Brzmi to tak, że jedyna odpowiedź jaka się nasuwa to "czemu jesteście nadal parą?"
Sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż kocham swojego partnera bardzo, jest wspaniałym człowiekiem, dba, kocha, jest wierny, uczciwy - ideał!! Poza tym, że nie dopasowaliśmy się w łóżku. Od początku (3 lata) nie było takiego ogromnego pożądania, chemii, tego czegoś co sprawia, że się chce wszędzie i o każdej porze. Sam seks też nie był idealny... Teraz jak patrzę na tą sytuację to niestety zakochałam się w człowieku, nie w kochanku. Nie przypominam sobie żadnej chwili pożądania, namiętności, aż i seks się skończył, bo nie miałam na niego ochoty... może nie miałam ochoty na seks z tym partnerem, bo mnie nie pociąga, nie podoba mi się fizycznie, a do tego nie ma tej energii i odwagi którą uwielbiam, tej namiętności. Doszukuję się przyczyn tej sytuacji i wydaje mi się, że wynika to z notorycznego braku pocałunków - mój partner nie lubi się całować
i tego, że brak mu tego pazura. Poprzedni partnerzy wręcz "rzucali" się na mnie z pożądania i mówili że jestem najpiękniejsza, mam najlepszy tyłek i podczas stosunku także okazywali podziw i zadowolenie. Mój partner oskarża mnie o oziębłość i ma rację,ale myślę, że sam także jest oziębły i nie pokazuje uczuć. Stan ten męczy mnie strasznie i nie radzę sobie z tym. Wyobrażam sobie innych mężczyzn, inne związki i seks z innymi. Jak zachęcałam go do seksu pod prysznicem to usłyszałam, że za ciasny, więc na seks "pozałóżkowy" także nie ma szans. Jak mam spędzić tak kilkadziesiąt lat małżeństwa? Bez zaspokojenia? Może jest to możliwe i mnóstwo par tak ma i tylko sobie wymyślam?
Jestem młodą kobietą, ślub za pasem,a ja boję się, że wraz z nim stracę seks bezpowrotnie,a tego nie chcę... Lubię seks,ale z tym partnerem nie osiągnę tego uczucia, którego pragnę, bo to nie jego styl i temperament. Z drugiej strony mam idealnego partnera.
Ktoś widzi szansę na rozwiązanie tej sytuacji?