko się zmieni na lepsze. Mąż miał prawo wyboru i wybrał nie oszukiwał Cię. Ty czujesz, że poświęciłaś mu się a on Tobie nie. Ale dobrze zrobił. Wykorzystał terapię wstrząsową- teraz masz szansę ruszyć swoje życie i ułożyć je tak żebyś była szczęśliwa.

34 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-26 15:20:05)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Dzwoniła do mnie teściowa. Poprosiła o spotkanie jutro. Zgodziłam się chętnie, bo sama miałam plan na początku, żeby się do niej udać i z nią porozmawiać. Już nawet nie po to, żeby ją przekonać, żeby wpłynęła jakoś na mojego męża (bo wiem, że może mieć takie środki, jest mądrą i życiową osobą, ma z moim mężem bardzo dobrą relację i jej opinia jest dla mojego męża bardzo ważna). Ale po to, by uświadomić jej, całej rodzinie męża, którą bardzo lubię (i która lubi mnie), że nie wyrzuciłam męża z domu (a wiadomo, że to czasem bywa pierwszym wyobrażeniem w takich sytuacjach), że jestem otwarta na to, by został i że ja chcę walczyć o to, co między nami jest, czy było.

Po rozmowie z mężem uznałam jednak, że takie spotkanie nie będzie dobrym pomysłem, bo nie chcę, żeby czuł się zaszczuty z niczyjej strony (a nie mam zamiaru dawać mu takiego poczucia, ani tym bardziej wiązać go ze sobą na siłę osobiście, czy za pomocą mediacji kogokolwiek). Ale skoro sama zadzwoniła, to znaczy chyba, że powinnam z nią porozmawiać..? Bo wiem, że mój mąż za wiele jej nie powie - taki jest - albo powie co nieco, a oni i tak będą chcieli wysłuchać obu stron, żeby wysunąć własne obiektywne w miarę wnioski na temat tego, co się stało.

No więc pojadę. Cieszę się, że zadzwoniła.


lilianna90

A zmiany i tak są u mnie postanowione. Psycholog i praca nad swoimi obawami. Rozliczenie się z przeszłością i patrzenie w przyszłość. Jeśli będzie ona z mężem - to dla mnie lepiej. Ale nie chcę, żeby to wyglądało tak, jak dotychczas. Za nic w świecie. Chcę nauczyć się samodzielności w związku, dowiedzieć się jak można pogodzić bycie z kimś z brakiem wiecznego poczucia zagrożenia własnej indywidualności. Muszę się przestać bać 'robić swoje'. A przede wszystkim przestać się bać. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale i tak to, co już jest, jest dla mnie wielkim krokiem. Nigdy nie miałam takiego postanowienia. Jakieś tam były. Ale nie wnosiły ze sobą kompletnie żadnego działania, bo zawsze wybierałam bezpieczeństwo - to, co znam - pomimo, że mnie to unieszczęśliwiało i sprowadzało do destrukcji siebie samej i bliskich mi osób.

35 Ostatnio edytowany przez renatta (2015-11-26 18:37:03)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

"A przede wszystkim przestać się bać".
I to wlasnie chodzi. Strach bywa pomocny w sytuacjach realnego zagrozenia zdrowia, zycia czy innych waznych wartosci, bo nadaje kierunek dzialaniu i pomaga wyzwalac potrzebna energie. A lek odwrotnie - wystepuje nawet, gdy realnego zagrozenia nie  ma, nie jest ukierunkowany i nie motywuje, tylko paralizuje. Taki lek jest zwykle zwiazany z poczuciem dziececej bezradnosci, moga tez wywalac go traumy przezyte w pozniejszym wieku, ktore czlowieka spychaja do roli dziecka.

"Dorastajac", stajac na wlasnych nogach, biorac odpowiedzialnos za wlasne zycie, sprawisz, ze ten lek bedzie sie zmniejszal, az w pewnym momencie nie bedzie go wcale i wtedy bedzie przestrzen na przyjecie milosci i obdarzanie nia innych.  Pracuj z psychologiem, a oprocz tego planuj i realizuj zycie jako samodzielna, dorosla kobieta. Masz taki piekny wiek, cale szczesliwe zycie przed Toba.
"A zmiany i tak są u mnie postanowione" - no i wspaniale:-)

36 Ostatnio edytowany przez unhappy_m (2015-11-26 19:17:56)

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
renatta napisał/a:

"A przede wszystkim przestać się bać".
I to wlasnie chodzi. Strach bywa pomocny w sytuacjach realnego zagrozenia zdrowia, zycia czy innych waznych wartosci, bo nadaje kierunek dzialaniu i pomaga wyzwalac potrzebna energie. A lek odwrotnie - wystepuje nawet, gdy realnego zagrozenia nie  ma, nie jest ukierunkowany i nie motywuje, tylko paralizuje. Taki lek jest zwykle zwiazany z poczuciem dziececej bezradnosci, moga tez wywalac go traumy przezyte w pozniejszym wieku, ktore czlowieka spychaja do roli dziecka.

"Dorastajac", stajac na wlasnych nogach, biorac odpowiedzialnos za wlasne zycie, sprawisz, ze ten lek bedzie sie zmniejszal, az w pewnym momencie nie bedzie go wcale i wtedy bedzie przestrzen na przyjecie milosci i obdarzanie nia innych.  Pracuj z psychologiem, a oprocz tego planuj i realizuj zycie jako samodzielna, dorosla kobieta. Masz taki piekny wiek, cale szczesliwe zycie przed Toba.
"A zmiany i tak są u mnie postanowione" - no i wspaniale:-)

Właśnie! To jest chyba to słowo 'klucz' - lęk. Znałam rozgraniczenie pomiędzy strachem, a lękiem, ale jakoś o tym nie pomyślałam. To właśnie są lęki. Do tej pory od razu rezygnowałam ze wszystkiego, co budziło we mnie lęk. Na starcie. Z góry zakładałam niepowodzenie, ośmieszenie, stratę czegoś. Więc nie podejmowałam ryzyka. Nawet w najprostszych, codziennych rzeczach. A jeśli już się na coś odważyłam, to zazwyczaj przyjmowałam postawę olewniczą - że mi nie zależy. Być może dlatego, żeby nie cierpieć z powodu porażki, być może też dlatego, żeby inni nie dostrzegli mojej słabości. Ośmieszenia. O tym, że totalnie nie radzę sobie ze stresem już nie wspominam.

Być może wdrukowałam to sobie powielając schemat mamy - ona jest dość przewrażliwioną osobą. Zadawala się więc tym, co ma i niczego nie zmienia, niczego 'więcej' nie chce, a wszystko, co odstaje od codzienności, co wiąże się z jakimś ryzykiem - odrzuca ('bo po co?", 'aaa, tak jest dobrze', 'co ludzie powiedzą?' 'jak to wygląda?', 'kto to widział, żeby..?', 'po co mi to?') I całe życie mnie do tego też namawiała: 'zostań w domu', 'a po co będziesz to robić?', 'a na co ci to?' - na zasadzie NIE RYZYKUJ, UWAŻAJ.

Dopiero teraz to dostrzegłam, mogę się mylić, ale możliwe, że to właśnie jest przyczyną. Moja siostra jest identyczna jak ona i to by potwierdzało teorię.

Najśmieszniejsze jest to, że wszyscy ludzie uważają mnie za osobę bardzo odważną, śmiałą, otwartą. Swojską. Takim też dzieckiem byłam - żywym, wszędzie mnie było pełno, nie stroniłam od przekleństw, bo głównie zadawałam się z chłopakami:> wiecznie ugadana, pupilek nauczycielek w szkole. Chwalono mnie za kreatywność i talenty. A z drugiej strony miałam wieczne kompleksy i bałam się odrzucenia - zwłaszcza w środowisku rówieśników. Nie miałam pod tym względem łatwo, bo całe życie byłam grubszą osobą, dopiero, gdy dorosłam jako tako udało mi się w końcu zrzucić kilogramy. Wem, że nie raz musiałam się mocno nastarać, żeby ktoś nie rzucił do mnie jakimś wyzwiskiem. Ciągle czułam strach, że jak za bardzo się 'wysunę' to ktoś wytknie mnie palcem i zrobi wstyd. Może też dlatego starałam się wiecznie być lubianą i zaakceptowaną... I boję się odrzucenia, straty, ośmieszenia do dziś..?

I nadal tak jest - z zewnątrz odważna, a wewnątrz tkwi jakaś sprzeczność, która nie daje funkcjonować i się odnaleźć. Nie wiem na czym to polega, nie rozumiem tego. Muszę to w końcu wyjaśnić. W jednej chwili jestem duszą towarzystwa, w drugiej mam ochotę się pociąć... Myślałam kiedyś cnad tym, czy aby nie dotyczy mnie dwubiegunowośc. Ale raczej zwalam to na skomplikowaną naturę i brak stabilności emocjonalnej...

37

Odp: Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?
renatta napisał/a:

"A przede wszystkim przestać się bać".
I to wlasnie chodzi. Strach bywa pomocny w sytuacjach realnego zagrozenia zdrowia, zycia czy innych waznych wartosci, bo nadaje kierunek dzialaniu i pomaga wyzwalac potrzebna energie. A lek odwrotnie - wystepuje nawet, gdy realnego zagrozenia nie  ma, nie jest ukierunkowany i nie motywuje, tylko paralizuje. Taki lek jest zwykle zwiazany z poczuciem dziececej bezradnosci, moga tez wywalac go traumy przezyte w pozniejszym wieku, ktore czlowieka spychaja do roli dziecka.

"Dorastajac", stajac na wlasnych nogach, biorac odpowiedzialnos za wlasne zycie, sprawisz, ze ten lek bedzie sie zmniejszal, az w pewnym momencie nie bedzie go wcale i wtedy bedzie przestrzen na przyjecie milosci i obdarzanie nia innych.  Pracuj z psychologiem, a oprocz tego planuj i realizuj zycie jako samodzielna, dorosla kobieta. Masz taki piekny wiek, cale szczesliwe zycie przed Toba.
"A zmiany i tak są u mnie postanowione" - no i wspaniale:-)

Później to już tak, że nie boisz się pójść w tę, czy w tamtą. Po prostu stawiasz życiu czoła, ale bez jakiś trudności, napięcia, szczególnej kalkulacji.  Osiągnięcie takiego staniu pozwala dopiero doświadczać miłość.

Posty [ 37 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Gdy jedno chce, a drugie już nie... Co robić?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026