Witam
Na wstępie chce podkreślić, ze zdaje sobie sprawę z tego ze jest to forum dla kobiet.
Mimo to, jest to dla mnie bardzo ważne abyście spojrzaly i wyraziły opinie czy zdanie na temat mojej historii. Jest dosyć długa ale to po to byście widziały czym w pewnych chwilach się kierowałem.
Mam 22 lata. Ona 19.
Poznaliśmy się dawno bo jakieś 6 lat temu dzięki wspólnym znajomym. Ja znałem ich już kilka lat ona ledwie parę miesięcy czy może nawet tygodni. Podobno z jej strony była to miłość od pierwszego wejrzenia - ja nie zwracałem na nią prawie uwagi. Blisko przez 2 lata odkąd się poznaliśmy starała się zwrócić na siebie moja uwagę - jednak nasz kontakt czy spotkania w głównej mierze odbywały się przy imprezach wśród znajomych. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że nie traktuje mnie jak innych, jednak niestety ja nie widziałem tego w tamtym czasie jako czegoś poważnego. Z reszta w wieku 16 lat ciężko mówić o sobie że było się poważnym. Zwlaszcza w uczuciach. Wiadomo z czasem doszło do tego ze ją przytuliłem czy nawet pocalowalem - nie chciałem jej robić nadzieji ze będzie z tego związek. Z czasem widywalismy się rzadziej - juz nie co tydzień a co miesiąc - każde miało swoje życie i w tamtym czasie przypadkiem znalazłem kogoś z kim byłem półtora roku. Ona o tym wiedziała bo nie ukrywalem tego ze kogos mam. Byłem wtedy szczęśliwy bo się zakochałem pierwszy raz w zyciu. Niestety zakończyło się przykrym rozstaniem i to z mojej winy. Wtedy jakoś po czasie się pozbieralem. Znów były imprezy, znów żyłem swoim kolorowym życiem. Znów byłem głupim gnojem i nie chciałem więcej niż to co miałem - czyli prawie nic.
Niestety - zdarzyło się coś co bardzo mną wstrząsnęło... Nie będę pisać co jednak w skrócie była to bardzo gorzka życiowa lekcja.
Miałem już 18 lat - stwierdziłem ze pora skończyć ze szczeniackim życiem jakie prowadziłem. Wiedziałem ze praca i szkoła w tym mi pomogą - brakowało tylko osoby która nadalaby jeszcze sens i motywację. Wtedy pojawiła się znów ona - wiedziałem ze nie jestem jej obojętny, jednak ja nie wiazalem z nią tak silnych emocji i uczuc. Wiedzialem ze mogę ją mieć obok siebie jako swoją dziewczynę w każdej chwili. Przez głowę przeszła mi myśl aby spróbować, jednak równie mocno zdawałem sobie sprawe, ze jeśli coś nie wyjdzie i ze nawet będąc z nią później, nic nie będę nadal czuł to ją zranie. Nie mogłem na to pozwolić aby cierpiała przez jakąś moja fanaberie ze chce na siłę poukładać sobie życie. Nigdy nie robiłem nic na siłę bo sądziłem że wszystko przyjdzie do mnie samo - tym razem postanowilem inaczej i postawiłem wszystko na jedną kartę - ryzykując nie swoje a uczucia mlodej i rozsadnej dziewczyny.
Początki są piękne - i to aż za bardzo...
Wróciłem do technikum. Chwytalem się różnych prac i zajęć aby zawsze mieć głupie parę złotych. Czułem że powoli mimo tego co się stało odżywam i staje na nogi. Jeśli chodzi o nasz związek byłem zaskoczony. Okazała się naprawdę sympatyczną dziewczyną. Wiedziałem że patrzy na świat bardzo dojrzałe jak na swój wiek jeszcze zanim się z nią związałem. W porównaniu do wielu dziewcząt wiedziała czego chce i jak to osiągnąć. Widziałem że przy mnie jest szczęśliwa - mówiła mi czesto patrząc w oczy że mnie kocha. Ja obiecałem sobie że póki nie poczuje tego samego do niej to nie powiem jej takich słów. Mijały tygodnie - poznawałem ją codziennie bardziej. W porównaniu do mojego poprzedniego związku była ideałem. Zdałem sobie sprawę że popełniłem wczesniej sporo błędów i obiecałem sobie też to, że tym razem ich nie powtórzę. Poznałem jej rodziców - polubili mnie a z czasem byłem u niej w domu częstszym gościem. Mijały kolejne tygodnie - poczułem że od jakiegoś czasu nie jest mi już obojętna. Tak zakochałem się. Byliśmy szczęśliwi z siebie - nie mieliśmy się nawet o co kłócić - powiem Wam szczerze że tamten okres trwajacy blisko roku to jak do tej pory byl najlepszym jaki miałem w zyciu.
Niestety chyba w każdym związku przychodzi czas na jego próbę...
Wiadomo jakieś typowe kłótnie się pojawiły ale zawsze finalnie kończyło się dobrze. W porównaniu z tym co przeczytacie dalej to przykladowo moje spóźnienia po pół godziny gdy się umawialiśmy były niczym. Niestety nasze szczęście było komuś nie na rękę i wyszło sporo dziwnych plotek - nie przejmowalismy się tym i choć w pewnym momencie było już blisko ku końcowi to okazało się że umocniło to nas dwa razy bardziej. Ludzie rzucali nam kłody pod nogi a my przestalismy reagować - można powiedzieć żartobliwie że byliśmy lokalnymi celebrytami. Czas mijał dalej a my byliśmy szczęśliwi.
Jednak przyszedł ten najgorszy moment...
Nie wiedziałem co się stało - coś pękło bo dawała mi do zrozumienia że nie chce juz ze mną być. Rozstalismy się jednak nie na długo bo może max tydzień. Pamiętam to dobrze. Bylo to jakieś dwa lata temu może i wiecej - przyszedłem do niej jak zwykle. Otworzyła mi zapłakana więc natychmiast spytałem co się stało. Przyznała się do tego że mnie zdradziła - spotykała się z kimś i nie chciała powiedzieć kto to. Płakała, przepraszała i prosiła żebym jej nie zostawił. Bez słowa wyszedłem trzaskajac za soba drzwiami - nie moglem w to uwierzyć. Wtedy zrozumiałem że Karma chyba istnieje. Mój wcześniejszy związek o którym pisałem Wam na początku zakończył się właśnie z tego powodu. Zdradziłem więc i zostałem zdradzony. Co do poprzedniego związku z inną dziewczyna to wybaczyła mi to i staraliśmy się poukładać na nowo to co zniszczyłem. Jednak to nic nie dało - ślad mojej zdrady zniszczył zaufanie jakie do mnie miała i zabił tamten związek. Mimo że ją zdradziłem kochałem ją. Pamietam ze wtedy długo nie mogłem się pozbierać czego skutki i następstwa były bardzo złe.
Od zawsze wierzyłem w ludzi...
Minęło kilka dni - spotkaliśmy się i długo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się od niej z kim mnie zdradziła. To był jej przyjaciel. Wciąż mimo wszystko kochałem ją jak nikogo w swoim życiu. Postanowiłem dać jej szansę a wraz z nią kredyt zaufania takiego jakie miałem do niej wcześniej. Wiedziałem że bez tego nic się nie naprawi. Postawiłem znów wszystko na jedną kartę. Kazałem jej urwać z nim kontakt co zrobiła bez wahań. Kolejne tygodnie były dla mnie trudne jednak mimo tego co się stało traktowałem ją tak jak przed całym zdarzeniem. Starała się z całych sił żeby pokazać mi jak bardzo rozumie to że popełniła błąd. I wiecie? Udało się! Byliśmy znów szczęśliwi. Na tyle ile potrafiliśmy. Mijały nam kolejne wspólne miesiące...
Od zawsze wierzyłem w ludzi - tylko chyba dalej nie wiem gdzie jest granica między wiarą a naiwnością.
Jakoś przypadkiem poznaliśmy grupę całkiem fajnych ludzi. Zawsze starałem się złapać dobry kontakt z nowymi osobami w moim otoczeniu - tym razem również. Kilka wspólnych imprez i wyszło tak że często się wszyscy widywalismy. Jednak po kilku tygodniach jeden z tych nowych ludzi podszedl do mnie chcąc poważnie pogadać. Powiedział mi że gdy nie było mnie w pobliżu to ona zaczęła się do niego przystawiac i że pisze mu czasami bardzo nie fajne w stosunku do mnie SMS. Zamurowalo mnie. Nie wiele myśląc postawiłem ją i jego obok i powiedziałem że ma powiedzieć przy niej to co chwile temu powiedział mi. Zrobił to. Ona się wyparła wszystkiego. Co do wiadomości ktore rzekomo wysłała do niego to ani na jego ani jej telefonie niczego nie było. Były tylko dwa wyjścia. Albo znów trafiliśmy na osobę która z bliżej nie znanych powodów chce namieszać nam w życiu, albo ona tylko udaje że żałuję zdrady. Nie miałem żadnych dowodów na to że ona zrobiła coś złego a po jej stronie stał kredyt zaufania i miłość którą ją obdarzylem. Z tamtymi ludźmi znajomość zakończyliśmy.
Jednak spokój póki się żyje nie trwa wiecznie...
Uplywały kolejne tygodnie. Zaczęły się kłótnie które doprowadziły do rozstania. Powodem który usłyszałem było to że zbyt wiele się od początku związku wydarzyło. Do tej pory nie rozumiem - walczyć o coś usilnie aby potem to porzucić. Gdzie tu sens? Tym razem również po upływie tygodnia czy może nawet trzech doszło do tego że się zeszliśmy. Tęsknota jaka się urodziła kiedy nie byliśmy razem nie pozwalała nam na kłótnie przeź pEwie okres. Jednak te znów się pojawiły a my mimo wszystko się nie poddawalismy. Poznałem juz część jej rodziny ona część mojej. Jednak nie wiedzieć czemu moi bliscy nie darzyli jej specjalnie przyjaznym uczuciem mimo to traktowali ja dobrze. Często mówili żebym się zastanowił co robię - i nie, nie wiedzieli o niczym co się stało między nią a mną. Staraliśmy się o siebie jak mogliśmy - przynajmniej ja. Az do tych wakacji...
Jadąc spotkać się ze znajomymi okazało się że są z paroma nowymi osobami. W porządku ludzie nawet ich dosyć polubiłem. Z dwoma z nich widywalismy się z czasem dość często. To był dopiero początek wakacji. Mój związek z nią od tamtej chwili zaczął wyglądać jak jakas patologia. Krzyki i awantury - zaczęła mnie traktować jak g***o. Non stop prezowala. Starałem się z nią spotkac i porozmawiać - dostalem odpowiedz ze to nie moja sprawa. Pytałem gdzie jest - odpowiedz praktycznie identyczna. W końcu spotkaliśmy się - chciałem jej przemowic jakoś do rozumu i wyjaśnić co się dzieje. Nim zdążyłem zapytać powiedziała ze zostawia mnie bo się z kimś spotyka. Okazało się po paru dniach ze to jeden z tych dwóch których się pojawiło w towarzystwie. Stała się dla wszystkich innym czlowiekiem rodzice nie poznawali swojej córki po tym jak wrócili z wyjazdu do domu. Pytali mnie co się stało - odparł em tylko że już zakończyliśmy nasza znajomość. Skreślila cały nasz związek w chwile. Tego samego dnia straciłem prace i jedyna osobę na której mi zależało.
Uczucia często gubią nas po to mamy rozum...
Wakacje dobiegły końca a wraz z nimi wrócili jej rodzice z kolejnego wyjazdu. Długo też nie musiałem czekać aby usłyszeć od niej że mnie przeprasza i ze popełniła błąd. Chciała naprawić wszystko i jak zwykle w takich momentach zrobiła pyszne jedzenie. Nie wiem czemu jej wybaczyłem. Poprostu ja kocham. Obiecywała że będzie znów taka jak przedtem. Dałem jej szansę i zachowywała się naprawdę tak jak powiedziała. Zakazałem jej oczywiscie spotykania się z towarzystwem w którym przebywała do tej pory. Zgodzila sie bez wahań. Mamy swoją grupę przyjaciół gdzie znamy się po 5 czy 6 lat. W momencie kiedy skreśliła w wakacje mnie to i zrobiła to samo z nimi wiec zgodziła się że powinna ich również przeprosić. Znów pokazała swoją dobrą stronę. Jednak po paru dniach stwierdziła że nie będzie urywać kontaktu z towarzystwem z wakacji. W zamian stwierdziła że zrywa kontakt ze mną. Powod? Zbyt wiele się wydarzyło i nie będzie się dla mnie zmieniać...
Jeśli ktoś dotrwał do tego momentu to jestem Ci wdzięczny za to ze poświęcasz swój czas aby mi pomóc.
Co sądzicie o mojej historii? Co byście zrobili na moim miejscu? Co ja źle zrobiłem? Czy starania o związek mają jakiś sens?