Od ponad 2 miesiecy śledzę forum. W końcu postanowiłam się przełamać i opisać swoją historię.
Rozstaliśmy się kilka miesięcy temu po ponad 5 latach razem. Ten rok od początku był dla nas wyjąkowo trudny. Oboje mieliśmy potwornie dużo pracy, problemy zdrowotne w najbliższej rodzinie, ja również zmagałam się z chorobą, która dodatkowo wpływała na moje samopoczucie i nastroje. Przez pracę - całkowity brak czasu na wspólne przyjemności, za to coraz większe zmęczenie, coraz częściej rozdrażnienie i kłótnie o byle pierdoły. Dodajmy do tego dwie sytuacje, w których bardzo mnie zawiódł, przez które poczułam, że nic już dla niego nie znaczę, a on nie zrobił nic, by mnie przekonać, że jest inaczej. Wręcz przeciwnie.. Zawalił raz, doszliśmy do porozumienia, sam ustalil, że w związku z tym odpuści jeden wyjazd z kumplami, że to oczywiste wobec tego jak nawalił.. Ale okazało się, że w kolejnych tygodniach kłamał mi prosto w oczy. Za moimi plecami organizował wolne w pracy i całą otoczkę..nie poowiedzial mi nawet, gdzie dokładnie jadą, na ile dni, na dzień przed potrafił mi napisać, że "jest świadomy konsekwencji, ale nie zrezygnuje", nie pożegnał się, nie napisał czy dojechali, w ogóle sie nie odzywał!! Mając na szali nasz związek i wyjazd, wybrał to drugie... Tak facet traktuje swoją kobietę? Byłam zdruzgotana, nie mogalm uwierzyć, że on naprawdę tak się wypiął na mnie, na to co wcześniej mi mówił. Czułam, że znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Zostałam zmuszona do decyzji!
Wyprowadzilam go z mieszkania korzystając z jego nieobecności. Zostawiłam krótką wiadomość i sama też wyjechałam na pewien czas. Chciałam się całkowicie odciąć, wierzyłam, że tak będzie mi łatwiej. Zaraz po powrocie wydzwaniał, wysłał błagalnego smsa - jednak ja nie miałam ochoty na kontakt, wciąż czułam silne negatywne emocje związane z tym jak mnie potraktował! On zresztą szybko odpuścił.
Przez pierwsze tygodnie żyłam jakby obok tego rozstania. Miałam wrażenie, że to nie jest prawdziwy koniec, to tylko "zawieszenie". Tęskniłam. Dużo myślałam o naszym związku, analizowałam nasze błędy, jego i moje również. Nie pisałam do niego, nie dzwoniłam, uważałam, że to on powinien się odezwać, bo w końcu to on zawalił. Wciąż milczał.
Dwa miesiące po rozstaniu. Impreza. Prawdopodobieństwo, że się tam spotkamy - bardzo małe. A jednak! On - z Pocieszeniem u boku! Podeszłam i po prostu się z nim przywitałam. Patrzył na mnie zdumiony i nie wiedział co powiedzieć. Do tej chwili miał niejaki spokój, zero kontaktu z mojej strony i nagle - stoi przed nim "przeszłość", którą próbował wyprzeć "klinem". Widziałam, że był zszokowany. Bardzo długo nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Jakby ducha zobaczył.."Uciekł" stamtąd. Dowiedziałam się, że Pocieszenie zjawiło się bardzo szybko po naszym rozstaniu. Koleżanka koleżanki kolegi ..
Ich widok mnie roztrzaskał na kawałki, był jak cios w głowę! Jakby dopiero teraz dotarło do mnie, że to prawdziwy koniec. Napisałam mu kilka gorzkich, szczerych słów. Mieliśmy też rozmowę tel, w której wyrzuciłam z siebie wiele emocji. Uświadomiłam mu, jak bardzo mnie to wszystko boli! Nie spodziewał się tego, twierdził, że z jego perpsektywy wyglądało to tak, że on nie może już nic kompletnie zrobic a ja jestem pogodzona z sytuacją.
Po tylu latach, zostało nam wiele wspólnych spraw do uregulowania, ale ja nie chciałam się od razu spotkać. Nie byłam gotowa.
Nie będę się rozpisywać jak cholernie cierpiałam w tym czasie (powiedzmy, że była to 'klasyka gatunku'). Wiele razy miałam ochotę napisać coś do niego, coś nafaszerowanego skrajnymi emocjami. Ale postanowiłam się odciąć. Zero kontaktu! Pisalam te smsy i kasowałam je bez wysyłania. Milczałam. Minęło kilka dobrych tygodni. Wracałam do względnej normalności aż w koncu poczułam się na tyle silna, by się spotkać i ostatecznie domknąć łączące nas tematy.
Spotkanie okazało się kilkugodzinną rozmową - pierwszą twarzą w twarz po tak długim czasie. Ja byłam spokojna, nawet wyluzowana. Powiedziałam o wszystkich swoich przemyśleniach, o nas...On był dziwny, smutny, totalnie przygnębiony! Już na wstępie powiedzial mi, że od pewnego czasu ma powracające doły. Powtarzał, że nie dał sobie czasu na przerobienie pewnych spraw, przemyślenie tego wszystkiego.. Tuż po rozstaniu najpierw był smutek i żal, które szybko przeszły we wqurwa na to, że go wyprowadziłam. Nie było innych etapów. Na fali tego wqurwa znalazło się Pocieszenie. We wszystkim przyznawał mi rację, że, owszem, ten rok był trudny dla naszego związku, że zdarzyły się te kiepskie sytuacje, ale mimo wszystko nie było wypalenia, była czułość, troska o drugą stronę i zainteresowanie wzajemnymi sprawami.. Gdy szliśmy "naszą" trasą, zaczął wspominać jak często tamtędy spacerowaliśmy, okoliczności z tym związane...itd.. Na koniec mnie przytulił. Tematu domknięcia wspólnych spraw nawet nie poruszyliśmy. On się zachowywał tak, jakby żałował tego rozstania. Zaczęłam się zastanwiać czy tak mówiłby i wyglądał facet, który jest szczęśliwy w ledwo co rozpoczętej relacji? Tam powinna być "sielanka, różowa chmura i motyle", zero myślenia o przeszłości i brak miejsca na doły! Zaczęłam nawet podejrzewać, że Pocieszenia może już nie ma..(nie padło ani jedno słowo na jej temat). Czułam też, że jednak oboje nie wyszliśmy emocjonalnie z tego związku.
W ciągu paru kolejnych tygodni mieliśmy od czasu do czasu kontakt, kilka bardzo długich rozmów tel. Ja szczerze powiedziałam o swoich uczuciach a także odczuciach po spotkaniu (potwierdził wszystko). On, że żałuje rozstania, że wciąż coś do mnie czuje, że musi to wszystko przerobić, że nie dał sobie czasu itd.. Brzmiał fatalnie - jakby z opóźnionym zapłonem dopadły go stłamszone emocje...Do tego w pracy również poważne problemy. Mówił, że z niczym sobie nie radzi, zawala wszystko i ogólnie jest b źle.. Znam go wiele lat i nigdy nie słyszałam/ widziałam go w takim stanie! W ktorejś z rozmów padło 'depresja' (w rodzinie jedna z najbliższych mu osób zmaga się od lat z tą chorobą).. Przy tym wszystkim okazało się też jednak, że Pocieszenie wciąż jest. Nie potrafiłam tego pojąć! Doły, żal i tęsknota za tym, co było.. tak nie brzmi osoba w szczęśliwej (świeżej!) relacji..a skoro jest do dupy, bo samemu ze soba jest mu źle, to dlaczego się tego trzyma? Nie potrafił powiedzieć..Raz rzucił, że myślał, ze tak będzie "zdrowiej"..
Z kolejnych rozmów nic konkretnego nie wynikało, kręciliśmy się w kółko. On powtarzał, że musi znaleźć czas, by dojść ze sobą do porzadku, przemyśleć to.. potwierdzał, że żałuje rozstania, że wciąż coś czuje..ale nadal "tkwił" w nowej relacji (sam tak to określił!). Ja starałam się otworzyć mu oczy, mówiłam, że, by dojść do ładu sam ze sobą, powinien być sam!.. poza tym jak chce przerobić m.in. nasz związek/ rozstanie z Pocieszeniem u boku?? Chore.. Ta karuzela mnie też wykańczała, w końcu zapytałam wprost czy on w ogóle zamierza podjąć jakiekolwiek kroki.. Usłyszałam jedynie, że on nie ma teraz sił na to, by cokolwiek zrobić. Totalna niemoc. Totalna bierność.
Zrozumiałam, że to patowa sytuacja..on nie zrobi nic, nawet dla samego siebie. Może wcale nie chce, może tak jest wygodniej, łatwiej, bez wysiłku. Napisałam mu, że ja już nic więcej nie mogę zrobić, wycofuję się.
Kilka dni później zaproponowałam jeszcze tylko spotkanie (te otwarte tematy..). Odwołał je dzień przed ustalonym terminem. Był mniej więcej ustalony nowy dzień, ale znowu go nie potwierdził.. Tak bardzo ma mnie w dupie czy tak bardzo się boi??
Czego wlaściwie oczekuję opisując to wszystko? Sama do końca nie wiem.. Rozum podpowiada mi jedno - odetnij się! A emocje skaczą ze skrajności w skrajność..
Po tym wszystkim mam mętlik w głowie, sprzeczne myśli i uczucia. Zastanawiam się czy on z premedytacją trzyma mnie na tej emocjonalnej smyczy, czy faktycznie jest tak rozpierdzielony, że nie jest obecnie zdolny do jakichkolwiek działań? Czy może jednak pogrywa moją osobą, jest mu dobrze z P a ja jestem zwykłą naiwną frajerką pomagającą mu w "depresji"?
Po prostu nie rozumiem..