Hej,
chciałabym uzyskać porady raczej psychologiczno- socjologiczne pod moim postem. Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się taka sytuacja i nie wiem czy powinnam rozmyślać nad tym czy po prostu 'olać', być miła ale robić swoje bo np towarzystwo i ludzie i wszystkie sytuacje są toksyczne.
Opiszę siebie- wychowywałam się w domu pełnym miłości, rodzice dbali o mnie i o siostrę. Czasem nawet wydawało mi się, że jestem zbyt udomowiona, że w gimnazjum i podstawówce zamiast latać po podwórku z kolegami i koleżankami, mieć swoje problemy- ja siędzę w domu przy komputerze, przy kartce papieru i rysuję, rozmyślam- mam platoniczne miłości.
Z rodzicami mieszkam nadal - mam 25 lat- ale coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że możliwe,że cały świat nie jest taki jak ja sobie wymarzyłam , taki o jakim opowiadali mi rodzice w dzieciństwie. Że dorośli ludzie mają swoje problemy i nie jest tak jak u nas w rodzinie- bezproblemowo.
Jesli chodzi o sytuacje, które chciałabym nakreślić - są to sytuacje towarzyskie- od 25 lat nigdy nie widziałam aby moi rodzice zorbili imprezę, pozapraszali znajomych. Całe życie kręcili się tylko w kręgu rodzinnym- a rodzinę mamy bardzo małą. Zastanawiam się do tej pory jak rodzice mogą tak funkcjonować- szczególnie mama- która ma tylko jedną koleżankę i która też obwinia tatę za to że jest społecznym alienem i się z nikim nie integruje , nie koleguje.
Tak jakby wszystkie ich znajomości z liceum, ze studiów wyparowały. Ludzie nie są perfekcjonistami i czasem wydaje mi się, że moi rodzice myśleli, że każdy jest taki jak oni. A tak nie jest- i teraz zostali sami. Wiadomo, że na starsze lata grono znajomych się zamyka , przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki , bo ważna jest rodzina każdy ma swoje sprawy itp. Ale dlaczego rodzice innych moich znajomych powiedzmy raz na miesiąc dwa razy na miesiąc spotykają się u innych w domach, piją wino, herbatę, śmieją się, spędzają czas- a moi rodzice nawet nie wyjdą na sylwestra ze znajomymi- zawsze sami. Mama nad tym ubolewa- tata bardzo przywiązany do swojej matki- maminsynek- na starość coraz bardziej leniwy, mama jakby głowa domu. Zawsze miałam taki obraz.
Opisując swoją rodzinę chciałam zauwazyć, że wlasnie dopiero w liceum czy dopiero na studiach zauwazylam , ze relacje międzyludzie są inne niż w mojej rodzinie. Że wiele osób jeżdzi na wesela, że wiele osób integruje się ze sobą rodzinami, że ludzie są bardziej otwarci. Nawte moi dziadkowie byli towarzyscy.
Ja zostałam wychowana w duchu rodziny, że inni też są ważni ale rodzina najważniejsza i najlepiej wszystkie problemy zachować u siebie, nie wychylać się, pokazywać ludziom tylko swoje najlepsze strony aby nikt nie mógł pomysleć sobie coś o nas źle. A widzę, coraz bardziej z każdym rokiem życia, że wlasnie ludzi poznaje się i po dobrych stronach i przywarach. Po każdej emocji a nie tylko po samych superlatywach. Zawsze byłam osobą, której rodzice w szkole pomogli, która miała dobre oceny, nawet w liceum nigdy nie zwierzałam się przyjaciołom, przyjaciółkom z problemów. Dopiero na studiach zauważyłam, że ja jestem alienem społecznym bo nawet z ludźmi w tym samym wieku nie wytworzyłam różnych więzi emocjonalnych- a chodzi tutaj o rozmowy. O zwykłe rozmowy. U mnie w domu mama tylko rozmawiała, tata nie chce do tej pory. Widziałam to przez całe życie- więc zostało mi tak- że jak się nie chce rozmawiać to się olewa i odwraca plecami - a później zwykle biadoli i lamentuje nad konswkwencjami kiedy już jest za późno.
Wracając do tematu. Nawet w życiu miałam 1 chłopaka poznanego na imprezie. Nigdy wcześniej czy później nie zdażyło mi się z ludźmi wytworzyć więzi zaufania czy dobroci tak aby ta druga osoba mogła mnie poznać. Bo zawsze miałam w mysli- nie otwieraj się, najwazniejsza jest rodzina.
Ten problem mam do dziś. Widzę, że ludzie przed sobą się otwierają a ja mam problem ze zwykłą rozmową i wytłumaczeniem jakiejś danej sytuacji. A sytuacją jest fakt, że 2-3 mesiące temu poszłam do łóżka z kolegą, którego znałam od ok 2 lat. Widywaliśmy się rzadko, ale zawsze widziałam, że coś nas do siebie przyciąga. Sęk w tym , że on zgrywał takiego 'bad boya'. A domyślałam, się, że pod tą całą maską skrywa uczucia i prawdziwą twarz. Problem jest taki, że po tej całej sytuacji ani ja a ni on nie moglismy/nie możemy sobie spojrzeć normalnie w twarz. Ja nie mówię, że wymagam jakiś deklaracji- ok stało się, poniosło nas- ale zwykła rozmowa nikogo do niczego nie zobowiązuje. Jednak on albo się wystraszył albo jest typowym niedojrzałym dupkiem, który nie umie rozmawiać i uciekł.
Napisałam ten opis o rodzinie na górze ponieważ chciałam zauwazyć, że nie jest w tym też jego wina. Ja nie mogłam z nim porozmwiać twarzą w twarz, nawet zaciągnąć go na bok w trakcie nastu imprez później kiedy się widzieliśmy- po prostu miałam blokadę. Nie mogłam wyksztusić z siebie żadnego słowa. Od razu moja mama i inne osoby powiedziały mi - olej chłopaka, nie jest ciebie wart Ty jesteś super laską, wszystko Ci się udaje. A ja wlasnie podświadomie wiedziałam, że problem też leży u mnie w komunikacji międzyludzkiej, w tym jak zachowywać się między ludźmi. Dopiero od końca studiów, od pół roku zaczęłam wychodzić do ludzi. Zauważyłam, że ludzie zachowują się zupełnie inaczej niż moi rodzice w domu. Że każdy jest inny, że ludzie są nie tacy jacy ja myślałam, że są. Że dorosłość nie polega na tym,że ktoś jest obowiązkowy i poważny- że ludzie dorosli to czasem więksi życiowi problematycy i pesymiści niż nastolatki.
Nie mogłam zdzierżyc tego, że ludzie nie zachowują się tak jak ja. Że nie zachowują się tak jak moi rodzice. Że np relacje międzyludzkie to przyajźn, miłość, nienawiść, kłótnie, że czasem usuwanie czegoś pod dywan- tak to już jest. Nie mogłam przyzwyczaić się do faktu, że nie jest tak jak u mnie w domu, za każdym razem kiedy miałam jakąś towarzyską sytuację , rozmowę gardziłam podświadomie ludźmi bo wiedziałąm, że nie są na levelu moim albo mojej rodziny. To jest największy błąd jaki robiłam do tej pory. Nie wiem z czego to wynika.
Dlatego zaczęłąm wychodzić do ludzi i okazało się, że jeśli chodzi o mężczyzn przyciągam bardzo wrażliwych i inteligentnych, jednak nieśmiałych, przywidziewających maski. Nie jest to opis tylko jednego tego chłopaka, ale innych kolegów.
Jesli chodzi o tego chłopaka, zastanawia mnie fakt tego, że mimo moich pytan i prosb o spotkanie i rozmowę - on nie chciał się spotkać i pogadac, że wolał uciec niż ze mną porozmawiać. Że on podobno też ma problemy w relacjach ( że pochodzi z rodziny rozwiedzionej). Ja go skreśliłam a widziałam, że on chce mieć ze mną kontakt tylko robi to niesmiało, tak że ja uwazałam go za idiotę. Okazało się,że podobno nie chce stracić mnie jako koelżąnki i głupio mu się do mnie odzywać bo uważa ze ja jestem zestresowana całą sytuacją. A ja wlasnie uwazalam ze to on gra w coś dziwnego jakby się mnie wstydził.
Poza tym były sytuacje kiedy on ignorował mnie w towarzystwie, kiedy odwtaracł się ode mnie na pięcie. Potem okazywało się, że np popalił trawki i dlatego "nie ogarniał". I np wspolni znajomi mówią, że on tak ma. A mnie się to nie podoba. Na ostatniej imprezie znowu za mną latał, znowu chciał ze mną kontaktu, a wczesniej nie interesował się mną- nie pisał nic. Mimo, że ja nie miałam żadnego wrogiego nastawienia w stosunku do niego. Chciałam z nim tylko porozmawiać, a on wolał o mnie rozmawiać z wspolną kolezanką- tak jakby mu było głupio, czy bałby się mi spojrzeć w twarz. Problem jest tego typu, że ja nie wiem czy facet 26 letni z problemami jakimiś emocjonalnymi tak się zachowuje czy po prostu jest dupkiem.
I nie wiem czy ja powinnam go 'zrozumieć' bo ta znajoma mówi, że on jest niesmiały, że on bardzo wszystko przeżywa i ta cała otoczka itp to jest gra- a w srodku jest wrażliwy. Czy to jest usprawiedliwianie chłopaka za bycie dupkiem, za bycie olewaczem?
I ja nie wiem czy np mam odpuścić i nie kontaktować się już z nim, bo widzę jaki on jest- ale w toarzystwie żeby nie było kwasu. Czy wlasnie powiedzieć- hej jestes dupkiem, nie odzywałeś się do mnie ale chciałeś wszystko załatwić przez osobę trzecią?
Ta osoba powiedziała, że z nim porozmawia i zrobi tak, żeby było 'okej' i żeby nie było kwasu żadnego.
A ja się dziwię, że on nie mogł po prostu do mnie napisać czy coś. Ok zna mnie krócej ale hmm przespaliśmy się- miałam odwagę się z nim przespać- miałam odwagę napisać do niego kilka razy w sprawie spotkania. I nie wiem czy on nie ma odwagi teraz czy po prostu olewa i jest graczem.
Jest moim znajomym z pewnego specyficznego kulturalno artystycznego środowiska i widzę, że tam ludzie są bardzo lajtowi, do rzeczy podchodza na luzie. I nie wiem czy on jest taki sam czy tak jest w życiu. Czy własnie ja jestem zestresowana i pospinana całą sytuacją. Usprawiedliwiam go tym, że miał ciężkie dziecinstwo blabla i że sama też mam jakieś społeczne problemy.
Czy po prostu prostu z mostu : on jest dziwny, dupek, nie jest mnie wart. Nawet nie miał odwagi mi spojrzeć później w twarz?
Rozmawiając z tą trzecią osobą o nim powiedziałam, że jeśli on nie chce ze mną rozmawiać bo się boi czy coś - to chciałabym przynajmniej aby ona zrobiła tak żeby było ok między nami. Jednak po takich sytuacjach i takich dziwnych watkach ja zastanawiam się czy facet jest wart moich myśli? W tym momencie zupełnie przestałam się zastanawiać nad tym czy on mnie lubi czy ja do niego pasuję czy blabla. Dlaczego on się tak zachowuję. Wg mnie obecnie możemy być kolegami- nic więcej z mojej strony. Jesli ona mówi mi, że on zwykle nie odpisuje i trzeba to zrozumieć- to facet jest skreślony u mnie na starcie. Towarzysko może być miło, moge byc nawet jego najbliższą przyjaciółką, ale nikim więcej.
Bo widzę, że działą tutaj reguła kotka i myszki . Kiedy ja się oddalam on podbiega
Trwa to za długo. Widzę, że nie chce stracić ze mną kontaktu ale ja nie wiem czy powinnam bawić się w psychologa i rozumieć mechanizm funkcjonowania jego mózgu w sprawach relacji damsko męskich. Chyba nie mam na to czasu ![]()
Prosze o rady ![]()
Pozdrawiam.
K
Podobne tematy