Jestem żonaty. Staż? 10 lat w styczniu jeśli....
No właśnie.
Najpierw był związek na odległość. 100 km w jedną stronę jeździłem co weekend. I tak przez dwa lata.
Potem ślub,wspólne zamieszkanie (z teściową bo nie mieliśmy lokum). Po kilku latach żona zachodzi w ciążę i jest dobrze. Owszem,od poczatku są scysje,kłótnie-jak u większości ludzi. Z czasem wychodzi że żona ma trudny charakter,cokolwiek potrafi wpędzić ją w furię. A wtedy rzuca tym co wpadnie w rękę.
W czasie ciąży żona rezygnuje z aktywności zawodowej i ten obowiązek spada tylko na mnie.
(Teściowa ma osobne półki w lodówce i finansowo ma gdzieś jak stoimy z forsą).
Rodzi się syn. Mija rok. Żona jest na macierzyńskim,wychowawczym ale dalej jest w domu i zajmuje się synem. Z czasem wspomina że chce mieć kolejne dziecko (docelowo chce mieć troje). Nie mam nic przeciwko ale w głowie rodzi się wizja tego co będzie z mieszkaniem,pieniędzmi,etc.
Teściowa każe czegoś do zamieszkania poszukać.
Syn rośnie,żona dalej w domu a we mnie blokada jakaś powstaje. Z kasą coraz gorzej,syn dużo choruje.
W końcu zdobywam mieszkanie i przeprowadzamy się. (Co prawda 5 przecznic od teściowej ale zawsze).
A żona za wszelką cenę chce kolejne dziecko. Jej frustracja rośnie i coraz częściej są kłótnie o byle co. Żona potrafi złapać za nóż i nim grozić. Jesteśmy białym małżeństwem. Jedziemy finansowo na pograniczu debetu. Pracuję niekiedy po 16 godz.bo skądś kasę trzeba brać a żona dalej swoje.
Epilog:
Żona dalej nie pracuje zawodowo i nie szuka pracy. Jest po szkole handlowej. Blisko jej do Ferdka Kiepskiego z tym że ona nie siedzi w fotelu i piwa nie pije. Nie mówię że nic nie robi bo zajmuje się domem (mimo iż na każdym kroku mówi że to jest moje mieszkanie i ona wszystko ma gdzieś). Ale zawodowo leży.
Zmieniłem wydział w pracy by więcej zarabiać ale nadal ledwo wiążemy koniec z końcem.
Chciałbym mieć drugie dziecko ale myślę że powinno mu się zapewnić godziwe warunki do życia i wziąć pełną odpowiedzialność. Nie mówię o luksusach ale o normalnych warunkach do życia.
(Mamy 16-letnie auto i w tym samym wieku telewizor) ale na więcej nas nie stać.
Nie jestem kimś dla kogo forsa jest oczkiem w głowie. Chcę jedynie przeżyć od 10-tego do 10-tego każdego miesiąca.
Nie sypiamy ze sobą wcale. Nie czuję do żony żadnego popędu seksualnego. Postawiłem mur w psychice i nie burzę go. Mam wrażenie że każde zbliżenie zaowocuje poczęciem a my wtedy nie damy rady a nie oddam dziecka do adopcji bo nie będzie stać mnie na jego utrzymanie. Jest we mnie jakaś wewnętrzna złość,frustracja ale wyładowuję to w pracy.
Nie jestem święty. Nigdy żony nie zdradziłem i coś takiego mi się w głowie nie mieści. Nie mam żadnych nałogów a alkohol stoi zakurzony w barku. Nie szwędam się z kumplami po knajpach ani nie jestem hazardzistą. Jestem jak nie-facet.
Powinienem żonę ^wykopać^ do roboty i wszyscy (nawet teściowa) mi to radzą ale żona od razu reaguje agresywnie i ^ją nie obchodzi ale pieniądze co miesiąc mają być^. Nie umiem do niej dotrzeć a uczucia między nami są jak wygasły wulkan... To gdzie tu mówić o ^posiadaniu^ kolejnego dziecka..
Polityka prorodzinna w tym kraju jest taka jak papier toaletowy...
W dodatku syn zaczyna niektóre zachowania matki powtarzać bo złośnik rośnie straszny...
Wybaczcie że smęcę ale mam wrażenie że do rozwodu blisko a straty syna chyba bym nie przeżył.
P.s.
Mam nadzieję że wątek trafił do właściwego działu.