Hej.
Jestem tu nowa, chociaż na forum pojawiałam się sporadycznie jako obserwator od paru lat.
Uznajmy, że mam na imię Maja. Mam 22 lata. Ta historia będzie długa, zastrzegam na początku. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać moich wypocin, to nie ma sensu zagłębiać się w to, co będzie dalej. Chcę opisać w tym temacie również moje lata młodzieńcze, uważam, że wszystko może mieć wpływ. I w Waszych radach nadzieja, bo mnie już to przerasta.
Do rzeczy...
Zacznę od swojej obecnej sytuacji i od stanu, w którym się znajduję. Jestem totalnie bezradna, chwyciłam się wszelkich możliwych opcji, by ratować swój związek. Czuję, jakby mój facet w ogóle nie dbał o mnie, nie starał się. Przeważnie to ja wychodziłam z inicjatywą. Od jakiegoś roku TYLKO ja. Jestem osobą, która zawsze patrzy na dobro innych, dopiero w którejś tam kolejności na dobro swoje. Mamy 14 miesięczną córkę. Jednak nie zaniedbuję go z tego powodu, wręcz przeciwnie. To ja załatwiałam raz na jakiś czas małej nocleg u dziadków, a sama w ekspresowym tempie sprzątałam mieszkanie, przygotowywałam coś ekstra na kolacje, dbałam o oprawę (muzyka, świeczki, ubiór, kąpiel, masaż)... To ja proszę się jak pies o jakieś zainteresowanie w moim kierunku. Na co dzień. Nie chodzi mi o prezenty, o coś wyrafinowanego. Po prostu o rzeczy, które w związkach są na porządku dziennym, czyt. przytulenie, pocałunek, miłe słowo, miły gest, seks. Wczoraj miałam ochotę na seks, on praktycznie w ogóle jej nie ma i czuję, jakby robił to z obowiązku. Od początku związku było z nim pod tym względem coś nie tak. Potem na parę miesięcy uległo zmianie i znowu zimny, jak lód. Seks jest krótki. Rzadko który stosunek mogę nazwać świetnym. Sama mam ogromne potrzeby, przez ich niezaspokajanie czuję się nieatrakcyjna, beznadziejna, odrzucona, a od jakiegoś czasu powoli zaczynam być sfrustrowana! Cholera, mamy po 22 lata, czy 50? Czasem mam wrażenie, że ludzie po 50-tce mają bogatsze życie seksualne, niż ja. Sama spełniłam KAŻDĄ jego fantazję seksualną, zawsze byłam otwarta na nowości. Sama chciałam je wprowadzać... Ale dobra, gdyby w ciągu dnia zachowywał się jakoś inaczej. A on jak dziecko... Gdy wieczorem oglądamy film siadamy na dwóch różnych kanapach, albo na jednej dużej każde w jednym końcu. Nie umiem lepiej tego wytłumaczyć, po prostu nie ma między nami czułości. Rozmawiałam, prosiłam, błagałam, krzyczałam, płakałam i tak w koło. Kiedyś była chociaż chwilowa poprawa, teraz nie ma żadnej. Ja dbam o dom, on raz na jakiś czas coś zrobi i to tak wolno, że szlag mnie trafia. W ciąży prawie umarłam, miałam sepsę. Uratowali mnie w innym mieście, ale mało brakowało, a na świecie nie byłoby ani mnie, ani naszej córeczki. Po sepsie mam cały szereg powikłań, nie jest najlepiej u mnie ze zdrowiem, muszę chodzić do lekarzy itd., chociaż mój ogólny stan jest dobry. Chodzi mi o to, że on dba tylko o siebie. Nie wiem, co by mi musiało się stać, żeby mnie dostrzegł. On nie dostrzega tego, że mógł nas nie mieć. Po porodzie nie olewałam go. Miałam ochotę na zbliżenia. Dbałam o nas. Chciałam walczyć o normalną, kochającą się rodzinę dla naszej córki, dla nas. Nie wiem, coraz bardziej wątpię, że uda się ją stworzyć. Na wrzesień 2016 mamy zarezerwowaną datę ślubu. I tylko ja poruszam ten temat, pieniędzy, organizacji. On nawet mi się pytał, kiedy ma egzaminy w szkole, czy kiedy brał wolne w pracy... Wszystkim mnie obarcza. Jak mu się poskarżę, całą winę zrzuca na mnie... Już nie wiem, co robić. Wiem, że cały wpis jest chaotyczny, przepraszam. W razie co, odpowiem na pytania, jeśli ktoś będzie chciał mi pomóc.
Edit:
W tym wszystkim zapomniałam pokrótce napisać o swojej przeszłości. Byłam rozrywkowa, miałam w koło siebie pełno ludzi, przyciągałam ich. Byłam lubiana. On nigdy nie chciał nigdzie wychodzić, a jak wychodził, to prawie się nie odzywał, chociaż też zjednywał sobie ludzi. Teraz widzę, że to cholernie prosty człowiek. A przy mnie nie ma już nikogo...