Witajcie,
Jestem pod wrażeniem przenikliwosci wielu z Was. Mam więc nadzieję, że spójrzycie chłodnym okiem na moją sytuację i doradzicie cosik mądrego.
Mamy po 34 lata, jesteśmy razem od 18, małżeństwem od 13. Mamy dwójkę dzieci: numer jeden lat 4, numer dwa niedługo osiągnie piękny wiek 4 miesięcy. Oboje jesteśmy bardzo aktywni zawodowo, więc postanowiliśmy po urodzeniu drugiego dziecka razem wziąć urlop i spędzić kilka miesięcy wspólnie, jako rodzina. Mąż będzie na urlopie nieco dłużej, ponieważ jego praca ma charakter wybitnie wyjazdowy i nie chce zostawiać nas samych. Mamy dobrą sytuację finansową, ale, żeby we wszechświecie była równowaga, ja od kilku lat choruję neurologicznie. Moja choroba to jednak nie problem, już ją oswoilismy. Problem jest zupełnie gdzie indziej.
Oboje mamy bardzo silne charaktery. Ja jestem hiperaktywna, niecierpliwa, nadopowiedzialna i zorientowana na cel, co jest jeszcze spotęgowane wieloletnim przyjmowaniem leków. Jestem w trakcie psychoterapii. Mąż jest wybuchowy, wyrzuca z siebie emocje jak wulkan, resetuje się i wraca do równowagi. Ja konflikty noszę w sobie długo. Rozumiemy się w ważnych kwestiach, wspieramy się, dużo rozmawiamy, szanujemy swoje dokonania zawodowe i jesteśmy z siebie nawzajem dumni. Niestety, w przyziemnych, codziennych sytuacjach: niewłaściwe bułki czy źle odstawiamy kubeczek stają się przyczynkiem do trzeciej wojny światowej. Tak było zawsze, ale z wiekiem wady ulegają swoistemu zwapnieniu, więc problem narasta. Nie chcę, żeby patrzyły na to moje dzieci. Starsza ostatnio powiedziała "Nie kłóccie się", kiedy w gorącym tonie rozmawialiśmy o książce. Przyznaję, że ja jestem odpowiedzialna za większość konfliktów, ale sama się o te bułki ze sobą nie kłóce! Byliśmy na terapii. Werdykt? Kochamy się, małżeństwo jest bardzo ożywione, ja mam problemy z nadmiernym kontrolowaniem - do przepracowania. No i pracuję, ale mąż by chciał, żebym wrzuciła na luz, a ja najwyżej redukuje bieg. Stanowisko męża: kocham cię, odpowiadasz mi, chcę z tobą być, ale jak mi się coś nie spodoba, to będę krzyczał i nie dam sobie wejść na głowę. Stanowisko moje: mam dosyć kłótni, niszczymy życie dzieciom, chcę żyć z kimś spolegliwym, jak np. miłe zwierzątko futerkowe.
Teraz prośby i pytania do Was:
Czy ktoś z Was jest w takim związku? Jak sobie radzicie? Jak to wpływa na Wasze dzieci?
A może mieliście takich rodziców? Jak wspominacie dzieciństwo?
Jesteśmy po wieczornej kłótni. Mąż dziś wyjechał, przez wyjazdem mnie przutulal i całował, a ja go miałam ochotę pogryźć...