Witam wszystkich
Męczy mnie pewna sprawa tak bardzo, że postanowiłam się nią z Wami podzielić i poprosić o radę.
Zaprzyjaźniłam się ponad rok temu z facetem. Miał wtedy narzeczoną, mieszkał z nią. Wtedy też się rozstali, mówił, że za dużo złego się miedzy nimi już nazbierało.
Ja jako cierpliwa koleżanka stałam cały czas z boku. Przez ten rok zbudowaliśmy bardzo zażyłą relację - codziennie do siebie piszemy, widzimy się bardzo często, pomaga mi ze wszystkim, nosi meble, naprawia sprzęty w mieszkaniu, spędzamy razem weekendy czy nawet tegoroczny urlop za granicą. Mówi mi często, że mu na mnie zależy, że jestem jego "numerem jeden", że nie chce mnie skrzywdzić, że nie wyobraża sobie, że miałby mnie nie znać. Dodam, że łączy nas wspólna pasja i to do tego stopnia, że planujemy wspólną przyszłość - jakąś działalność - w związku z nią. Możemy gadać i realizować pomysły całymi dniami. Tak często bywamy gdzieś razem, że 90% znajomych ma nas za parę i tylko za każdym razem muszę to prostować. Dodam, że nie jestem znowu na takie każde zawołanie, to po prostu samo się zawsze tak "składa". Raz mu wygarnęłam, że nie jesteśmy parą to się niech tak nie zachowuje, nie chciałam się z nim widywać przez jakiś czas - to był u mnie pod drzwiami niemal codziennie, zawsze z jakimś idiotycznym pretekstem.
Inna strona medalu to fakt, że jest strasznym kobieciarzem, który zmienia kobiety (tylko te do łóżka) jak rękawiczki. Mówi, że bez seksu by zwariował, te panny nic nie znaczą a ze mną nie będzie uprawiać seksu, bo by mnie skrzywdził. Akceptuję to, nie jestem o nie zazdrosna. Zdarzyło się nam nie wytrzymać i co nieco więcej podziałać (jakieś buziaki, tulenie się, raz doszło do seksu oralnego). To świadczy chyba o tym, że jakiś pociąg jest.
Skoro pociąg jest i wspólne dogadywanie się jest, to czego nie ma?
On mówi, że nie może się zakochać, że jeszcze się nie otrząsnął po tamtej.
A ja bym chciała i chciała coraz bardziej czegoś więcej i nie wiem jak z tego wybrnąć.
Czekać jeszcze? Postawić sprawę jasno - albo jesteśmy razem albo nie ma mnie wcale?
Wiem, że dobrze się ustawił - ze mną może pogadać i pospędzać czas, z innymi może się bzykać - a i to, i to bez zobowiązań.
Myślę, że byłoby mi łatwiej zerwać (czy w ogóle postawić tę sprawę jasno) gdyby nie ta wspólna pasja, która strasznie mocno nas już teraz wiąże.
Czy powinnam mu to wszystko co czuję wygarnąć? Że nie rozumiem, że chciałabym? Boję się, że dla takiego casanovy może to być trochę bolesne, że to kobieta mu startuje z takimi rzeczami ![]()